poniedziałek, 10 sierpnia 2026

8. W poszukiwaniu zaginionej koszulki

  

Pokoje w katowickim hotelu nie miały balkonów. Marie rozłożyła się więc z gitarą w małej sali konferencyjnej, tuż po tym jak Nikola skończył odprawę, a z Grzesiem omówiła swoje zadania na kolejny dzień. Przez chwilę towarzyszyli jej chłopcy – Maks i Leman, czekający na swoją kolej u fizjoterapeutów. Potem jednak została sama. Wtedy wyciągnęła telefon i wykręciła numer Nika. W Ljubljanie siatkarze Słowenii wygrali 3:2 z Bługarią, więc atakujący pewnie też dopiero skończył pomeczową rutynę. Nie porozmawiają długo, następnego dnia obie reprezentacje grały mecz, obie walczyły o turniej finałowy. Nik musiał być w formie, Marie musiała mieć pewność, że nikt w Gliwicach nie zginie. 

– Tym razem zabrałaś gitarę na turniej? – rzucił Mujanović, gdy przez telefon usłyszał ciche pobrzękiwanie. Tego dnia odpalił też kamerkę. Musiał siedzieć na tarasie w hotelu, bo za plecami miał słabo oświetloną panoramę Ljubljany. 

– Autokarem łatwiej niż samolotem – zaśmiała się sztucznie. 

Nik zmarszczył brwi. W kamerce błysnął czarny, ostry kolczyk, który nosił w prawym uchu. Jeszcze w Chinach stoczyli z Marie zażartą dyskusje o siatkarskim BHP. Nik twierdzi, że prawdopodobieństwo, że zrobi sobie kolczykiem krzywdę na meczu jest prawie równe zero. Marie odparła, że statystyka to kurwa. Nik to zignorował. 

Kolejny idiota. 

– Wyglądasz na zestresowaną. Coś się stało? 

– Moja mama znów ma problem, że szlajam się z reprezentacją – fuknęła, agresywnie obracając kołkiem od struny. – Rano z nią gadałam, cały czas pytała, czy nie wolę jednak jakiejś ambasady. Dwa miesiące temu może bym wolała, ale kurczę, teraz to fajnie jest. Lubię chłopaków, lubię Grzesia, lubię to co robię. Jeszcze jak się dowiedziała, że chcę do ciebie przyjechać w sierpniu, to stwierdziła, że mnie porąbało, by się z siatkarzem umawiać. 

– Jestem aż tak straszny? – parsknął Nik. 

Marie zacisnęła zęby. Przypomniała sobie poranną rozmowę z domem. Zofia Krasicka potrafiła być uparta jak osioł, Marie miała to po niej. Do tego, choć kochała córkę najbardziej na świecie, miała skłonność do traktowania swoich opinii jako prawdy objawionej.  W końcu myślała logicznie i trzeźwo, nieprawdaż? 

Cóż, Marie miała odrobinę inne zdanie na ten temat. 

– Myślę, że mama boi się, że wpadnę na swojego ojca – przyznała niechętnie. – I dwadzieścia lat tajemnic pójdzie w piach. 

– Ojca? – na malutkim ekranie Nik uniósł brew. – Mówiłaś, że go nie znasz. 

– Bo nie znam. Ale podejrzewam, że to ktoś z środowiska. Gdyby to był jakiś przypadkowy facet poznany w klubie, nie robiłaby z tego takiej tajemnicy. 

– Nigdy o niego nie pytałaś?  

Marie zamarła z palcami nad strunami. Przełknęła głośno ślinę. Odłożyła gitarę, podkuliła nogi pod brodę, a telefon oparła sobie na kolanach, by Nik lepiej ją słyszał i widział. 

– Pytałam – mruknęła. – Gdy byłam młodsza. Mama zawsze mówiła mi, że jeśli będę chciała, to powie mi, kto to jest, gdy skończę osiemnaście lat. 

– Masz dwadzieścia. 

– Przestało mnie to interesować. 

Po drugiej stronie zapadła cisza. Marie przymknęła oczy, szykując się na dobrze znane pytanie. Dlaczego? Słyszała je wielokrotnie. Za każdym razem coś ściskało ją w żołądku. Przypominała sobie dom. Pachnącą drożdżowym ciastem i zupą kuchnię. Nie tą dużą, w Rzeszowie, ale malutką kuchnię w mieszkaniu w Chersoniu, w której Ivan ledwo się mieścił. Jego silne ramiona podnoszące ją w górę, by mogła zawiesić swoje ulubione firanki, choć przecież sam mógłby to zrobić. To, jak cierpliwie sprawdzał wypracowania, pisane koślawą cyrlicą, bo nawet po dwóch latach w ukraińskiej szkole, ręka nadal nie przestawiła się z łacińskiego alfabetu.  

I jeszcze wcześniej. Gdy miała tylko dziewięć lat, razem leżeli na dywanie we Włoszech i rysowali kucyki Pony. Ivan był doskonały w rysowaniu kucyków, wymyślał coraz to nowe i nowe, a potem razem tworzyli dla nich historie. To, że przy okazji kucyki jeździły czołgami i budowały systemy antyrakietowe? Takie życie z byłym agentem służb specjalnych. 

Więc tak, Marie miała tatę. Kochała go. Nie potrzebowała ojca, który wszedłby z buciorami w ich życie. 

– On nie wie, że mama była w ciąży – powiedziała nagle. W sumie sama nie wiedziała, dlaczego. Nik przecież nie pytał. Słuchał cierpliwie. Co było odświeżające. Mogła wyznać tyle, ile chciała, tyle na ile mu ufała. – Myślę, że miał wtedy kogoś. Może nawet rodzinę, może mam rodzeństwo, o którym nie wiem. 

– Twoja mama nie chciała mu tego niszczyć – pojął w lot Słoweniec. – Rozbijać rodziny, a jeśli to ktoś z środowiska, to wywoływać skandalu. 

– I robić ze mnie tego złego dzieciaka, który wszystko zniszczył. 

Potarła dłonią zmęczone oczy. Tak wiele razy o tym myślała, tak często, leżąc w swoim pokoju w Warszawie, gdy za ścianą pochrapywał Timote, zastanawiała się, czy może oboje są dziećmi siatkarskich legend. Że może w jej krwi też płyną ataki i serwisy. Był nawet taki czas, że próbowała kombinować. Zaraz po ucieczce, w mieszkaniu Antigów, leżąc na materacu obok łóżka Manoline, przeglądała kolejne serwisy, zdjęcia z turniejów, wywiady i strony na Wikipedii. Patrzyła na byłych zawodników i trenerów, szukając jakiegokolwiek podobieństwa. Kształtu oczu, spojrzenia, sposobu marszczenia brwi. 

Nigdy nie znalazła nic poza domysłami. Prawda była taka, że irańskie geny babci Soraji były silne, wyszły i Zosi, i u Marie. Dziewczyna miała ciemne włosy babki, jej kości policzkowe, jej orzechowe oczy i lekko ciemniejszą cerę, jakby zawsze była opalona. Jedynie nos miała po polskim dziadku, mały i lekko zaokrąglony.  

– Ej, ale pomyśl, że możesz być córką takiego Rezende – rzucił niby żartem Nik. – Albo o, Fefe de Giorgiego! Będziesz z mafijnej rodziny! 

Marie parsknęła śmiechem. 

– Myślisz, że nadaję się na bohaterkę Ojca chrzestnego? – zapytała kpiąco. – Do tego, czy oni nie są trochę za starzy by być moimi ojcami? 

Tym razem to Nik się roześmiał. Jego śmiech był wdzięczny, lekko chrapliwi, jakby coś blokowało mu gardło. Przypominał trochę niezdarne beczenie kozy i co ciekawe, całkiem się to Marie podobało. 

– Wiek to tylko liczba, Mara – powiedział.

Mara. Tak do niej mówił. Nie Marie. Nie Marysia, jak chłopcy z kadry. Mara. Gorzka. Jak ich relacja. Słodka w tych pojedynczych momentach, gorzka w ogólnym ujęciu. 

– Zresztą, może twoja mama woli starszych. 

O ty mendo... 

– Nie zamierzam z tobą omawiać preferencji mojej matki! Nie zamierzam nawet o nich myśleć! 

– To dobrze. Bo ja też nie.

Przewróciła oczami. Przycisnęła palce do gryfu i w zamyśleniu zagrała pojedynczy akord. Mimowolnie pomyślała o Timotim. Ciekawe, co by powiedział o ostatnim tekście, który napisała. Był po hiszpańsku, o wszystkich zwariowanych ludziach, których spotykamy w życiu. Zawsze, gdy pisała po hiszpańsku myślała o Timim. I o wujku Miguelu.

– Będę musiał kończyć – z zamyślenia wyrwał ją głos Nika. – Jutro Brazylia. Trzeba się wyspać. 

– Żebyśmy się zobaczyli w Nigbo?

– Dokładnie. 

Marie przełknęła nerwowo ślinę. Nik oddychał płytko. Żadne nie potrafiło po prostu zakończyć połączenia. 

– Dobranoc, Mara. 

– Dobranoc, Mujanović. 

Ekran zgasł w końcu. Dziewczyna jeszcze przez chwilę siedziała w pustej sali konferencyjnej, wpatrując się w czarny ekran. Przez ułamek sekundy miała ochotę wykręcić kolejny numer. Powstrzymała się jednak. Za nim zdążyła zrobić głupotę, spakowała gitarę do pokrowca i ruszyła do swojego pokoju. Czekał ją naprawdę długi turniej. 

 

***

–Że niby co proszę? 

Stali przed szatnią w czwórkę. Maks, Marie, Grzesiu i Nikola Grbić. Grzesiu stoicko spokojny, Marie czerwona ze złości, a Nikola kompletnie zrezygnowany. Przed nimi Maks nerwowo przeskakiwał z nogi na nogę, jakby naprawdę, ale to naprawdę musiał do toalety. 

– No pomyliłem stroje – przyznał, z zakłopotaniem drapiąc się po głowie. – Bo Michał rzucił, że bierzemy czerwone, potem Róża powiedziała, że białe, potem ktoś zapytał, czy dzisiaj gramy w zielonych, no i jakoś tak wyszło, że te zielone wziąłem.

Krasicka przetarła ręką zmęczone oczy. Uwielbiała Graniecznego, zresztą z wzajemnością, ale w takich chwilach naprawdę rozumiała, dlaczego sportowcy potrzebowali opiekunów. Pomijając oczywiste kwestie bezpieczeństwa, zdarzenia niestandardowe po prostu dotykały ich częściej niż resztę społeczeństwo. Nie przez głupotę, co do zasady wszyscy byli cholernie inteligentni. Po prostu mieli pecha, a świat bywał wredny. 

Jeszcze do tego poprzedniej nocy słabo spała. Prawie do trzeciej kręciła się w łóżku, nie mogąc wyrzucić z głowy rozmowy z Nikiem o jej ojcu. Choć przecież już dawno przestało ją obchodzić, kim on jest. Powinna to olać. 

–  W sumie nie pomyliłeś się bardzo – mruknął Grzesiu. – Gdybyś grał dzisiaj na libero, ale z tego, co wiem wychodzisz w przyjęciu, prawda? – zerknął na trenera. Grbić kiwnął twierdząco głową. 

– Zjebałeś, Maks – powiedział tak spokojnie, że Granieczny aż się wzdrygnął. – Choć mogło być gorzej. Czy zdążycie pojechać po strój? – zwrócił się do opiekunów. 

Marie, która dotychczas naprawdę starała się opanować emocje, teraz z widoczną rezygnacją zerknęła na zegarek. 

– Teoretycznie mamy godzinę – przyznała. – Do Katowic jedzie się dwadzieścia pięć minut, może dwadzieścia, z powrotem tyle samo. Zostaje dziesięć minut na bieg przez hotel. Ciuchy masz w szafie czy w walizce? – zapytała Maksa. – Tylko zastanów się porządnie, żebyśmy potem nie szukali w panice. 

Chłopak w zamyśleniu podrapał się po brodzie. Wszyscy widzieli obracające się w jego głowie trybiki. 

– W walizce. Pod oknem stoi. Albo raczej leży. Na wierzchu powinny być.

– Pojedziesz po nie, Marie – zmęczony Grzesiu potarł palcami nasadę nosa. – Weź auto IOS, stoi przed halą, kluczyki są w torbie w szatni, srebrna Toyota. I zgarnij Firleja po drodze, skoro nie gra, to niech chociaż mózg przewietrzy. 

– Dobry pomysł – zgodził się Nikola. – Tylko na mecz wróćcie, co by Maks zagrać mógł. 

– Tak jest! – Marie zasalutowała, a potem odwróciła się na pięcie i odbiegła w stronę szatni. 

Kluczyki znalazła bez problemu, Firleja również, choć rozgrywający stawiał pewien opór przed zaangażowaniem operacje kostiumową. Upierał się, że przecież musi wesprzeć kolegów psychicznie przed meczem, zmotywować, może jakąś taktykę podpowiedzieć. Co z tego, że od tego mieli sztab, obowiązki to obowiązki, choćby i pełnione na trybunach. 

Marie to nie zraziło, zagroziła mu obcięciem dostaw żelków brzoskwinek, w końcu to ona kontrolowała rynek w kadrze. Zadziałało, Janek posłusznie dał się zapakować do auta, choć był zawiedziony, że opiekunka nie pozwoliła mu prowadzić.

– Sorry, regulamin IOS, tylko dla opiekunów – pomachała mu przed nosem identyfikatorem. Czarne logo IOS przyćmiewało nawet wielki napis FIVB i, o czym dziewczyna zdążyła przekonać się już w Chinach, budziło powszechny szacunek na halach. 

– Czy ty w ogóle potrafisz prowadzić? – zapytał z powątpiewaniem Firlej, gdy Marie bardzo gwałtownie wycofywała z parkingu. 

– Mam prawo jazdy. 

– To jeszcze o niczym nie świadczy. 

– Daj spokój, to przecież nie jest trudne. Zresztą tu jest prosta droga. Nie marudź tylko na GPSa patrz.

Janek mruknął coś jeszcze pod nosem, ale posłusznie odpalił mapkę. Przezornie jednak zacisnął mocniej pas, a prawą ręką chwycił uchwyt pod sufitem. Przez całą drogę nie powiedział ani słowa. Choć było ciężko. Marie dwa razy zajechała komuś drogę, raz zignorowała znak pierwszeństwa i była pewna, że złapał ją radar w Rudzie Śląskiej. 

Gdy dojechali pod hotel w Katowicach, Janek wyskoczył z auta jak poparzony.

– Jesteś beznadziejnym kierowcą. – Trzasnął drzwiami. – Prawo jazdy powinni ci zabrać! 

– Przesadzasz – Marie machnęła lekceważąco ręką. – Żyjemy, prawda? I mamy pięć minut zapasu! Lepiej po strój lećmy – Podała mu kartę przez dach samochodu. 

Firlej zmrużył oczy. Wyrwał dziewczynie kartę, odwrócił się na pięcie i z wysoko uniesioną głową pomaszerował do hotelu. Krasicka popędziła za nim. Dobrze, że wzięła Janka, a nie na przykład Lemana, to się przynajmniej nie zmacha goniąc go korytarzem. 

O dziwo Maks mówił prawdę. Strój był walizce, walizka była pod oknem, a Marie nawet udało się nie potknąć o walające się wszędzie rzeczy, choć lekko zgłupiała, gdy zobaczyła kilka tuzinów gumowych kaczuszek rozrzuconych po podłodze. 

– Nie drąż – burknął Janek, gdy podniosła jedną z podłogi. 

Marie posłusznie odłożyła kaczuszkę. Zgarnęli strój Maksa, wrócili do samochodu i pognali w stronę Gliwic. W drodze powrotnej dziewczyna tylko raz została strąbiona i chyba nawet udało jej przejechać przez odcinkowy pomiar prędkości bez zarobienia mandatu. 

Problem pojawił się tuż pod halą do meczu zostało niespełna dwadzieścia minut, kibice tłumnie zmierzali do wejść, a wszystkie okoliczne ulice były zakorkowane. Nie mieli szans, by dopchać się na czas do parkingu dla obsługi. 

– W życiu nie zdążymy! – jęknął Firlej 

– Mam pomysł - rzuciła tylko Marie. – Trzymaj się i nie gadaj! – Wycofała z piskiem opon, zawróciła na najbliższym podjeździe i pognała w przeciwną stronę.

Przez dosłownie minutę krążyła Gliwickimi uliczkami, aż zatrzymała się na zupełnie pustym parkingu przy ogromnym szklanym budynku w kształcie trójkąta. Nie było tu ani żywej duszy, nawet jednego kibica, jedynie biały dostawczak z podejrzaną anteną na dachu. 

– Skąd wiedziałaś, że tu jest parking? – Janek zmarszczył podejrzliwie oczy. 

Krasicka tylko wzruszyła ramionami. 

– Widziałam na mapce.

– Bredzisz. 

– W prawdę i tak mi nie uwierzysz. A teraz tempo, został nam kwadrans. 

Biegiem ruszyli w stronę areny. Przebiegli przez dziwnie trzęsący się mostek, obok budynku, z kolejnymi budynkami na dachu i wpadli do parku Chrobrego. Zatrzymali się dopiero przy placu zabaw, gdy płuca Marie odmówiły posłuszeństwo. 

– Pół minut przerwy – wycharczała, zgięta w pół, z rękami opartymi na kolanach. 

– Mecz zaraz się zacznie! 

– Chcesz się tłumaczyć Grzesiowi z mojego zejścia? – posłała rozgrywającemu mordercze spojrzenie. To klasyczne, nie miała ochoty na wymyślanie czegoś oryginalnego. 

– Masz kondycję staruszki! 

– Nie każdy jest wielkim panem sportowcem, wiesz?! 

I w tym momencie wydarzyło się kilka rzeczy. Rozpędzony rowerzysta przemknął tuż obok Janka, wytrącając go z równowagi. Rozgrywający odruchowo wypuścił koszulkę z rąk. Zerwał się silny wiatr. Porwał koszulkę wysoko, a ta zawisła na gałęzi najbliższego drzewa. 

Jakie cztery metry nad ziemią. 

– Kurwa. 

Janek i Marie przeklęli jednocześnie. Marie zerknęła na zegarek. Mieli jeszcze dwanaście minut. 

– Wejdę ci na barana. 

– Porąbało cię! – Janek odsunął się jak oparzony. – Ja tu kontuzjowany jestem! Cierpiący! 

– A masz inny pomysł? – prychnęła Marie. – Maks potrzebuje koszulki. Koszulka jest na drzewie. Jest nas dwoje, ale to ty na co dzień przerzucasz ciężary na siłowni. 

– Nikola cię zamorduje! Grzesiu też! – Firlej chwycił się za głowę, prawie wyrywając sobie włosy z głowy.

– Zachowamy standardy bezpieczeństwa! 

– Jakie niby masz standardy bezpieczeństwa dla wchodzenia na barana! 

– W sumie całkiem spore... 

– Czy wy macie BHP na wszystko? 

– Tak. Jak najbardziej. 

Marie wyszczerzyła się szeroko. Janek wydał z siebie dźwięk przypominający ryk zarzynanego wieloryba, aż dwie staruszki na ławce obok postanowiły się przezornie ewakuować. Kto wie, czym grozi obcowanie z wkurzonym siatkarzem. 

– Przepraszam, potrzebujecie pomocy? 

Kłótnie przerwał im czyjś rozbawiony głos. Odwrócili się gwałtownie. Obok nich stały trzy osoby, dwóch chłopaków i dziewczyna, może dwudziestoletni, ubrani w identyczne czarne T–shirty z logiem miejscowej politechniki na plecach i małą ikonką rakiety z przodu. Dziewczyna miała dwa grube, niebieskie warkocze, a jeden z chłopaków, wyższy od Firleja pewnie z dziesięć centymetrów, trzymał w ręku ponad dwumetrową aluminiową szynę zakończoną plastikowym podestem.  

– Nie. 

– Tak. 

Janek zamordował wzrokiem Marie. Marie zamordowała wzorkiem Janka. Studenci synchronicznie parsknęli śmiechem. 

– To wasze? – Drugi chłopak, mały i drobny, wskazał na zwisającą smętnie z drzewa koszulkę. – Jak się tam dostała? 

– Wiatr – burknęła Marie. 

– Aż tak? 

– Mamy zły dzień. 

Chłopak w zamyśleniu pokiwał głową. Zerknął na koszulkę, na swoich kolegów i znów na koszulkę. 

– Mam pomysł... 

– Mam nadzieję, że dobry, Mati – prychnęła dziewczyna z niebieskimi warkoczami. 

– Ja mam same dobre pomysły – obruszył się chłopak nazwany Mateuszem. 

– To kontrowersyjna opinia. 

– Ty… 

Marie odchrząknęła nerwowo i uniosła dłoń, powstrzymując kolejną eskalację konfliktu. Co wszyscy tacy spięci dzisiaj chodzili? Czyżby upał naprawdę rzucał się na mózg? 

– Może po prostu użyjemy waszej… nie mam pojęcia co to jest… wyrzutni rakietowej? – Janek zmierzył szynę oceniającym spojrzeniem. 

– Ty chyba nigdy wyrzutni nie widziałeś – prychnęła Marie. 

– A ty widziałaś? 

– Moi rodzice mają w piwnicy bardzo dziwne rzeczy. A to jest tylko platforma startowa – Triumfalnie skrzyżowała ręce na piersi. 

– Trudno się nie zgodzić – Wysoki chłopak wyszczerzył się tak szeroko, jak to tylko nerdy zagadane o ulubione płytki potrafią. – Zdjąć wam tą koszulkę? 

– Bylibyśmy wdzięczni. 

– W takim razie, Stasiu, czyń honory – dziewczyna pogoniła kolegę machnięciem ręki. 

Stasiu posłusznie podszedł do drzewa, chwycił platformę za podest i aluminiową szyną idealnie zahaczył o koszulkę. Potem, bardzo ostrożnie by nie podrzeć materiału, wyplątał koszulkę spomiędzy gałęzi i ściągnął na ziemię. 

– Proszę bardzo, cała i zdrowa – przekazał zdobycz Marie. – I powodzenia na meczu życzymy. Dajcie czadu. 

– Jesteście genialni! – Wspięła się na palce i uściskała wielkoluda. Dobrze, że miała wprawę z siatkarzami. – Jakbyście potrzebowali biletów, to szukajcie mnie na Instagramie, zawsze się pałętam wokół kadry – dodała. – A teraz sorry, ale mamy mecz do uratowania. 

Odwróciła się na pięcie, nie dając studentom szansy na odpowiedź i rzuciła się biegiem w stronę Areny. 

Wpadli do szatni dokładnie cztery minuty przed pierwszym gwizdkiem. Maks siedział na ławce zdruzgotany, w samych zielonych spodenkach. Na widok Janka i Marie zapiszczał radośnie niczym mała dziewczynka. 

– Moi bohaterowie – wrzasnął, porywając koszulkę. – Jestem wam winny dożywotni zapas żelków. 

– Tylko roczny – wycharczała Marie, osuwając się po szafkach na podłogę. Czuła, że jej płuca płoną żywym ogniem. – I następnym razem będziesz grał w worku na śmieci. 

– Tak jest! 

W tym momencie do szatni weszła Róża. Spojrzała na koszulkę w rękach Maksa, na zmachaną Marie i na nadal naburmuszonego Firleja, i z rezygnacją pokręciła głową. 

– Dobre tempo macie.  Ale teraz marsz na parkiet. I błagam, choć przez jeden wieczór spróbujcie być dorośli!

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz