poniedziałek, 10 sierpnia 2026

8. W poszukiwaniu zaginionej koszulki

  

Pokoje w katowickim hotelu nie miały balkonów. Marie rozłożyła się więc z gitarą w małej sali konferencyjnej, tuż po tym jak Nikola skończył odprawę, a z Grzesiem omówiła swoje zadania na kolejny dzień. Przez chwilę towarzyszyli jej chłopcy – Maks i Leman, czekający na swoją kolej u fizjoterapeutów. Potem jednak została sama. Wtedy wyciągnęła telefon i wykręciła numer Nika. W Ljubljanie siatkarze Słowenii wygrali 3:2 z Bługarią, więc atakujący pewnie też dopiero skończył pomeczową rutynę. Nie porozmawiają długo, następnego dnia obie reprezentacje grały mecz, obie walczyły o turniej finałowy. Nik musiał być w formie, Marie musiała mieć pewność, że nikt w Gliwicach nie zginie. 

– Tym razem zabrałaś gitarę na turniej? – rzucił Mujanović, gdy przez telefon usłyszał ciche pobrzękiwanie. Tego dnia odpalił też kamerkę. Musiał siedzieć na tarasie w hotelu, bo za plecami miał słabo oświetloną panoramę Ljubljany. 

– Autokarem łatwiej niż samolotem – zaśmiała się sztucznie. 

Nik zmarszczył brwi. W kamerce błysnął czarny, ostry kolczyk, który nosił w prawym uchu. Jeszcze w Chinach stoczyli z Marie zażartą dyskusje o siatkarskim BHP. Nik twierdzi, że prawdopodobieństwo, że zrobi sobie kolczykiem krzywdę na meczu jest prawie równe zero. Marie odparła, że statystyka to kurwa. Nik to zignorował. 

Kolejny idiota. 

– Wyglądasz na zestresowaną. Coś się stało? 

– Moja mama znów ma problem, że szlajam się z reprezentacją – fuknęła, agresywnie obracając kołkiem od struny. – Rano z nią gadałam, cały czas pytała, czy nie wolę jednak jakiejś ambasady. Dwa miesiące temu może bym wolała, ale kurczę, teraz to fajnie jest. Lubię chłopaków, lubię Grzesia, lubię to co robię. Jeszcze jak się dowiedziała, że chcę do ciebie przyjechać w sierpniu, to stwierdziła, że mnie porąbało, by się z siatkarzem umawiać. 

– Jestem aż tak straszny? – parsknął Nik. 

Marie zacisnęła zęby. Przypomniała sobie poranną rozmowę z domem. Zofia Krasicka potrafiła być uparta jak osioł, Marie miała to po niej. Do tego, choć kochała córkę najbardziej na świecie, miała skłonność do traktowania swoich opinii jako prawdy objawionej.  W końcu myślała logicznie i trzeźwo, nieprawdaż? 

Cóż, Marie miała odrobinę inne zdanie na ten temat. 

– Myślę, że mama boi się, że wpadnę na swojego ojca – przyznała niechętnie. – I dwadzieścia lat tajemnic pójdzie w piach. 

– Ojca? – na malutkim ekranie Nik uniósł brew. – Mówiłaś, że go nie znasz. 

– Bo nie znam. Ale podejrzewam, że to ktoś z środowiska. Gdyby to był jakiś przypadkowy facet poznany w klubie, nie robiłaby z tego takiej tajemnicy. 

– Nigdy o niego nie pytałaś?  

Marie zamarła z palcami nad strunami. Przełknęła głośno ślinę. Odłożyła gitarę, podkuliła nogi pod brodę, a telefon oparła sobie na kolanach, by Nik lepiej ją słyszał i widział. 

– Pytałam – mruknęła. – Gdy byłam młodsza. Mama zawsze mówiła mi, że jeśli będę chciała, to powie mi, kto to jest, gdy skończę osiemnaście lat. 

– Masz dwadzieścia. 

– Przestało mnie to interesować. 

Po drugiej stronie zapadła cisza. Marie przymknęła oczy, szykując się na dobrze znane pytanie. Dlaczego? Słyszała je wielokrotnie. Za każdym razem coś ściskało ją w żołądku. Przypominała sobie dom. Pachnącą drożdżowym ciastem i zupą kuchnię. Nie tą dużą, w Rzeszowie, ale malutką kuchnię w mieszkaniu w Chersoniu, w której Ivan ledwo się mieścił. Jego silne ramiona podnoszące ją w górę, by mogła zawiesić swoje ulubione firanki, choć przecież sam mógłby to zrobić. To, jak cierpliwie sprawdzał wypracowania, pisane koślawą cyrlicą, bo nawet po dwóch latach w ukraińskiej szkole, ręka nadal nie przestawiła się z łacińskiego alfabetu.  

I jeszcze wcześniej. Gdy miała tylko dziewięć lat, razem leżeli na dywanie we Włoszech i rysowali kucyki Pony. Ivan był doskonały w rysowaniu kucyków, wymyślał coraz to nowe i nowe, a potem razem tworzyli dla nich historie. To, że przy okazji kucyki jeździły czołgami i budowały systemy antyrakietowe? Takie życie z byłym agentem służb specjalnych. 

Więc tak, Marie miała tatę. Kochała go. Nie potrzebowała ojca, który wszedłby z buciorami w ich życie. 

– On nie wie, że mama była w ciąży – powiedziała nagle. W sumie sama nie wiedziała, dlaczego. Nik przecież nie pytał. Słuchał cierpliwie. Co było odświeżające. Mogła wyznać tyle, ile chciała, tyle na ile mu ufała. – Myślę, że miał wtedy kogoś. Może nawet rodzinę, może mam rodzeństwo, o którym nie wiem. 

– Twoja mama nie chciała mu tego niszczyć – pojął w lot Słoweniec. – Rozbijać rodziny, a jeśli to ktoś z środowiska, to wywoływać skandalu. 

– I robić ze mnie tego złego dzieciaka, który wszystko zniszczył. 

Potarła dłonią zmęczone oczy. Tak wiele razy o tym myślała, tak często, leżąc w swoim pokoju w Warszawie, gdy za ścianą pochrapywał Timote, zastanawiała się, czy może oboje są dziećmi siatkarskich legend. Że może w jej krwi też płyną ataki i serwisy. Był nawet taki czas, że próbowała kombinować. Zaraz po ucieczce, w mieszkaniu Antigów, leżąc na materacu obok łóżka Manoline, przeglądała kolejne serwisy, zdjęcia z turniejów, wywiady i strony na Wikipedii. Patrzyła na byłych zawodników i trenerów, szukając jakiegokolwiek podobieństwa. Kształtu oczu, spojrzenia, sposobu marszczenia brwi. 

Nigdy nie znalazła nic poza domysłami. Prawda była taka, że irańskie geny babci Soraji były silne, wyszły i Zosi, i u Marie. Dziewczyna miała ciemne włosy babki, jej kości policzkowe, jej orzechowe oczy i lekko ciemniejszą cerę, jakby zawsze była opalona. Jedynie nos miała po polskim dziadku, mały i lekko zaokrąglony.  

– Ej, ale pomyśl, że możesz być córką takiego Rezende – rzucił niby żartem Nik. – Albo o, Fefe de Giorgiego! Będziesz z mafijnej rodziny! 

Marie parsknęła śmiechem. 

– Myślisz, że nadaję się na bohaterkę Ojca chrzestnego? – zapytała kpiąco. – Do tego, czy oni nie są trochę za starzy by być moimi ojcami? 

Tym razem to Nik się roześmiał. Jego śmiech był wdzięczny, lekko chrapliwi, jakby coś blokowało mu gardło. Przypominał trochę niezdarne beczenie kozy i co ciekawe, całkiem się to Marie podobało. 

– Wiek to tylko liczba, Mara – powiedział.

Mara. Tak do niej mówił. Nie Marie. Nie Marysia, jak chłopcy z kadry. Mara. Gorzka. Jak ich relacja. Słodka w tych pojedynczych momentach, gorzka w ogólnym ujęciu. 

– Zresztą, może twoja mama woli starszych. 

O ty mendo... 

– Nie zamierzam z tobą omawiać preferencji mojej matki! Nie zamierzam nawet o nich myśleć! 

– To dobrze. Bo ja też nie.

Przewróciła oczami. Przycisnęła palce do gryfu i w zamyśleniu zagrała pojedynczy akord. Mimowolnie pomyślała o Timotim. Ciekawe, co by powiedział o ostatnim tekście, który napisała. Był po hiszpańsku, o wszystkich zwariowanych ludziach, których spotykamy w życiu. Zawsze, gdy pisała po hiszpańsku myślała o Timim. I o wujku Miguelu.

– Będę musiał kończyć – z zamyślenia wyrwał ją głos Nika. – Jutro Brazylia. Trzeba się wyspać. 

– Żebyśmy się zobaczyli w Nigbo?

– Dokładnie. 

Marie przełknęła nerwowo ślinę. Nik oddychał płytko. Żadne nie potrafiło po prostu zakończyć połączenia. 

– Dobranoc, Mara. 

– Dobranoc, Mujanović. 

Ekran zgasł w końcu. Dziewczyna jeszcze przez chwilę siedziała w pustej sali konferencyjnej, wpatrując się w czarny ekran. Przez ułamek sekundy miała ochotę wykręcić kolejny numer. Powstrzymała się jednak. Za nim zdążyła zrobić głupotę, spakowała gitarę do pokrowca i ruszyła do swojego pokoju. Czekał ją naprawdę długi turniej. 

 

***

–Że niby co proszę? 

Stali przed szatnią w czwórkę. Maks, Marie, Grzesiu i Nikola Grbić. Grzesiu stoicko spokojny, Marie czerwona ze złości, a Nikola kompletnie zrezygnowany. Przed nimi Maks nerwowo przeskakiwał z nogi na nogę, jakby naprawdę, ale to naprawdę musiał do toalety. 

– No pomyliłem stroje – przyznał, z zakłopotaniem drapiąc się po głowie. – Bo Michał rzucił, że bierzemy czerwone, potem Róża powiedziała, że białe, potem ktoś zapytał, czy dzisiaj gramy w zielonych, no i jakoś tak wyszło, że te zielone wziąłem.

Krasicka przetarła ręką zmęczone oczy. Uwielbiała Graniecznego, zresztą z wzajemnością, ale w takich chwilach naprawdę rozumiała, dlaczego sportowcy potrzebowali opiekunów. Pomijając oczywiste kwestie bezpieczeństwa, zdarzenia niestandardowe po prostu dotykały ich częściej niż resztę społeczeństwo. Nie przez głupotę, co do zasady wszyscy byli cholernie inteligentni. Po prostu mieli pecha, a świat bywał wredny. 

Jeszcze do tego poprzedniej nocy słabo spała. Prawie do trzeciej kręciła się w łóżku, nie mogąc wyrzucić z głowy rozmowy z Nikiem o jej ojcu. Choć przecież już dawno przestało ją obchodzić, kim on jest. Powinna to olać. 

–  W sumie nie pomyliłeś się bardzo – mruknął Grzesiu. – Gdybyś grał dzisiaj na libero, ale z tego, co wiem wychodzisz w przyjęciu, prawda? – zerknął na trenera. Grbić kiwnął twierdząco głową. 

– Zjebałeś, Maks – powiedział tak spokojnie, że Granieczny aż się wzdrygnął. – Choć mogło być gorzej. Czy zdążycie pojechać po strój? – zwrócił się do opiekunów. 

Marie, która dotychczas naprawdę starała się opanować emocje, teraz z widoczną rezygnacją zerknęła na zegarek. 

– Teoretycznie mamy godzinę – przyznała. – Do Katowic jedzie się dwadzieścia pięć minut, może dwadzieścia, z powrotem tyle samo. Zostaje dziesięć minut na bieg przez hotel. Ciuchy masz w szafie czy w walizce? – zapytała Maksa. – Tylko zastanów się porządnie, żebyśmy potem nie szukali w panice. 

Chłopak w zamyśleniu podrapał się po brodzie. Wszyscy widzieli obracające się w jego głowie trybiki. 

– W walizce. Pod oknem stoi. Albo raczej leży. Na wierzchu powinny być.

– Pojedziesz po nie, Marie – zmęczony Grzesiu potarł palcami nasadę nosa. – Weź auto IOS, stoi przed halą, kluczyki są w torbie w szatni, srebrna Toyota. I zgarnij Firleja po drodze, skoro nie gra, to niech chociaż mózg przewietrzy. 

– Dobry pomysł – zgodził się Nikola. – Tylko na mecz wróćcie, co by Maks zagrać mógł. 

– Tak jest! – Marie zasalutowała, a potem odwróciła się na pięcie i odbiegła w stronę szatni. 

Kluczyki znalazła bez problemu, Firleja również, choć rozgrywający stawiał pewien opór przed zaangażowaniem operacje kostiumową. Upierał się, że przecież musi wesprzeć kolegów psychicznie przed meczem, zmotywować, może jakąś taktykę podpowiedzieć. Co z tego, że od tego mieli sztab, obowiązki to obowiązki, choćby i pełnione na trybunach. 

Marie to nie zraziło, zagroziła mu obcięciem dostaw żelków brzoskwinek, w końcu to ona kontrolowała rynek w kadrze. Zadziałało, Janek posłusznie dał się zapakować do auta, choć był zawiedziony, że opiekunka nie pozwoliła mu prowadzić.

– Sorry, regulamin IOS, tylko dla opiekunów – pomachała mu przed nosem identyfikatorem. Czarne logo IOS przyćmiewało nawet wielki napis FIVB i, o czym dziewczyna zdążyła przekonać się już w Chinach, budziło powszechny szacunek na halach. 

– Czy ty w ogóle potrafisz prowadzić? – zapytał z powątpiewaniem Firlej, gdy Marie bardzo gwałtownie wycofywała z parkingu. 

– Mam prawo jazdy. 

– To jeszcze o niczym nie świadczy. 

– Daj spokój, to przecież nie jest trudne. Zresztą tu jest prosta droga. Nie marudź tylko na GPSa patrz.

Janek mruknął coś jeszcze pod nosem, ale posłusznie odpalił mapkę. Przezornie jednak zacisnął mocniej pas, a prawą ręką chwycił uchwyt pod sufitem. Przez całą drogę nie powiedział ani słowa. Choć było ciężko. Marie dwa razy zajechała komuś drogę, raz zignorowała znak pierwszeństwa i była pewna, że złapał ją radar w Rudzie Śląskiej. 

Gdy dojechali pod hotel w Katowicach, Janek wyskoczył z auta jak poparzony.

– Jesteś beznadziejnym kierowcą. – Trzasnął drzwiami. – Prawo jazdy powinni ci zabrać! 

– Przesadzasz – Marie machnęła lekceważąco ręką. – Żyjemy, prawda? I mamy pięć minut zapasu! Lepiej po strój lećmy – Podała mu kartę przez dach samochodu. 

Firlej zmrużył oczy. Wyrwał dziewczynie kartę, odwrócił się na pięcie i z wysoko uniesioną głową pomaszerował do hotelu. Krasicka popędziła za nim. Dobrze, że wzięła Janka, a nie na przykład Lemana, to się przynajmniej nie zmacha goniąc go korytarzem. 

O dziwo Maks mówił prawdę. Strój był walizce, walizka była pod oknem, a Marie nawet udało się nie potknąć o walające się wszędzie rzeczy, choć lekko zgłupiała, gdy zobaczyła kilka tuzinów gumowych kaczuszek rozrzuconych po podłodze. 

– Nie drąż – burknął Janek, gdy podniosła jedną z podłogi. 

Marie posłusznie odłożyła kaczuszkę. Zgarnęli strój Maksa, wrócili do samochodu i pognali w stronę Gliwic. W drodze powrotnej dziewczyna tylko raz została strąbiona i chyba nawet udało jej przejechać przez odcinkowy pomiar prędkości bez zarobienia mandatu. 

Problem pojawił się tuż pod halą do meczu zostało niespełna dwadzieścia minut, kibice tłumnie zmierzali do wejść, a wszystkie okoliczne ulice były zakorkowane. Nie mieli szans, by dopchać się na czas do parkingu dla obsługi. 

– W życiu nie zdążymy! – jęknął Firlej 

– Mam pomysł - rzuciła tylko Marie. – Trzymaj się i nie gadaj! – Wycofała z piskiem opon, zawróciła na najbliższym podjeździe i pognała w przeciwną stronę.

Przez dosłownie minutę krążyła Gliwickimi uliczkami, aż zatrzymała się na zupełnie pustym parkingu przy ogromnym szklanym budynku w kształcie trójkąta. Nie było tu ani żywej duszy, nawet jednego kibica, jedynie biały dostawczak z podejrzaną anteną na dachu. 

– Skąd wiedziałaś, że tu jest parking? – Janek zmarszczył podejrzliwie oczy. 

Krasicka tylko wzruszyła ramionami. 

– Widziałam na mapce.

– Bredzisz. 

– W prawdę i tak mi nie uwierzysz. A teraz tempo, został nam kwadrans. 

Biegiem ruszyli w stronę areny. Przebiegli przez dziwnie trzęsący się mostek, obok budynku, z kolejnymi budynkami na dachu i wpadli do parku Chrobrego. Zatrzymali się dopiero przy placu zabaw, gdy płuca Marie odmówiły posłuszeństwo. 

– Pół minut przerwy – wycharczała, zgięta w pół, z rękami opartymi na kolanach. 

– Mecz zaraz się zacznie! 

– Chcesz się tłumaczyć Grzesiowi z mojego zejścia? – posłała rozgrywającemu mordercze spojrzenie. To klasyczne, nie miała ochoty na wymyślanie czegoś oryginalnego. 

– Masz kondycję staruszki! 

– Nie każdy jest wielkim panem sportowcem, wiesz?! 

I w tym momencie wydarzyło się kilka rzeczy. Rozpędzony rowerzysta przemknął tuż obok Janka, wytrącając go z równowagi. Rozgrywający odruchowo wypuścił koszulkę z rąk. Zerwał się silny wiatr. Porwał koszulkę wysoko, a ta zawisła na gałęzi najbliższego drzewa. 

Jakie cztery metry nad ziemią. 

– Kurwa. 

Janek i Marie przeklęli jednocześnie. Marie zerknęła na zegarek. Mieli jeszcze dwanaście minut. 

– Wejdę ci na barana. 

– Porąbało cię! – Janek odsunął się jak oparzony. – Ja tu kontuzjowany jestem! Cierpiący! 

– A masz inny pomysł? – prychnęła Marie. – Maks potrzebuje koszulki. Koszulka jest na drzewie. Jest nas dwoje, ale to ty na co dzień przerzucasz ciężary na siłowni. 

– Nikola cię zamorduje! Grzesiu też! – Firlej chwycił się za głowę, prawie wyrywając sobie włosy z głowy.

– Zachowamy standardy bezpieczeństwa! 

– Jakie niby masz standardy bezpieczeństwa dla wchodzenia na barana! 

– W sumie całkiem spore... 

– Czy wy macie BHP na wszystko? 

– Tak. Jak najbardziej. 

Marie wyszczerzyła się szeroko. Janek wydał z siebie dźwięk przypominający ryk zarzynanego wieloryba, aż dwie staruszki na ławce obok postanowiły się przezornie ewakuować. Kto wie, czym grozi obcowanie z wkurzonym siatkarzem. 

– Przepraszam, potrzebujecie pomocy? 

Kłótnie przerwał im czyjś rozbawiony głos. Odwrócili się gwałtownie. Obok nich stały trzy osoby, dwóch chłopaków i dziewczyna, może dwudziestoletni, ubrani w identyczne czarne T–shirty z logiem miejscowej politechniki na plecach i małą ikonką rakiety z przodu. Dziewczyna miała dwa grube, niebieskie warkocze, a jeden z chłopaków, wyższy od Firleja pewnie z dziesięć centymetrów, trzymał w ręku ponad dwumetrową aluminiową szynę zakończoną plastikowym podestem.  

– Nie. 

– Tak. 

Janek zamordował wzrokiem Marie. Marie zamordowała wzorkiem Janka. Studenci synchronicznie parsknęli śmiechem. 

– To wasze? – Drugi chłopak, mały i drobny, wskazał na zwisającą smętnie z drzewa koszulkę. – Jak się tam dostała? 

– Wiatr – burknęła Marie. 

– Aż tak? 

– Mamy zły dzień. 

Chłopak w zamyśleniu pokiwał głową. Zerknął na koszulkę, na swoich kolegów i znów na koszulkę. 

– Mam pomysł... 

– Mam nadzieję, że dobry, Mati – prychnęła dziewczyna z niebieskimi warkoczami. 

– Ja mam same dobre pomysły – obruszył się chłopak nazwany Mateuszem. 

– To kontrowersyjna opinia. 

– Ty… 

Marie odchrząknęła nerwowo i uniosła dłoń, powstrzymując kolejną eskalację konfliktu. Co wszyscy tacy spięci dzisiaj chodzili? Czyżby upał naprawdę rzucał się na mózg? 

– Może po prostu użyjemy waszej… nie mam pojęcia co to jest… wyrzutni rakietowej? – Janek zmierzył szynę oceniającym spojrzeniem. 

– Ty chyba nigdy wyrzutni nie widziałeś – prychnęła Marie. 

– A ty widziałaś? 

– Moi rodzice mają w piwnicy bardzo dziwne rzeczy. A to jest tylko platforma startowa – Triumfalnie skrzyżowała ręce na piersi. 

– Trudno się nie zgodzić – Wysoki chłopak wyszczerzył się tak szeroko, jak to tylko nerdy zagadane o ulubione płytki potrafią. – Zdjąć wam tą koszulkę? 

– Bylibyśmy wdzięczni. 

– W takim razie, Stasiu, czyń honory – dziewczyna pogoniła kolegę machnięciem ręki. 

Stasiu posłusznie podszedł do drzewa, chwycił platformę za podest i aluminiową szyną idealnie zahaczył o koszulkę. Potem, bardzo ostrożnie by nie podrzeć materiału, wyplątał koszulkę spomiędzy gałęzi i ściągnął na ziemię. 

– Proszę bardzo, cała i zdrowa – przekazał zdobycz Marie. – I powodzenia na meczu życzymy. Dajcie czadu. 

– Jesteście genialni! – Wspięła się na palce i uściskała wielkoluda. Dobrze, że miała wprawę z siatkarzami. – Jakbyście potrzebowali biletów, to szukajcie mnie na Instagramie, zawsze się pałętam wokół kadry – dodała. – A teraz sorry, ale mamy mecz do uratowania. 

Odwróciła się na pięcie, nie dając studentom szansy na odpowiedź i rzuciła się biegiem w stronę Areny. 

Wpadli do szatni dokładnie cztery minuty przed pierwszym gwizdkiem. Maks siedział na ławce zdruzgotany, w samych zielonych spodenkach. Na widok Janka i Marie zapiszczał radośnie niczym mała dziewczynka. 

– Moi bohaterowie – wrzasnął, porywając koszulkę. – Jestem wam winny dożywotni zapas żelków. 

– Tylko roczny – wycharczała Marie, osuwając się po szafkach na podłogę. Czuła, że jej płuca płoną żywym ogniem. – I następnym razem będziesz grał w worku na śmieci. 

– Tak jest! 

W tym momencie do szatni weszła Róża. Spojrzała na koszulkę w rękach Maksa, na zmachaną Marie i na nadal naburmuszonego Firleja, i z rezygnacją pokręciła głową. 

– Dobre tempo macie.  Ale teraz marsz na parkiet. I błagam, choć przez jeden wieczór spróbujcie być dorośli!

 

piątek, 24 lipca 2026

7. Jak ugotować chomiczki

 Marie nie miała pojęcia jak określić swoją relację z Nikiem Mujanoviciem. Luźny związek? Flirt? Niezobowiązujące przyciąganie? Po powrocie z Chin ona pojechała do Polski, on do Słowenii. Znów wpadli w reprezentacyjny wir, szaleństwo treningów i przygotowań. Pisali ze sobą regularnie, wysyłali memy i głupie filmiki, a czasami nawet dzwonili do siebie. Marie siadała wtedy na balkonie, otulona szczelnie reprezentacyjną bluzą i po cichu rozmawiała z atakującym o wszystkim i o niczym. O wygłupach chłopców, o kolejnych szkoleniach Grzesia i papierach do wypełnienia. O mamie, której chyba nadal nie podobało się, że weszła w siatkówkę. O uczelni, na którą miała wrócić w październiku. 

Czasami nawet nie rozmawiali. Marie włączała głośnomówiący, brała gitarę i cicho brzdąkała kolejne, wymyślone melodie. Nik by dobrym słuchaczem, trafnym krytykiem. Wyczuwał, gdzie powinna zmienić akord, przyspieszyć lub zwolnić. Doradzał jej tak, jak jeszcze parę miesięcy robił Timote. O czym wolała nie myśleć. Przynajmniej nie teraz. 

I tak właśnie mijały jej wieczory, późne godziny, gdy świat kładł się do snu. 

A w ciągu dnia? W ciągu dnia życie w Spale toczyło się swoim, szalonym rytmem. 

– Bez sensu. 

– Tak uważasz? 

– Zdecydowanie. 

Stali we trójkę, Marie, Maks i Bartek Lemański pod balkonem, z którego jeszcze kilka tygodni wcześniej zwisał Maks. Miejscowi robotnicy właśnie skończyli montować siatkę zabezpieczającą. Krasicka sprawdziła jej naciąg, wszystkie kołki i śrubki, a teraz z dumą podziwiała swój projekt. Na ten moment IOS zgodziło się na przetestowanie pięciu konstrukcji. Jeżeli znacząco poprawią bezpieczeństwo, rozwiązanie antyzwisowe miało trafić do ogólnych zaleceń dla wszystkich ośrodków siatkarskich. 

– Nadal nie wierzę, że to było potrzebne – stwierdził Maks, poprawiając ciemne okulary. Czerwiec wszedł do Spały z przytupem, od paru dni prażyło niemiłosiernie, a wyjście na zewnątrz w południe groziło gwałtowną zamianą w skwarkę. – Jakie jest prawdopodobieństwo, że dorosły facet wypadnie z balkonu? 

– Całkiem spore chyba – Bartek zerknął na Marie, która szybko pokiwała głową. – Wisiałeś ty, dziesięć lat temu wisiał Bieniu. Dwa razy to niby nie jest dużo, ale dziwne, że zdarzyło się aż dwa razy. 

– O dwóch wiesz, rekordy mamy z dwudziestu lat – zwróciła uwagę Marie. – Dwa lata temu był Huber. Kuba Jarosz w dwunastym, to za Anastasiego, Woicki za Castelaniego, o i mam jeszcze Kadziewicza u Lozano. Dlaczego w ogóle mnie to nie dziwi? 

Granieczny w zadumie podrapał się po brodzie. A raczej po tych kilku włoskach, które nieudolnie próbował wyhodować na wzór niektórych kolegów po fachu. Osobiście Marie uważała, że każdy jeden wygląda z wąsem idiotycznie, ale niestety procedury IOS nie obejmowały propagandy golarkowej. 

– Same dinozaury – stwierdził w końcu libero. – Skamieliny.

– Ja ci dam skamieliny! – Marie wychowawczo trzepnęła chłopaka w tył głowy. – Starszych kolegów to ty szanuj! A ty się tak nie śmiej – zwróciła się do Lemana. – Ciebie też miał na myśli. 

– Przecież ja nie zwisam! 

– Ale jesteś skamieliną!

Bartek aż się zapowietrzył. Skrzyżował ręce na piersi, zmrużył oczy i zmierzył dziewczynę chłodnym spojrzeniem.

– Uważasz, że jestem stary?  

– Pamiętasz jak fanfiki pisano na Onecie. Ja jeszcze wtedy czytać nie umiałam. 

– A teraz w ogóle nie pozwalasz nam czytać. – Skrzyżował ręce na piersi, patrząc na dziewczynę z swojego szalonego poziomu dwóch metrów i siedemnastu centymetrów. – Ładnie to tak dręczyć podopiecznych? Rozrywki im odmawiać?

– Ja tu próbuję dbać o wasze zdrowie psychiczne – Marie znów miała wrażenie, że pracuje w przedszkolu. – Zdrowie. Psychiczne. Hartować was trzeba! Chronić przed deprawacją! O Kłosie i Wronie chcesz czytać?! Przecież to do załamania doprowadzi! Prawie jakby wam taki N'Gapeth jeden z drugim głupoty na insta powrzucał. Albo nie wiem, na hali zabrakło żelków. Wiecie jaki to jest kryzys? Światowy! Armagedon wybucha. Miasta płoną! Dzieci płaczą! TRAGEDIA! TRAUMA!

– Tak, chomiczku, rozumiemy. – Bartek poklepał ją po czubku głowy, jakby była tylko lekko irytującym gnomem. 

Marie fuknęła jak obrażona kotka. Na jej twarzy błąkał się jednak rozbawiony uśmiech. 

– To wy tu jesteście chomiczkami, Lemański. Małymi, puchatymi chomiczkami, nawet jeśli trochę... zmutowanymi. 

– Uważasz, że jestem puchatym chomiczkiem? 

– Zmutowanym. I to tak porządnie. No wiesz, jakby ugryzł cię wielki, radioaktywny chomik. A potem jeszcze przemielili cię przez rozciągarkę. I może odprawili mroczny rytuał. 

Środkowy parsknął śmiechem, a Marie cieplutko się zrobiło na serduszku. Odkąd wrócili z turnieju w Chinach czuła się w Spale odrobinę nieswojo. Brakowało kilku chłopaków do których zdążyła się przyzwyczaić, a nowe–stare twarze, takie jak Leon czy Kuba Kochanowski, trochę ją onieśmielali. Dopiero przy nich dostrzegła, jak bardzo Grzesiu Rozkosz był związany z tą drużyną. Wystarczyło, że uniósł brew, czy uśmiechnął się ciepło w ten swój szarmancki sposób, a chłopaki grzecznie wykonywali każde polecenia. Spędzał z zawodnikami cały dzień, rozmawiała, pomagał w problemach nie tylko sportowych, ale również – a może nawet częściej – prywatnych. Był jak idealne połączenie starszego brata z dobrym wujkiem. 

Marie trochę przerażała wizja, że miałaby zająć jego miejsce. 

Mimowolnie orbitowała więc wokół młodszych zawodników, których już znała. Wyjątkiem – pod kątem wieku – był tu Bartek Lemański. Środkowy, który w tym sezonie przebojem wywalczał sobie miejsce w pierwszej szóstce. Może za sprawą nieprzyzwoitego wzrostu (Marie podejrzewała, że za dzieciaka był karmiony grzybkami z Czarnobyla), a może mrocznego aury roztaczanej przez spojrzenie i tatuaże, był "swoim człowiekiem". Nie psiapsióła – ten tytuł dumnie dzierżył Maks. Raczej przyszły kompan w zbrodni, ten jeden kolega z pracy, z którym może nie rozmawiasz za często, ale wiesz, że w razie czego pomoże ci zakopać zwłoki. 

– Czy w takim razie mam jakieś super moce? 

– Na pewno super–irytacje. I mogę ci załatwić kołowrotek do biegania, jeśli chcesz testować inne chomicze zdolności. 

Bartek chciał coś odpyskować, ale w tym momencie do ich uszu dotarł przeraźliwy wrzask, pisk, a potem chrobot naciąganej metalowej liny. 

Synchronicznie zadarli głowy. I synchronicznie parsknęli śmiechem. 

Dwa piętra wyżej, zaplątany w dopiero co zamontowaną siatkę, wisiał Tomek Fornal. Wisiał w sposób cokolwiek niestandardowy, z lewą nogą nad głową, stopą przeciśniętą przez oczka siatki i twarzą wciśniętą w sznur. Bulgotał pod nosem coś, co od biedy mogło być wołaniem o pomoc. 

– Powinniśmy go stamtąd wyciągnąć, co nie? – Maks oparł ręce na biodrach, przyglądając się Fornalowi, jak wyjątkowo interesującemu okazowi w zoo. 

– Zapewne – przytaknęła Marie. – Nikola może się obrazić, jeśli straci szóstkowego przyjmującego. Z trenerem Winiarskim też wolałabym nie zadzierać. Mama go lubi. 

– Mają innych przyjmujących. 

– Ale Fornal jest jedyny w swoim rodzaju. 

– Przepraszam, że przerywam tę jakże interesującą dyskusję – Lemański położył wielkie dłonie na ramionach młodzieży. – Ale przypominam, że mamy problem. On tam długo nie wytrzyma – kiwnął głową w stronę balkonu, na którym Tomek robił się czerwony, ciężko stwierdzić, czy z irytacji, czy z braku powietrza. 

Marie momentalnie otrzeźwiała. Pociągnęła Maksa za rękę i razem pobiegli do budynku. Bartek cały czas dreptał im po piętach. 

W drzwiach do pokoju stał cokolwiek zakłopotany Kuba Kochanowski. Marie pogratulowała sobie w duchu, że to właśnie ich pokój wybrała, by jako jeden z pięciu testował nowe zabezpieczenia. 

– Wyjaśnisz mi łaskawie, co się stało? – zapytała, przepychając się obok środkowego. – Biliście się, czy co? 

– Nie no, nie! My tylko ten... vloga nagrywaliśmy. – Kochanowski z zakłopotaniem podrapał się po głowie. – Nowe filtry w telefonie odkryliśmy. A na balkonie lepsze światło jest. 

– Chcieliście pokazać kibicom jak skaczecie dwa piętra w dół? Iść po Grzesia? 

Kuba Kochanowski spuścił wzrok i burknął coś pod nosem. 

– Nic, nie słyszę. 

– Nie, nie musisz iść po Grzesia – powtórzył Kochanowski. – Tańczyć chcieliśmy. Kaczuszki. Żeby do nowej tradycji nawiązać. I konkurs dla kibiców zrobić. Telefon na stojaku mieliśmy, okej, na balkonie mało miejsca jest, ale daliśmy radę. Tylko, że akurat, jak Tomek chciał podskoczyć i się obrócić, to aparatowi odwaliło i flesha włączył. Tomek stracił równowagę, dość dramatycznie, przyznam. 

– I udało mu się zaplątać w siatkę? – Leman zmarszczył z niedowierzaniem czoło. 

– Ma chłopak talent, co nie? 

– Będę musiała jednak zmienić naciąg linek – mruknęła pod nosem Marie. – Dobra, wyciągnijmy go – dodała już głośniej. 

Z pomocą Bartka i Kuby ostrożnie wyplątali Fornala z siatki. Przyjmujący na szczęście z całej akcji wyszedł bez szwanku, jedynie trochę wystraszony i z linami odciśniętymi w różnych miejscach, między innymi nadgarstkach.

– Lepiej ubierz bluzę na kolejną konferencję – zasugerował Kuba. – Bo jeszcze dziennikarze pomyślą, że Grbić więzi nas w piwnicy. 

– Może trzyma? – Fornal uśmiechnął się głupkowato. – Ale tylko wybranych. Widać do nich nie należysz. 

– Uważasz, że nie jestem godny lochów Nikoli? 

– No wiesz... 

– Potem będziecie się dzielić swoimi fetyszami – przerwała im Marie. – To ten telefon? – wskazała na pstrokato fioletowy statyw, który nadal grzecznie stał na parapecie. 

Ostrożnie ściągnęła komórkę. Na jej prośbę przyjmujący odblokował ekran. Nie zamierzała przeglądać jego prywatnych zdjęć, zresztą Tomek cały czas zaglądał jej przez ramię. 

Nie znała się jakoś bardzo na technologii, podstawowy kurs IOS obejmował głównie instalacje odpowiedniego oprogramowania, ale komórka wydała jej się zupełnie normalna. Ot, jeden z najnowszych IPhonów, w którym osobiście jeszcze kilka dni temu aktualizowała zabezpieczenia.

W powiadomieniach czy wiadomościach nie było nic ciekawego. Przekomarzania z Kubą Kochanowskim, mail z klubu i informator z IOS, który wszyscy zawodnicy dostawali przed turniejami. 

– Może coś nacisnąłeś przez przypadek – stwierdziła, oddając Fornalowi telefon.  – Ale może ogranicz vlogowanie do kamery, co? Morderczy potencjał mniejszy. 

– Chyba, że zrzucisz ją komuś na głowę z dziesiątego piętra – zwrócił uwagę Leman. – Wiesz, prędkośc razy masa... 

– Przyspieszenie razy masa – poprawiła go odruchowo Marie. –  Jeśli mówisz o sile. Dopiszę do potencjalnych zagrożeń spadające kamery. A teraz panowie – odwróciła się do Kochanowskiego i Fornala. – Na przyszłość przemyślcie otoczenie swoich wygłupów. Zalecany obszar do tańczenia kaczuszek to prostokąt o wymiarach trzy na cztery metry. Polecam halę. Albo chociaż podjazd przed ośrodkiem. Zrozumiałe? 

Szatański duet pokiwał szybko głowami. Marie wyprostowała się dumnie. Czyli ma trochę posłuchu również wśród złotych chłopców. W sumie ciekawe czy to jej własny talent, czy jednak geny matki w końcu wyszły na światło dzienne. 

– Dobra, wszystko odszczekuję – przyznał Maks, gdy zamknęli drzwi do pokoju zawierciańskiego duetu. – Doskonały pomysł, chylę czoła i całuję rączki. 

Ukłonił się szarmancko, szeroko szczerząc zęby. Marie przewróciła oczami. 

– Oczywiście, że genialny. W końcu mój. 

– Ależ jestem skromna

Marie tylko uśmiechnęła się pod nosem. 

Tak jak się spodziewała, przez kolejne dni siatki okazały się może nie samospełniającą się przepowiednią – poza Fornalem nikt więcej nie wypadł – ale zaskakująco przydatnym wynalazkiem. Wyszło bowiem, że siatkarze mają wręcz nadnaturalne zdolności do wypuszczania rzeczy z rąk. Na balkonach. Zabezpieczenia ocaliły więc trzy telefony, dwie szczoteczki do zębów, jednego buta, a także ukochanego pluszowego Sticha Kuby Popiwczaka. 

Wyjeżdżając na turniej do Gliwic, Marie miała galerię w telefonie zawaloną dowodami na to, jak genialne ma pomysły. Zamierzała przygotować obszerny raport z pierwszy tygodni działania siatek, a potem, niby zupełnie przez przypadek, dołączyć do maila szanownego pana FR103. 

Śląsk przywitał ich prawie czterdziestopniowym upałem. Betonowy rynek Katowic zamienił się w wielką patelnię, niewiele lepiej było pomiędzy wysokimi kamienicami Gliwic. Siatkarze krążyli na trasie hotel–autokar–hala–autokar, wdzięczni za wszechobecną klimatyzację. Grzesiu i Marie musieli wdrożyć specjalne protokoły, zapobiegające potencjalnym przegrzaniom oraz innym skutkom wysokiej temperatury. 

Nie tylko Polska miała problem z afrykańskimi upałami. Dzień przed pierwszym meczem z Belgią, Grzesiu i Marie zostali wezwani na kryzysowe zebranie IOS. W sali konferencyjnej hotelu zebrali się wszyscy opiekunowie reprezentacji z gliwickiego turnieju. Marie nie kojarzyła jeszcze wszystkich nazwisk, ale rozpoznała Yaqin Lin, opiekunkę reprezentacji Chin oraz Thiesa Nienhausa od Niemców. 

Ekran pokazywał dwa okienka zooma, sale konferencyjne, jedną w Ljubljanie, drugą we francuskim Orleanie. Marie dostrzegła malutką sylwetkę Arsenego Blaina – syna dziadka Philippa i obecnego opiekuna reprezentacji Francji. 

Komputer piknął i pojawiło się trzecie okienko. Dara Lavigne, koordynatorka IOS, łączyła się z swojego gabinetu w Paryżu. Marie chyba pierwszy raz widziała ciocię z podkrążonymi oczami i bez obowiązkowych, długich kolczyków. Włosy miała spięte niedbale frotką, a z makijażu, który zawsze dopieszczała zostały tylko pomalowane rzęsy. 

– Czyli mamy już wszystkich, tak? – Kobieta przetarła dłonią zmęczoną twarz. – Wiem, że macie w cholerę roboty, jakbym nie musiała, to bym was nie ciągała. Kryzys mamy, burzę mózgów trzeba zrobić. Blain, wytłumacz. 

Arsene poruszył się nerwowo na krześle. Kliknął coś na swoim laptopie, a na ekranie pojawił trójwymiarowy model hali sportowej w Orleanie. Obracał się powoli, a przez półprzezroczyste ściany biegły chaotycznie krzywe we wszystkich odcieniach czerwieni. 

– Przegrzało nas – oświadczył Francuz. – W sensie halę. Jakiś debil z FIVB... 

– Blain, język! 

– Przepraszam – osobnik o ograniczonej ilości komórek mózgowych – dostarczył nam niewłaściwe plany hali przed sezon. Wydaliśmy pozwolenia na obiekt bez klimatyzacji. 

– Że co proszę?! – Grzesia aż zatkało, Marie zresztą też. Zerknęła na pozostałych opiekunów. Lin kręciła z niedowierzeniem głową, a Thies skubał uparcie koniec czarnej jak noc bródki. 

– Ja wydałam – Dara wyglądała jakby zaraz miała się rozpłakać. – Trzeba będzie po sezonie zaktualizować przyspieszone procedury, jak widać w dwudziestym pierwszym wieku klima na hali nie jest oczywistą oczywistością – zaśmiała się gorzko. – Ale to na później. Jak ciepło macie? Trzeba będzie odwołać turniej?

– Wczoraj mieliśmy trzydzieści sześć stopni, mierzone przy słupku sędziego. Temperatura utrzymuje się powyżej trzydziestu stopni, średnia to trzydzieści dwa, mediana trzydzieści trzy przecinek trzy– Blain wyświetlił bardzo ładne, kolorowe wykresy. Marie zrozumiała z nich tylko, że Francuzi się gotują. Tudzież prażą. Jak popcorn. – Mój stażysta od rana terroryzuje miejscowy zespół. Na razie załatwiliśmy trzy duże klimatyzatory. Zanotowaliśmy spadek temperatury do dwudziestu dziewięciu stopni. Młody kombinuje też, czy dałoby się podpiąć klimatyzatory do głównego systemu wentylacji. 

– Zaprzągłeś stażystę do rozwiązywania światowego kryzysu? – Grzesiu uniósł brwi na precyzyjnie wyćwiczoną wysokość. Coś pomiędzy grzecznym zaciekawieniem, a cyniczną wyższością. 

– A to nie od tego są? 

– Możliwe, że mamy inne podejście do szkolenia, jednak wydawało mi się, że początkowo wypadałoby ich no nie wiem... przeszkolić? 

Arsene machnął ręką, zapewne lekceważąco, ale przez kamerę wyglądało to tak, jakby odganiał natrętną muchę.

– W praktyce się chłopak uczy. Teraz poszedł routery podpinać. Żeby sprawdzić jaki całkowity pobór prądu mamy. Jak go coś kopnie to się przy okazji BHP nauczy. 

Marie ściągnęła brwi. Słyszała, że oprócz niej, International Organization for Sportsmen zatrudniło jeszcze dwudziestu stażystów, w tym aż sześciu w siatkówce. Na razie spotkała tylko jednego, niewiele starszego chłopaka pracującego przy reprezentacji Japonii. Tylko, że na rozmowie kwalifikacyjnej, gdy zapytała, z jakim krajem będzie pracować, Francja w ogóle nie była możliwością. 

– Nie wiedziałam, że Francuzi przyjęli stażystę – zwróciła się szeptem do Grzesia. – Myślałam, że nie ma u nich miejsca. 

Grzesiu jakby się zmieszał. Nerwowo poprawił kołnierz koszuli i wygładził granatowy pullover. 

– W drugiej turze chłopaka wzięli – wyjaśnił ostrożnie. – Od tygodnia dopiero z nimi robi, Arsene do samego końca wahał się, czy kogoś potrzebuje. 

– Chciał prowadzić drużynę aż do śmierci? 

– N'Gapetha na pewno.  

Krasicka parsknęła śmiechem. Skupiła wzrok na ekranie, gdzie Blain wyświetlał kolejną symulację przepływu powietrza w hali. 

– Potrzebujemy rozwiązania, które schłodzi halę do optymalnych dwudziestu stopni – tłumaczył, przesuwając wskaźnikiem po rysunku. – Mamy osiem tysięcy kibiców na trybunach. Osiem tysięcy biologicznych grzałek. To plus temperatura na zewnątrz i z zawodników zostaną wysuszone śliwki. 

– Potrzebujecie dużej mocy – Thies w zamyśleniu bawił się skuwką od długopisu. – Z trzysta megawatów co najmniej. 

– Miasto twierdzi, że sieć wytrzyma. 

– A ty im ufasz? 

– Za cholerę. 

Na ekranie Dara z rezygnacją pokręciła głową. Schowała twarz w dłoniach i przez chwilę oddychała ciężko. Wszyscy zebrani czekali w milczeniu, aż koordynatorka zbierze myśli.

– Musimy wymyśleć coś skutecznego i łatwego w montażu – powiedziała w końcu. – Dlatego tu jesteście. Potrzebuję pomysłów ludzie! – wyrzuciła ręce w powietrze. – Myślcie, za to wam płacą!

Marie nie pamiętała, by kiedykolwiek widziała ciotkę tak zdenerwowaną. Owszem, Dara Lavigne była definicją francuskiego chaosu, tornadem na szpilkach, a w jej energii, ustawianiu siatkarzy do pionu, w każdym zdaniu i każdej z pozoru spontanicznej decyzji był zamysł. Tak, Dara była kolorowym ptakiem – ale inteligentnym, dostrzegającym więcej niż przeciętny człowiek. Zawsze z planem A, B i C, jak większość opiekunów IOS. Marie zaczynała podejrzewać, że nie chodzi tylko o przegrzaną halę. Że niezniszczalną Darę Lavigne dręczy coś, z czym nawet jej optymizm nie potrafi sobie poradzić. 

– Więcej klimatyzatorów? – rzuciła Yaqin 

– Znów – pobór prądu. 

– Podepniecie się do zewnętrznego źródła? 

– Chcesz postawić w hali generatory prądu? Po pierwsze – będą kopcić. Po drugie – same się grzeją. Żaden efekt. 

Przychująca się całej rozmowie Marie zmarszczyła w zamyśleniu czoło. W jej głowie pojawiła się myśl, a raczej zarys. Odpaliła swój tablet. Wrzuciła hasło w wyszukiwarkę i w skupieniu zaczęła przeglądać wyniki Googla. Koncepcja była odrobinę szalona, ale mogła się udać. Pod warunkiem, że Francuzi wrzucali aktualne plany do sieci. 

– A jakbyśmy wykorzystali fotowoltaikę? – zaproponowała ostrożnie. – Jest na budynku obok. Może dałoby się pociągnąć stamtąd prąd. Po odpowiednim kablu oczywiście. 

Przełknęła nerwowo ślinę. Czuła na sobie spojrzenia pozostałych opiekunów, tych w sali i tych po drugiej stronie transmisji. Kątem oka widziała, że Grzesiu uśmiecha się z aprobatą. 

– To ma szansę się udać – przyznał niechętnie Arsene, stukając palcem w obudowę latopa. – Pod warunkiem, że mój stażysta podłączy kable nie wysadzając rozdzielni w powietrze. I nie poprawiając moich wyliczeń!

– Czyżby ktoś podważał twoją genialność, Arsene? – Na twarzy Dary Lavigne po raz pierwszy pojawiło się coś, co od biedy można było uznać za uśmiech. 

- Bez przesady – Blain odchylił się na krześle.  – Młody jest, to jeszcze się uczy, że geniuszu się nie podważa.

Marie nie mogła powstrzymać parsknięcia śmiechem. Już współczuła chłopakowi, któremu przyszło pracować z najmłodszym z Blainów. Jednak legendy o ego zawierały ziarno prawdy. 

Nagle światła w pomieszczeniu zamigotały i zgasły. Sala konferencyjna pogrążyła się w ciemności. Marie odruchowo sięgnęła po telefon. Zapaliła latarkę, obok Grzesiu i Yaqin zrobili to samo. 

– Prąd wysiadł? – Marie poświeciła po suficie. – To przez ten upał? 

– Nie, raczej nie – pokręcił głową Grzesiu. – Może zwykłe zwarcie. Jesteś pewna, że żaden z naszych chłopców nie przywiózł ze sobą grzałki do tostów? 

– Tej wielkiej ze Spały? Co ją jeszcze Konarski z Drzyzgą spawali? 

– Tak, tej. Nie ma certyfikatów bezpieczeństwa. 

– Zamknęłam w piwnicy przed wyjazdem. 

– W takim razie, co to...?

I w tym momencie światła zapaliły się z powrotem. Projektor i komputery wróciły do żywych. Na ekranie znów pojawiło się okno zooma, a po chwili wróciły transmisję z Francji i Słowenii. Pozostali opiekunowie wydawali się równie zdezorientowani, tak jakby prądu zabrakło we wszystkich trzech miastach. 

– Wszyscy cali? – zapytała Dara. 

– Teoretycznie – mruknął stacjonujący w Lubljanie 

Opiekunowie zgodnie pokiwali głowami. Dara zacisnęła zęby. W ciągu kilkunastu sekund wydała się postarzeć o kolejne pięć lat. 

– Arsene, sprawdź w wolnej chwili co się stało – poprosiła zmęczonym głosem. – Może nasze serwery zarejestrowały ten spadek mocy. 

– Ajaj, szefowo!  – Blain zasalutował radośnie. Marie była przekonana, że gdyby siedziała obok dostrzegłaby w jego oczach chytre ogniki. 

– Poza tym, to i tak chyba wszystko mamy omówione. Testujemy w takim razie rozwiązanie Marie – kontynuowała Lavigne. – To tyle na dzisiaj. Wracajcie do swoich drużyn i proszę, bądźcie ostrożni. – Skinęła na pożegnanie głową i zakończyła transmisje. 

Zebrali pospiesznie wszystkie rzeczy. Opuszczali pomieszczenie, gasząc światło, przekonani, że o to IOS znów udało się zażegnać organizacyjny kryzys.

Nikt nie zauważył złotego loga IOS, które na ułamek sekundy rozbłysło na ekranie.

6. Trup pod palmami

 Ostatnie dni turnieju w Chinach minęły Marie szybciej niż Developres rozwiązuje kontrakty z trenerami w połowie sezonu. Polacy wygrali z Ukrainą, co prawda po kolejnym tie–breaku, ale darowanym punktom nie zagląda się w zęby, jak mówi stare siatkarskie przysłowie. Chłopcy ograniczyli liczbę zdarzeń przypałowych tudzież niebezpiecznych. Nawet Maks przychamował swoją upierdliwość, choć nadal prychał kpiąco na widok Nika Mujanovicia, a raz na śniadaniu rzucił w atakującego babeczką. 

Niechcący oczywiście. Wymsknęła mu się z rąk. 

Nik na szczęście skwitował to tylko parsknięciem śmiechem. Jak zresztą wiele wydarzeń z ostatnich dni. 

Marie musiała przyznać, że układ z Mujanoviciem całkiem jej pasuje. Nie byli parą, co to to nie, w żadnych tanich romansidłach nie występowali, sorry, powieści z tego nie będzie. Co najwyżej kiepski fanfik na wattpadzie. 

Nie żeby miała jakoś wiele doświadczenia. Spotykała się wcześniej z jednym chłopakiem w liceum, tylko przez trzy miesiące, rozstali się zaraz po studniówce. Maciek nie był zły, z wyglądu przypominał nawet trochę Nika, ale Marie po prostu nic do niego nie czuła. Ot, nastoletni związek, żeby mieli z kim iść na bal. 

No i nudziła się wtedy przepotwornie. Timo latał za tą cholerną Klarą z 4C i zapominał o poświęcaniu czasu przyjaciołom. 

Jakoś zupełnie inaczej gadał pół roku później, gdy przyszedł do Marie z złamanym serduszkiem. 

Więc tak, relacja z Nikiem była nowa i fascynująca. Jak książka z barwionymi brzegami, którą dopiero odkryło się w księgarni.

Ostatniego wieczoru, gdy większość siatkarzy już spała, walizki czekały spakowane, a wytyczne bezpieczeństwa lotów sprawdzone, Marie schowała się na tarasie na dachu hotelu. Był tu podświetlony delikatnym światłem basen i zamknięty o tej porze bar. Dziewczyna przesunęła sobie jeden z foteli pod samą krawędź dachu, by mieć widok na spowite nocą miasto. 

Siedziała tak w ciszy od dobrych pół godziny. Nogi oparła o barierkę, a w dłoni obracała wygaszony telefon. 

Myślała. Intensywnie. Uznała, że jest to bardziej efektywne niż klnięcie na czym świat stoi. 

Dostała maila z działu finansowego. Wniosek o przyznanie funduszy na montaż siatek ochronnych przeszedł, ale z dalszymi uwagami od FR103. Cholerny urzędas, znów przyczepił się do obliczeń, do tego śmiał zasugerować, że problem nie leży w źle zabezpieczonych balkonach, a niestarannie przeprowadzonych szkoleniach BHP. 

Idiota. 

Marie próbowała sprawdzić, kto kryje się w bazie pod kodem FR103, ale za każdym razem system wywalał błąd. W desperacji napisała nawet do mamy, z prośbą by uruchomiła swoje kontakty w IOS. Mama zbyła to tylko parsknięciem śmiechem. Zofia Krasicka kochała swoją córkę nad życie, ale bardzo stawiała na samodzielność potomstwa. 

Ciocia Dara, główna koordynatorka turniejów, zawsze pierwsza do pomocy ukochanym dzieciakom, tym razem nabrała wody w ustach. Na pytanie o dane tajemniczego urzędnika zaczęła wykręcać się ochroną danych osobowych, a potem się rozłączyła. 

Mendy nie rodzina. 

Dlatego teraz Marie siedziała na dachu hotelu i próbowała zrozumieć, kto w IOS tak bardzo chce jej uprzykrzyć życie. 

– Czy opiekunowie w ogóle sypiają? Czy jednak prawdę jest to, co głoszą plotki, że jesteście wampirami? 

Nagle za jej plecami rozległ się czyjś rozbawiony głos. Krasicka zerknęła przez ramię. Na brzegu basenu stał Nik. Włosy znów miał rozpuszczone, a na pidżamę narzucił hotelowy szlafrok. 

– Mogłabym zapytać o to samo – prychnęła Marie. – Regeneracja? Coś ci to mówi, Mujanović?

– Nie mogłem spać. Jeszcze emocje po turnieju nie zeszły – Atakujący przysunął sobie drugi fotel i usiadł obok Marie. 

Długo siedzieli w zupełnej ciszy. Marie nadal błądziła myślami wokół maili IOS. Może mogłaby wymyślić nową procedurę bezpieczeństwa technicznego, która wymagałaby pobrania danych pracowników? Dyrekcja była mocno wyczulona na potencjalnych szpiegów czy sabotażystów, pracujących dla federacji sportowych. Ochraniali też sportowców z krajów przesiąkniętych reżimami. Ochrona danych była traktowana priorytetowo. 

Pokręciła z rezygnacją głową. Tak naprawdę nie miała żadnej wskazówki. Początek FR wskazywał na Francję, ale nie na dział. International Organization for Sportsmen zatrudniała kilkadziesiąt tysięcy ludzi na całym świecie, to było jak szukanie igły w stogu siana. 

Mogła go oczywiście olać. Powinna. Ale wewnętrzny stworek–potworek ambicji kazał walczyć. 

– To kiedy się zobaczymy? – zapytał nagle Nik. – Gracie teraz w Gliwicach, co nie? 

Marie nie odpowiedziała od razu. Odchyliła się w fotelu, skrzyżowała ręce za głową i odetchnęła wilgotnym, nocnym powietrzem. Mogłaby do tego przywyknąć.

– Pewnie na turnieju finałowym – odpowiedział sobie sam Słoweniec. – Pod warunkiem, że się dostaniecie. 

Krasicka prychnęła kpiąco. Odwróciła się w fotel i oparła o podłokietnik tak, by móc posłać Nikowi swoje popisowe pełne wyższości spojrzenie. 

– Jeśli ktoś powinien się martwić o awans, to wy. – Dźgnęła Mujanovicia palcem w pierś. – Moi chłopcy dopiero się rozkręcają. Zmiotą resztę z powierzchni ziemi. 

– Założymy się? 

– O kilogram żelek malinek? 

– O dwa. 

– Zgoda. 

Uścisnęli sobie ręce na znak przypieczętowania zakładu. Jednak Nik nie puścił od razu dłoni Marie. Delikatnie przyciągnął Marie bliżej. Teraz ich twarze dzieliło zaledwie kilka centymetrów. Mogła policzyć włoski na brodzie, których nie dogolił. 

Przełknęła nerwowo ślinę. Czuła, że się czerwieni. Spokojny oddech Nika drażnił skórę na jej szyi. Miała wrażenie, że słyszy łomotanie swojego serca. Gapiła się jak ciele w brązowe oczy Słoweńca, a świat wokół wydawał się wirować. 

Chciała go pocałować. Cholernie chciała. 

– Dlaczego w ogóle zostałaś opiekunką? 

Pieprzony niszczyciel zabawy. 

Ze świstem wypuściła powietrze. Odsunęła się od Nika i usiadła z powrotem głęboko w fotelu. 

– Skąd to pytanie? 

– Chciałem je zadać za nim zapytasz mnie, dlaczego zostałem siatkarzem. 

Skrzyżowała ręce na piersi. Wzrok utkwiła w różowych, odblaskowych sznurówkach od martensów. Prezent urodzinowy od Timotiego. 

– Nie wiem – przyznała z ociąganie. – Moi rodzice pracowali dla IOS, mama w sumie nadal jest konsultantem. Aplikowałam na staż w Europarlamencie, nie dostałam się. Jak zobaczyłam ofertę IOS pomyślałam raz kozie śmierć.

– Rodzice pewnie byli przeszczęśliwi. 

Marie zaśmiała się gorzko na wspomnienie wkurzonej matki, grożącej wydziedziczeniem jeśli córka przyjmie ofertę. (Mamusia nie mówiła poważnie. Potem jej przeszło. Jak tatuś upiekł ciasto). 

– Mama uważa, że cały świat sportu to bagno – wyjaśniła. –  Siedzi w nim dalej tylko dlatego, że wszystkie jej chomiczki to obecni lub byli siatkarze. 

– Twoja mama hoduje chomiczki? 

– I to zawodowo. 

– Chcę znać szczegóły? 

– Nie. Nie mam pod ręką białej tablicy. 

Nik przysunął się bliżej. Objął ostrożnie Marie, pozwalając by oparła głowę na jego ramieniu. Pachniał hotelowym mydłem i sosem sojowym, jakby przed chwilą zjadł całą miskę chińskiego makaronu. Pojedynczy kosmyk kręconych włosów łaskotał dziewczynę w twarz. 

– Chyba chciałam im zrobić na złość – stwierdziła po zastanowieniu. – Tak troszeczkę. Pokazać, że poradzę sobie sama w środowisku, w którym są legendami. Całe moje życie toczyło się w tle siatkówki, więc może czas stać się jej częścią? – Spojrzał na Nika z mieszaniną nadziei i desperacji. Jakby to właśnie on, tu i teraz miał potwierdzić, że tak Marie Krasicka podjęła właściwą decyzję, jej życie będzie piękne, beztroskie, wypełnione żelkami i przepisami BHP. 

Mujanović tylko mocno ścisnął dłoń dziewczyny. 

– Przyjedź do mnie – zaproponował nagle. – Do Słowenii. Po Lidze Narodów. Na pewno będziesz miała chwilę wolnego, Grbić nie może być aż takim terrorystą. Pokażę ci Lubljanę. I góry. Mamy naprawdę zajebiste góry. 

– Hodują tam takie kozy jak ty? 

– Nawet lepsze. 

Przygryzła w zamyśleniu wargę. Nikola terrorystą może i nie był, lekkie skłonności sadystyczne nie wykraczały poza standardy trenerskie. Wolne po Lidze zależało od tego, czy zakwalifikują się na turniej finałowy, ale i tak, niezależnie od wyniku, na początku sierpnia Marie musiała odbębnić obowiązkowy, dziesięciodniowy kurs w siedzibie IOS we Włoszech. 

W sumie z Włoch do Słowenii nie było tak daleko. 

– Może się uda. Na trzy–cztery dni, więcej za Chiny Ludowe nie wcisnę. 

– Wystarczy – Nik wyszczerzył się głupkowato. – Jeszcze byś mi się przejadła. 

– Ej! – Marie szturchnęła atakującego w ramię. 

Nik roześmiał się głośno. Jeszcze mocniej przytulił dziewczynę. Hotelowy szlafrok był puchaty, jak stado owieczek. Marie przymknęła oczy, wtulając się w mięciutki materiał. 

W sumie, chyba nie było tak źle. Miała pracę. Miała Maksa i chłopaków. Siedziała sobie na dachu hotelu na drugim końcu świata, z szalenie przystojnym facetem, któremu się podobała. 

Tak, życie było piękne. I tego zamierzała się trzymać. 

 

 

Po powrocie z Chin czasu na odpoczynek za wiele nie było. Już następnego dnia Grzesiu, Marie i wszyscy wybrani przez Nikolę kadrowicze zameldowali się w Spale, gdzie już czekali na nich starzy wyjadacze. Była to grupa silna, znane nazwiska, których domagali się kibice. Brakowało oczywiście paru gwiazd, z powodów bardzo różnych, mniej lub bardziej medialnych, ale topowe numery pozostały niezmienne.

Marie naprawdę starała się nie denerwować. Serio. W końcu radziła sobie z Bartkiem Lemańskim, czy Olkiem Śliwką. Dlaczego więc miałaby się przejmować takim Kubą Kochanowskim? Albo Leonem? Albo – nie daj boże – Tomkiem Fornalem? Siatkarz, to siatkarz, dwa metry czystej destrukcji. 

Dlatego też próg COSu przekroczyła krokiem pewnym i stanowczym, z wysoko uniesioną głową. 

Po czym bardzo pewnie i stanowczo zaliczyła spektakularną glebę.  

Nagle straciła równowagę. Ziemia uciekła jej spod nóg, pomieszczenie zawirowało. Próbowała się jeszcze ratować, chaotycznie machając rękami, ale niewiele to dało. Z hukiem wylądowała na podłodze. 

Zarejestrowała trzy rzeczy: 

Po pierwsze – kafelki w recepcji były cholernie twarde. Pewnie marmur. Ciekawe, czy spełniają unijne normy sprężystości? 

Po drugie – obiła sobie łokcie. Jak? Cholera to wie. Bardzo? Zapewne. 

Po trzecie – nie wywaliła się sama, miała istotny powód, a mianowicie bliżej niezidentyfikowany obiekt pośrodku przejścia. 

Marie zmrużyła oczy. Zidentyfikowanie obiektu trudne nie było trudne, choć zrodziło więcej pytań niż odpowiedzi. 

Na podłodze leżały bowiem zwłoki. Niewątpliwie męskie, odziane w kadrowe spodenki i wielgachną bluzę z Stichem na plecach.  Zwłoki leżały twarzą do ziemi, a z głowy sterczała im fikuśna palma z włosów. Brakowały im butów, a jedna skarpetka zaczynała przecierać się na piętach. 

– Przepraszam – Marie dźgnęła nieboszczyka palcem. – Czy mógłby pan łaskawie umierać gdzie indziej? Tu jest ciąg komunikacyjny. I droga ewakuacyjna. 

Zwłoki jęknęły przeciągle. Zebrały w sobie resztki sił, ostatki człowieczeństwa, by łaskawie odwrócić się na plecy. 

Dopiero wtedy Krasicka zorientowała się, że trup ma twarz Kuby Popiwczaka. Doświadczony libero nie wyglądał co prawda bardzo trupio, nie był ani zielony, ani szary, nic mu też nie gniło. Jedyną oznaką zbliżającego się zejścia z tego świata był pełen cierpienia wzrok wlepiony w brudny sufit. 

– Idź sobie, kobieto przebrzydła! – jęknął. – Ja tu cierpię! 

– Widzę – przytaknęła grzecznie Marie. – Ale pana cierpienie niesie ze sobą prawdopodobieństwo wystąpienia uszczerbku na zdrowiu osób postronnych. 

Kuba fuknął wściekle. Obrócił głowę, zmrużył oczy i zmierzył dziewczynę oskarżającym spojrzeniem. 

Marie nawet nie drgnęła. Usiadła tylko po turecku, bo zaczynał ją pobolewać kręgosłup. 

– Nie odmawiam panu prawa do cierpienia – kontynuowała spokojnie. – Cierpienie prawem człowieka, czymże by był nas rodzaj bez zdrowej dawki masochizmu. Jednakże samobiczowanie można uskuteczniać z zachowaniem przepisów i norm BHP. Mam nawet broszurę. – Zaczęła grzebać w plecaku w poszukiwaniu odpowiedniej teczki. – O, proszę. Zabezpieczenie i wytyczne do przeprowadzenia zachowań o charakterze autodestrukcyjnych. – Wcisnęła ulotkę w dłonie Popiwczaka. – Mam też wersję rozszerzoną, ale tylko w pdfie. 

Kuba usiadł powoli. Spojrzał na ulotkę, na Marie i znów na ulotkę. Trybiki w jego głowie pracowały na zwiększonych obrotach, wykorzystując całą energię, którą normalnie przeznaczał na analizę strategii przeciwnika. Marszczył przy tym nos, co nadawało mu wygląd bardzo wkurzonej, bardzo zdezorientowanej palmy.

– Jesteś z IOS? 

– Yuup, sto procent opiekuna w opiekunie – postukała palcem w naszywkę na koszulce. – No dobra, dziewięćdziesiąt pięć. Ale jak skończę staż, to będzie sto! 

Popiwczaka jakby oświeciło. Poderwał się na równe nogi. Chwycił Marie za ramiona, pociągnął do góry, z trudem stawiając do pionu. 

– Ja bardzo szanowną opiekunkę przepraszam, ja nie chciałem pani drogi zagradzać, czy jakiegoś dyskomfortu powodować. – Nerwowo strzepnął niewidzialne pyłki z ramion Krasickiej. – Proszę mnie nie zgłaszać! 

Marie zamrugała szybko. Zdjęła ręce Kuby z swoich ramion i przezornie zrobiła krok w tył. A potem jeszcze jeden. 

– Ja... 

– O, tu jesteś Piwko! 

W holu zmaterializowało się dwóch kolejnych siatkarzy, doskonale zresztą Marie znanych. Jeden z twarzą dziecka, drugi z białą czupryną, nierozłączni Kuba Kochanowski i Tomasz Fornal. 

– Czy znowu taranujesz biedne opiekunki? – zapytał szczerze zainteresowany Fornal. – Pani wybaczy koledze – zwrócił do Marie. – Kubuś ma skłonności do utraty równowagi w bardzo niestandardowych okolicznościach. Nie bardzo często, ale ponad normę. W zeszłym roku IOS skierowało go na specjalne badania zaburzeń odczynników w uszach... 

– Płynu   – poprawił kolegę Kochanowski. 

– I od tego czasu darzy was dużym szacunkiem.

– Szacunkiem? – Marie skrzyżowała ręce na piersi. Starała się trzymać prosto i dumnie, jak na profesjonalistkę przystało. – I w ramach tego szacunku pada trupem w recepcji? Czy wiecie, ile papierologii generują potencjalne zgony? Nie? I bardzo dobrze.

Chłopaki z zakłopotaniem podrapali się po głowach. I to synchronicznie. Marie uświadomiła sobie, że może mama miała rację i cześć siatkarzy po prostu dzieli jedną komórkę mózgową na spółkę. Zapisała w pamięci, by częściej słuchać matki. Nawet jeśli grozi wujkowi Stephanowi, chłopcom z Resovi, Lublina albo dziennikarzom. 

O dziwo dziewczynom z Developresu się nie obrywało, mamusia miała do nich słabość. Jelena Blagojević i Paulina Peret dołączyły do grona chomiczków, cała drużyna znalazła się pod parasolem ochronnym. Wszyscy wiedzieli, że jeśli choć włos im z główek spadnie, Zofia Krasicka wejdzie w tryb bezwzględnego mściciela w masce. 

Dobrze, że przeszkoliła córkę w pozbywaniu się zwłok. 

– A co to za podkradanie psiapsiół? 

Maks Granieczny pojawił się znikąd, a dokładniej wyrósł zza kontuaru recepcji. Skąd tam się wziął i co robił? Marie wolała nie wiedzieć. W ostatnim czasie Maks zyskał nadnaturalną zdolność pojawiania się dokładnie na drodze Marie, z częstotliwością przekraczającą zdrowe, nawet przyjacielskie relacje. Do tego poprzednim razem, gdy znalazła kumpla pod biurkiem, Granieczny zakładał hodowlę ślimaków w pudełku po butach. 

– Maksiu, hamuj się – zwróciła mu grzecznie uwagę. – Powtarzaj za mną – sztab jest dobrem wspólnym. Opiekunowie zajmują się całą drużyną. Nie mogę zabierać kolegom ochrony. To byłoby samolubne i niegrzeczne. 

Maks burknął coś pod nosem. Skrzyżował ręce na piersi, nadal mordując starszych kolegów spojrzeniem. 

– Przekabacić cię będą chcieli – stwierdził z wyrzutem. – Będziesz z Fornalem vlogi kręciła i na nas czasu już nie będziesz miała!

– Nie no, Maksiu, co ty? – Fornal rozłożył szeroko ręce. – My? Kraść? Co najwyżej wiesz, jakąś małą kolaborację zrobić. Współprace. Zasięgi nam skoczą, fani przybędą, współpraca obu stronom się ułoży, zobaczysz, sławny będziesz. 

– Bardziej niż jesteś teraz – wtrącił Kochan.   

– Kłamstwo i szubrawstwo! Ja was znam! – Maks tupnął nogą. – Wy jesteście przebrzydłe pijawki! Pasożyty! Płazińce!  

Granieczny się rozkręcał, machał rękami we wszystkich kierunkach, nadymał się, prawie para mu Tomek Fornal mógłby się jeszcze bronić, Kochanowski może nawet by go wsparł, w końcu brother from another mother, ale przerwał im radosny wrzask.

– Luudzieee, ja lataaam! 

Z windy wypadł kolejny siatkarz. Na głowie miał papierową czapkę czarodzieja, a między nogi wetknął drewnianą miotłę. Jak huragan przebiegł przez hol, zakręcił za kontuarem recepcji i wyhamował tuż przed nosem Marie. 

– Łooo, to naprawdę ty! 

Artur Szalpuk nie zmienił się bardzo, choć minęło dziesięć lat, odkąd Marie widziała go po raz ostatni. Nadal miał tę rozwianą blond czuprynę i szeroki uśmiech, który nadawał mu wygląd naćpanego labradora (Zofia Krasicka a.d 2015). Na widok dziewczyny, przystanął, wytrzeszczył oczy, a miotła wypadła mu z rąk. 

– Czy w takim razie adoptujemy kurę? – zapytał Bartka Lemańskiego, który akurat wszedł przez główne wejście, taszcząc za sobą dwie wielkie walizy. 

– Kurę? – Tomek Fornal próbował unieść jedną brew, ale wyszedł mu tylko wyjątkowo pokraczny grymas. – Dlaczego mielibyśmy adoptować kurę?

– Szalupa ma rację – zgodził się z kolegą Leman. – Gdy drużyną opiekowała się Zosia, pozwoliła Grzesiowi Łomaczowi adoptować kurę. Chyba miała na imię Helenka. 

– A nie Renatka? 

– Niee… Jestem pewien, że Helenka. 

Szalpuk z uznaniem pokiwał głową. Sam pamięci do imion nie miał, do zwierząt jeszcze bardziej, ale wizja drużynowej kury roztaczała się przed nim niczym spełnienie najskrytszych marzeń. Piękne to były czasy słusznie minione, gdy IOS akceptowało kury jako wsparcie emocjonalne siatkarzy, a on i reszta chłopaków kitrali się pod kołdrami, by po nocach czytać fanfiki na blogspocie. 

A teraz nie mieli ani kury, ani blogspota.

Dokąd ten świat zmierza? 

– Boję się, że obecnie kury podpadają pod zagrożenie biologiczne – zauważyła trzeźwo Marie. – Przepisy unijne.

Uśmiech Artura przygasł, a w oczach pojawiło się rozczarowanie. Wyglądał jak szczeniak, któremu odmówiono dziesiątego z rzędu smaczka.

– Oczywiście mogłabym zgłosić wyjątek, emotional suport animal nie są dokładnie zdefiniowane w przepisach...

– Naprawdę? – Szalupa cały się rozpromienił, niczym dwumetrowe słoneczko albo reaktor jądrowy. Marie była prawie pewna, że w ciemności zacząłby świecić.

Ciekawe czy udałoby się go podpiąć pod zapasowy generator? 

– Zobaczę, co da się zrobić. 

– Ej! To niesprawiedliwe! – oburzył się Maks. Podparł się rękami pod boki i wydął usta. Nadało mu to wygląd bardzo obrażonego przedszkolaka, szczególnie, że nadal stał obok Bartka Lemańskiego. – Mnie nie pozwoliłaś zatrzymać ślimaków. 

– Bo nie miały szczepień – wytłumaczyła spokojnie Marie. – Ani książeczki zdrowia. No i nie wytłumaczyłeś mi, jak zamierzasz zapewnić im odpowiednie warunki w Spale. Wiesz jak dużych akwariów potrzebują ślimaki? 

– Znam się na płazach! 

– To mięczaki, Maksiu – wtrącił się Bartek. – No wiesz, nie mają kręgosłupa. Nawet moralnego. 

– Chcesz powiedzieć, że moje ślimaki były amoralne? 

– Były ślimakami. 

– To nie znaczy, że nie mogą rozwinąć empatii! 

– Empatii, wobec czego? Liścia sałaty? 

– Obrażasz ślimaczki! Jak możesz?! 

– Całkiem łatwo. 

Marie ze spokojem przysłuchiwała się tej jakże fascynującej wymianie zdać. Zrobiła krok do tyłu. Nagle zdała sobie sprawę, że w tym szaleństwie jest coś kojącego. Potoczyła wzrokiem po zebranych siatkarzach. Maks dalej kłócił się z Bartkiem. Fornal i Kochanowski rechotali opętańczo. Popiwczak próbował zdjąć z Szalupy płaszcz z ręcznika i sam się w niego zakręcił. 

Było głośno. Było radośnie. Było cholernie doskonale. 

Do pełni szczęścia brakowało tylko kury.