piątek, 24 lipca 2026

7. Jak ugotować chomiczki

 Marie nie miała pojęcia jak określić swoją relację z Nikiem Mujanoviciem. Luźny związek? Flirt? Niezobowiązujące przyciąganie? Po powrocie z Chin ona pojechała do Polski, on do Słowenii. Znów wpadli w reprezentacyjny wir, szaleństwo treningów i przygotowań. Pisali ze sobą regularnie, wysyłali memy i głupie filmiki, a czasami nawet dzwonili do siebie. Marie siadała wtedy na balkonie, otulona szczelnie reprezentacyjną bluzą i po cichu rozmawiała z atakującym o wszystkim i o niczym. O wygłupach chłopców, o kolejnych szkoleniach Grzesia i papierach do wypełnienia. O mamie, której chyba nadal nie podobało się, że weszła w siatkówkę. O uczelni, na którą miała wrócić w październiku. 

Czasami nawet nie rozmawiali. Marie włączała głośnomówiący, brała gitarę i cicho brzdąkała kolejne, wymyślone melodie. Nik by dobrym słuchaczem, trafnym krytykiem. Wyczuwał, gdzie powinna zmienić akord, przyspieszyć lub zwolnić. Doradzał jej tak, jak jeszcze parę miesięcy robił Timote. O czym wolała nie myśleć. Przynajmniej nie teraz. 

I tak właśnie mijały jej wieczory, późne godziny, gdy świat kładł się do snu. 

A w ciągu dnia? W ciągu dnia życie w Spale toczyło się swoim, szalonym rytmem. 

– Bez sensu. 

– Tak uważasz? 

– Zdecydowanie. 

Stali we trójkę, Marie, Maks i Bartek Lemański pod balkonem, z którego jeszcze kilka tygodni wcześniej zwisał Maks. Miejscowi robotnicy właśnie skończyli montować siatkę zabezpieczającą. Krasicka sprawdziła jej naciąg, wszystkie kołki i śrubki, a teraz z dumą podziwiała swój projekt. Na ten moment IOS zgodziło się na przetestowanie pięciu konstrukcji. Jeżeli znacząco poprawią bezpieczeństwo, rozwiązanie antyzwisowe miało trafić do ogólnych zaleceń dla wszystkich ośrodków siatkarskich. 

– Nadal nie wierzę, że to było potrzebne – stwierdził Maks, poprawiając ciemne okulary. Czerwiec wszedł do Spały z przytupem, od paru dni prażyło niemiłosiernie, a wyjście na zewnątrz w południe groziło gwałtowną zamianą w skwarkę. – Jakie jest prawdopodobieństwo, że dorosły facet wypadnie z balkonu? 

– Całkiem spore chyba – Bartek zerknął na Marie, która szybko pokiwała głową. – Wisiałeś ty, dziesięć lat temu wisiał Bieniu. Dwa razy to niby nie jest dużo, ale dziwne, że zdarzyło się aż dwa razy. 

– O dwóch wiesz, rekordy mamy z dwudziestu lat – zwróciła uwagę Marie. – Dwa lata temu był Huber. Kuba Jarosz w dwunastym, to za Anastasiego, Woicki za Castelaniego, o i mam jeszcze Kadziewicza u Lozano. Dlaczego w ogóle mnie to nie dziwi? 

Granieczny w zadumie podrapał się po brodzie. A raczej po tych kilku włoskach, które nieudolnie próbował wyhodować na wzór niektórych kolegów po fachu. Osobiście Marie uważała, że każdy jeden wygląda z wąsem idiotycznie, ale niestety procedury IOS nie obejmowały propagandy golarkowej. 

– Same dinozaury – stwierdził w końcu libero. – Skamieliny.

– Ja ci dam skamieliny! – Marie wychowawczo trzepnęła chłopaka w tył głowy. – Starszych kolegów to ty szanuj! A ty się tak nie śmiej – zwróciła się do Lemana. – Ciebie też miał na myśli. 

– Przecież ja nie zwisam! 

– Ale jesteś skamieliną!

Bartek aż się zapowietrzył. Skrzyżował ręce na piersi, zmrużył oczy i zmierzył dziewczynę chłodnym spojrzeniem.

– Uważasz, że jestem stary?  

– Pamiętasz jak fanfiki pisano na Onecie. Ja jeszcze wtedy czytać nie umiałam. 

– A teraz w ogóle nie pozwalasz nam czytać. – Skrzyżował ręce na piersi, patrząc na dziewczynę z swojego szalonego poziomu dwóch metrów i siedemnastu centymetrów. – Ładnie to tak dręczyć podopiecznych? Rozrywki im odmawiać?

– Ja tu próbuję dbać o wasze zdrowie psychiczne – Marie znów miała wrażenie, że pracuje w przedszkolu. – Zdrowie. Psychiczne. Hartować was trzeba! Chronić przed deprawacją! O Kłosie i Wronie chcesz czytać?! Przecież to do załamania doprowadzi! Prawie jakby wam taki N'Gapeth jeden z drugim głupoty na insta powrzucał. Albo nie wiem, na hali zabrakło żelków. Wiecie jaki to jest kryzys? Światowy! Armagedon wybucha. Miasta płoną! Dzieci płaczą! TRAGEDIA! TRAUMA!

– Tak, chomiczku, rozumiemy. – Bartek poklepał ją po czubku głowy, jakby była tylko lekko irytującym gnomem. 

Marie fuknęła jak obrażona kotka. Na jej twarzy błąkał się jednak rozbawiony uśmiech. 

– To wy tu jesteście chomiczkami, Lemański. Małymi, puchatymi chomiczkami, nawet jeśli trochę... zmutowanymi. 

– Uważasz, że jestem puchatym chomiczkiem? 

– Zmutowanym. I to tak porządnie. No wiesz, jakby ugryzł cię wielki, radioaktywny chomik. A potem jeszcze przemielili cię przez rozciągarkę. I może odprawili mroczny rytuał. 

Środkowy parsknął śmiechem, a Marie cieplutko się zrobiło na serduszku. Odkąd wrócili z turnieju w Chinach czuła się w Spale odrobinę nieswojo. Brakowało kilku chłopaków do których zdążyła się przyzwyczaić, a nowe–stare twarze, takie jak Leon czy Kuba Kochanowski, trochę ją onieśmielali. Dopiero przy nich dostrzegła, jak bardzo Grzesiu Rozkosz był związany z tą drużyną. Wystarczyło, że uniósł brew, czy uśmiechnął się ciepło w ten swój szarmancki sposób, a chłopaki grzecznie wykonywali każde polecenia. Spędzał z zawodnikami cały dzień, rozmawiała, pomagał w problemach nie tylko sportowych, ale również – a może nawet częściej – prywatnych. Był jak idealne połączenie starszego brata z dobrym wujkiem. 

Marie trochę przerażała wizja, że miałaby zająć jego miejsce. 

Mimowolnie orbitowała więc wokół młodszych zawodników, których już znała. Wyjątkiem – pod kątem wieku – był tu Bartek Lemański. Środkowy, który w tym sezonie przebojem wywalczał sobie miejsce w pierwszej szóstce. Może za sprawą nieprzyzwoitego wzrostu (Marie podejrzewała, że za dzieciaka był karmiony grzybkami z Czarnobyla), a może mrocznego aury roztaczanej przez spojrzenie i tatuaże, był "swoim człowiekiem". Nie psiapsióła – ten tytuł dumnie dzierżył Maks. Raczej przyszły kompan w zbrodni, ten jeden kolega z pracy, z którym może nie rozmawiasz za często, ale wiesz, że w razie czego pomoże ci zakopać zwłoki. 

– Czy w takim razie mam jakieś super moce? 

– Na pewno super–irytacje. I mogę ci załatwić kołowrotek do biegania, jeśli chcesz testować inne chomicze zdolności. 

Bartek chciał coś odpyskować, ale w tym momencie do ich uszu dotarł przeraźliwy wrzask, pisk, a potem chrobot naciąganej metalowej liny. 

Synchronicznie zadarli głowy. I synchronicznie parsknęli śmiechem. 

Dwa piętra wyżej, zaplątany w dopiero co zamontowaną siatkę, wisiał Tomek Fornal. Wisiał w sposób cokolwiek niestandardowy, z lewą nogą nad głową, stopą przeciśniętą przez oczka siatki i twarzą wciśniętą w sznur. Bulgotał pod nosem coś, co od biedy mogło być wołaniem o pomoc. 

– Powinniśmy go stamtąd wyciągnąć, co nie? – Maks oparł ręce na biodrach, przyglądając się Fornalowi, jak wyjątkowo interesującemu okazowi w zoo. 

– Zapewne – przytaknęła Marie. – Nikola może się obrazić, jeśli straci szóstkowego przyjmującego. Z trenerem Winiarskim też wolałabym nie zadzierać. Mama go lubi. 

– Mają innych przyjmujących. 

– Ale Fornal jest jedyny w swoim rodzaju. 

– Przepraszam, że przerywam tę jakże interesującą dyskusję – Lemański położył wielkie dłonie na ramionach młodzieży. – Ale przypominam, że mamy problem. On tam długo nie wytrzyma – kiwnął głową w stronę balkonu, na którym Tomek robił się czerwony, ciężko stwierdzić, czy z irytacji, czy z braku powietrza. 

Marie momentalnie otrzeźwiała. Pociągnęła Maksa za rękę i razem pobiegli do budynku. Bartek cały czas dreptał im po piętach. 

W drzwiach do pokoju stał cokolwiek zakłopotany Kuba Kochanowski. Marie pogratulowała sobie w duchu, że to właśnie ich pokój wybrała, by jako jeden z pięciu testował nowe zabezpieczenia. 

– Wyjaśnisz mi łaskawie, co się stało? – zapytała, przepychając się obok środkowego. – Biliście się, czy co? 

– Nie no, nie! My tylko ten... vloga nagrywaliśmy. – Kochanowski z zakłopotaniem podrapał się po głowie. – Nowe filtry w telefonie odkryliśmy. A na balkonie lepsze światło jest. 

– Chcieliście pokazać kibicom jak skaczecie dwa piętra w dół? Iść po Grzesia? 

Kuba Kochanowski spuścił wzrok i burknął coś pod nosem. 

– Nic, nie słyszę. 

– Nie, nie musisz iść po Grzesia – powtórzył Kochanowski. – Tańczyć chcieliśmy. Kaczuszki. Żeby do nowej tradycji nawiązać. I konkurs dla kibiców zrobić. Telefon na stojaku mieliśmy, okej, na balkonie mało miejsca jest, ale daliśmy radę. Tylko, że akurat, jak Tomek chciał podskoczyć i się obrócić, to aparatowi odwaliło i flesha włączył. Tomek stracił równowagę, dość dramatycznie, przyznam. 

– I udało mu się zaplątać w siatkę? – Leman zmarszczył z niedowierzaniem czoło. 

– Ma chłopak talent, co nie? 

– Będę musiała jednak zmienić naciąg linek – mruknęła pod nosem Marie. – Dobra, wyciągnijmy go – dodała już głośniej. 

Z pomocą Bartka i Kuby ostrożnie wyplątali Fornala z siatki. Przyjmujący na szczęście z całej akcji wyszedł bez szwanku, jedynie trochę wystraszony i z linami odciśniętymi w różnych miejscach, między innymi nadgarstkach.

– Lepiej ubierz bluzę na kolejną konferencję – zasugerował Kuba. – Bo jeszcze dziennikarze pomyślą, że Grbić więzi nas w piwnicy. 

– Może trzyma? – Fornal uśmiechnął się głupkowato. – Ale tylko wybranych. Widać do nich nie należysz. 

– Uważasz, że nie jestem godny lochów Nikoli? 

– No wiesz... 

– Potem będziecie się dzielić swoimi fetyszami – przerwała im Marie. – To ten telefon? – wskazała na pstrokato fioletowy statyw, który nadal grzecznie stał na parapecie. 

Ostrożnie ściągnęła komórkę. Na jej prośbę przyjmujący odblokował ekran. Nie zamierzała przeglądać jego prywatnych zdjęć, zresztą Tomek cały czas zaglądał jej przez ramię. 

Nie znała się jakoś bardzo na technologii, podstawowy kurs IOS obejmował głównie instalacje odpowiedniego oprogramowania, ale komórka wydała jej się zupełnie normalna. Ot, jeden z najnowszych IPhonów, w którym osobiście jeszcze kilka dni temu aktualizowała zabezpieczenia.

W powiadomieniach czy wiadomościach nie było nic ciekawego. Przekomarzania z Kubą Kochanowskim, mail z klubu i informator z IOS, który wszyscy zawodnicy dostawali przed turniejami. 

– Może coś nacisnąłeś przez przypadek – stwierdziła, oddając Fornalowi telefon.  – Ale może ogranicz vlogowanie do kamery, co? Morderczy potencjał mniejszy. 

– Chyba, że zrzucisz ją komuś na głowę z dziesiątego piętra – zwrócił uwagę Leman. – Wiesz, prędkośc razy masa... 

– Przyspieszenie razy masa – poprawiła go odruchowo Marie. –  Jeśli mówisz o sile. Dopiszę do potencjalnych zagrożeń spadające kamery. A teraz panowie – odwróciła się do Kochanowskiego i Fornala. – Na przyszłość przemyślcie otoczenie swoich wygłupów. Zalecany obszar do tańczenia kaczuszek to prostokąt o wymiarach trzy na cztery metry. Polecam halę. Albo chociaż podjazd przed ośrodkiem. Zrozumiałe? 

Szatański duet pokiwał szybko głowami. Marie wyprostowała się dumnie. Czyli ma trochę posłuchu również wśród złotych chłopców. W sumie ciekawe czy to jej własny talent, czy jednak geny matki w końcu wyszły na światło dzienne. 

– Dobra, wszystko odszczekuję – przyznał Maks, gdy zamknęli drzwi do pokoju zawierciańskiego duetu. – Doskonały pomysł, chylę czoła i całuję rączki. 

Ukłonił się szarmancko, szeroko szczerząc zęby. Marie przewróciła oczami. 

– Oczywiście, że genialny. W końcu mój. 

– Ależ jestem skromna

Marie tylko uśmiechnęła się pod nosem. 

Tak jak się spodziewała, przez kolejne dni siatki okazały się może nie samospełniającą się przepowiednią – poza Fornalem nikt więcej nie wypadł – ale zaskakująco przydatnym wynalazkiem. Wyszło bowiem, że siatkarze mają wręcz nadnaturalne zdolności do wypuszczania rzeczy z rąk. Na balkonach. Zabezpieczenia ocaliły więc trzy telefony, dwie szczoteczki do zębów, jednego buta, a także ukochanego pluszowego Sticha Kuby Popiwczaka. 

Wyjeżdżając na turniej do Gliwic, Marie miała galerię w telefonie zawaloną dowodami na to, jak genialne ma pomysły. Zamierzała przygotować obszerny raport z pierwszy tygodni działania siatek, a potem, niby zupełnie przez przypadek, dołączyć do maila szanownego pana FR103. 

Śląsk przywitał ich prawie czterdziestopniowym upałem. Betonowy rynek Katowic zamienił się w wielką patelnię, niewiele lepiej było pomiędzy wysokimi kamienicami Gliwic. Siatkarze krążyli na trasie hotel–autokar–hala–autokar, wdzięczni za wszechobecną klimatyzację. Grzesiu i Marie musieli wdrożyć specjalne protokoły, zapobiegające potencjalnym przegrzaniom oraz innym skutkom wysokiej temperatury. 

Nie tylko Polska miała problem z afrykańskimi upałami. Dzień przed pierwszym meczem z Belgią, Grzesiu i Marie zostali wezwani na kryzysowe zebranie IOS. W sali konferencyjnej hotelu zebrali się wszyscy opiekunowie reprezentacji z gliwickiego turnieju. Marie nie kojarzyła jeszcze wszystkich nazwisk, ale rozpoznała Yaqin Lin, opiekunkę reprezentacji Chin oraz Thiesa Nienhausa od Niemców. 

Ekran pokazywał dwa okienka zooma, sale konferencyjne, jedną w Ljubljanie, drugą we francuskim Orleanie. Marie dostrzegła malutką sylwetkę Arsenego Blaina – syna dziadka Philippa i obecnego opiekuna reprezentacji Francji. 

Komputer piknął i pojawiło się trzecie okienko. Dara Lavigne, koordynatorka IOS, łączyła się z swojego gabinetu w Paryżu. Marie chyba pierwszy raz widziała ciocię z podkrążonymi oczami i bez obowiązkowych, długich kolczyków. Włosy miała spięte niedbale frotką, a z makijażu, który zawsze dopieszczała zostały tylko pomalowane rzęsy. 

– Czyli mamy już wszystkich, tak? – Kobieta przetarła dłonią zmęczoną twarz. – Wiem, że macie w cholerę roboty, jakbym nie musiała, to bym was nie ciągała. Kryzys mamy, burzę mózgów trzeba zrobić. Blain, wytłumacz. 

Arsene poruszył się nerwowo na krześle. Kliknął coś na swoim laptopie, a na ekranie pojawił trójwymiarowy model hali sportowej w Orleanie. Obracał się powoli, a przez półprzezroczyste ściany biegły chaotycznie krzywe we wszystkich odcieniach czerwieni. 

– Przegrzało nas – oświadczył Francuz. – W sensie halę. Jakiś debil z FIVB... 

– Blain, język! 

– Przepraszam – osobnik o ograniczonej ilości komórek mózgowych – dostarczył nam niewłaściwe plany hali przed sezon. Wydaliśmy pozwolenia na obiekt bez klimatyzacji. 

– Że co proszę?! – Grzesia aż zatkało, Marie zresztą też. Zerknęła na pozostałych opiekunów. Lin kręciła z niedowierzeniem głową, a Thies skubał uparcie koniec czarnej jak noc bródki. 

– Ja wydałam – Dara wyglądała jakby zaraz miała się rozpłakać. – Trzeba będzie po sezonie zaktualizować przyspieszone procedury, jak widać w dwudziestym pierwszym wieku klima na hali nie jest oczywistą oczywistością – zaśmiała się gorzko. – Ale to na później. Jak ciepło macie? Trzeba będzie odwołać turniej?

– Wczoraj mieliśmy trzydzieści sześć stopni, mierzone przy słupku sędziego. Temperatura utrzymuje się powyżej trzydziestu stopni, średnia to trzydzieści dwa, mediana trzydzieści trzy przecinek trzy– Blain wyświetlił bardzo ładne, kolorowe wykresy. Marie zrozumiała z nich tylko, że Francuzi się gotują. Tudzież prażą. Jak popcorn. – Mój stażysta od rana terroryzuje miejscowy zespół. Na razie załatwiliśmy trzy duże klimatyzatory. Zanotowaliśmy spadek temperatury do dwudziestu dziewięciu stopni. Młody kombinuje też, czy dałoby się podpiąć klimatyzatory do głównego systemu wentylacji. 

– Zaprzągłeś stażystę do rozwiązywania światowego kryzysu? – Grzesiu uniósł brwi na precyzyjnie wyćwiczoną wysokość. Coś pomiędzy grzecznym zaciekawieniem, a cyniczną wyższością. 

– A to nie od tego są? 

– Możliwe, że mamy inne podejście do szkolenia, jednak wydawało mi się, że początkowo wypadałoby ich no nie wiem... przeszkolić? 

Arsene machnął ręką, zapewne lekceważąco, ale przez kamerę wyglądało to tak, jakby odganiał natrętną muchę.

– W praktyce się chłopak uczy. Teraz poszedł routery podpinać. Żeby sprawdzić jaki całkowity pobór prądu mamy. Jak go coś kopnie to się przy okazji BHP nauczy. 

Marie ściągnęła brwi. Słyszała, że oprócz niej, International Organization for Sportsmen zatrudniło jeszcze dwudziestu stażystów, w tym aż sześciu w siatkówce. Na razie spotkała tylko jednego, niewiele starszego chłopaka pracującego przy reprezentacji Japonii. Tylko, że na rozmowie kwalifikacyjnej, gdy zapytała, z jakim krajem będzie pracować, Francja w ogóle nie była możliwością. 

– Nie wiedziałam, że Francuzi przyjęli stażystę – zwróciła się szeptem do Grzesia. – Myślałam, że nie ma u nich miejsca. 

Grzesiu jakby się zmieszał. Nerwowo poprawił kołnierz koszuli i wygładził granatowy pullover. 

– W drugiej turze chłopaka wzięli – wyjaśnił ostrożnie. – Od tygodnia dopiero z nimi robi, Arsene do samego końca wahał się, czy kogoś potrzebuje. 

– Chciał prowadzić drużynę aż do śmierci? 

– N'Gapetha na pewno.  

Krasicka parsknęła śmiechem. Skupiła wzrok na ekranie, gdzie Blain wyświetlał kolejną symulację przepływu powietrza w hali. 

– Potrzebujemy rozwiązania, które schłodzi halę do optymalnych dwudziestu stopni – tłumaczył, przesuwając wskaźnikiem po rysunku. – Mamy osiem tysięcy kibiców na trybunach. Osiem tysięcy biologicznych grzałek. To plus temperatura na zewnątrz i z zawodników zostaną wysuszone śliwki. 

– Potrzebujecie dużej mocy – Thies w zamyśleniu bawił się skuwką od długopisu. – Z trzysta megawatów co najmniej. 

– Miasto twierdzi, że sieć wytrzyma. 

– A ty im ufasz? 

– Za cholerę. 

Na ekranie Dara z rezygnacją pokręciła głową. Schowała twarz w dłoniach i przez chwilę oddychała ciężko. Wszyscy zebrani czekali w milczeniu, aż koordynatorka zbierze myśli.

– Musimy wymyśleć coś skutecznego i łatwego w montażu – powiedziała w końcu. – Dlatego tu jesteście. Potrzebuję pomysłów ludzie! – wyrzuciła ręce w powietrze. – Myślcie, za to wam płacą!

Marie nie pamiętała, by kiedykolwiek widziała ciotkę tak zdenerwowaną. Owszem, Dara Lavigne była definicją francuskiego chaosu, tornadem na szpilkach, a w jej energii, ustawianiu siatkarzy do pionu, w każdym zdaniu i każdej z pozoru spontanicznej decyzji był zamysł. Tak, Dara była kolorowym ptakiem – ale inteligentnym, dostrzegającym więcej niż przeciętny człowiek. Zawsze z planem A, B i C, jak większość opiekunów IOS. Marie zaczynała podejrzewać, że nie chodzi tylko o przegrzaną halę. Że niezniszczalną Darę Lavigne dręczy coś, z czym nawet jej optymizm nie potrafi sobie poradzić. 

– Więcej klimatyzatorów? – rzuciła Yaqin 

– Znów – pobór prądu. 

– Podepniecie się do zewnętrznego źródła? 

– Chcesz postawić w hali generatory prądu? Po pierwsze – będą kopcić. Po drugie – same się grzeją. Żaden efekt. 

Przychująca się całej rozmowie Marie zmarszczyła w zamyśleniu czoło. W jej głowie pojawiła się myśl, a raczej zarys. Odpaliła swój tablet. Wrzuciła hasło w wyszukiwarkę i w skupieniu zaczęła przeglądać wyniki Googla. Koncepcja była odrobinę szalona, ale mogła się udać. Pod warunkiem, że Francuzi wrzucali aktualne plany do sieci. 

– A jakbyśmy wykorzystali fotowoltaikę? – zaproponowała ostrożnie. – Jest na budynku obok. Może dałoby się pociągnąć stamtąd prąd. Po odpowiednim kablu oczywiście. 

Przełknęła nerwowo ślinę. Czuła na sobie spojrzenia pozostałych opiekunów, tych w sali i tych po drugiej stronie transmisji. Kątem oka widziała, że Grzesiu uśmiecha się z aprobatą. 

– To ma szansę się udać – przyznał niechętnie Arsene, stukając palcem w obudowę latopa. – Pod warunkiem, że mój stażysta podłączy kable nie wysadzając rozdzielni w powietrze. I nie poprawiając moich wyliczeń!

– Czyżby ktoś podważał twoją genialność, Arsene? – Na twarzy Dary Lavigne po raz pierwszy pojawiło się coś, co od biedy można było uznać za uśmiech. 

- Bez przesady – Blain odchylił się na krześle.  – Młody jest, to jeszcze się uczy, że geniuszu się nie podważa.

Marie nie mogła powstrzymać parsknięcia śmiechem. Już współczuła chłopakowi, któremu przyszło pracować z najmłodszym z Blainów. Jednak legendy o ego zawierały ziarno prawdy. 

Nagle światła w pomieszczeniu zamigotały i zgasły. Sala konferencyjna pogrążyła się w ciemności. Marie odruchowo sięgnęła po telefon. Zapaliła latarkę, obok Grzesiu i Yaqin zrobili to samo. 

– Prąd wysiadł? – Marie poświeciła po suficie. – To przez ten upał? 

– Nie, raczej nie – pokręcił głową Grzesiu. – Może zwykłe zwarcie. Jesteś pewna, że żaden z naszych chłopców nie przywiózł ze sobą grzałki do tostów? 

– Tej wielkiej ze Spały? Co ją jeszcze Konarski z Drzyzgą spawali? 

– Tak, tej. Nie ma certyfikatów bezpieczeństwa. 

– Zamknęłam w piwnicy przed wyjazdem. 

– W takim razie, co to...?

I w tym momencie światła zapaliły się z powrotem. Projektor i komputery wróciły do żywych. Na ekranie znów pojawiło się okno zooma, a po chwili wróciły transmisję z Francji i Słowenii. Pozostali opiekunowie wydawali się równie zdezorientowani, tak jakby prądu zabrakło we wszystkich trzech miastach. 

– Wszyscy cali? – zapytała Dara. 

– Teoretycznie – mruknął stacjonujący w Lubljanie 

Opiekunowie zgodnie pokiwali głowami. Dara zacisnęła zęby. W ciągu kilkunastu sekund wydała się postarzeć o kolejne pięć lat. 

– Arsene, sprawdź w wolnej chwili co się stało – poprosiła zmęczonym głosem. – Może nasze serwery zarejestrowały ten spadek mocy. 

– Ajaj, szefowo!  – Blain zasalutował radośnie. Marie była przekonana, że gdyby siedziała obok dostrzegłaby w jego oczach chytre ogniki. 

– Poza tym, to i tak chyba wszystko mamy omówione. Testujemy w takim razie rozwiązanie Marie – kontynuowała Lavigne. – To tyle na dzisiaj. Wracajcie do swoich drużyn i proszę, bądźcie ostrożni. – Skinęła na pożegnanie głową i zakończyła transmisje. 

Zebrali pospiesznie wszystkie rzeczy. Opuszczali pomieszczenie, gasząc światło, przekonani, że o to IOS znów udało się zażegnać organizacyjny kryzys.

Nikt nie zauważył złotego loga IOS, które na ułamek sekundy rozbłysło na ekranie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz