poniedziałek, 10 sierpnia 2026

10. Ostatni paszport do wpadki

  

Głupie rzeczy spotykają głupich ludzi, a jeszcze głupsze spotykają siatkarzy. Przynajmniej do takiego wniosku doszła Marie, patrząc na stertę prania leżącą na środku korytarza w Spale. 

Sama sterta nie byłaby niczym wyjątkowym, przy takim zagęszczeniu sportowców na metr kwadratowy, pralki chodziło non stop, a kolorowy harmonogram z rozpiską dla poszczególnych kadr, zawisał na korytarzach już w połowie maja. 

Problem stanowił fakt, że sterta sunęła. Powoli. Korytarzem. W stronę Marie i Maksa, którzy akurat wracali ze śniadania. Na widok tworu z poplątanych skarpet, treningowych koszulek i wątpliwej czystości spodenek, przystanęli, a Maks odruchowo wyciągnął telefon. 

– Myślisz, że to nas zje? – konspiracyjnie wyszeptał libero. 

– Myślisz, że to w ogóle żyje? – odpowiedziała pytaniem Marie. 

Wlepili wzrok w stertę. Maks włączył nagrywanie. Pranie dalej sunęło. Centymetr po centymetrze, nie wydając żadnego dźwięku. Jak olbrzymi glut. Albo blobfish. 

Marie nigdy nie przypuszczała, że będzie bać się blobfisha. 

– Może powinniśmy wiać? – Granieczny zrobił krok w tył. – A jeśli jest trujące? 

– Twoje brudne gacie na pewno są trujące. 

– To nie moje, tylko Lemana. 

– Nie możesz zwalać wszystkiego na Lemana. 

– Mogę. Jest duży, wytrzyma. 

Krasicka przetarła twarz dłonią. Śmiać się czy płakać, o to jest pytanie. 

Skupiła się z powrotem na praniu. Sterta zatrzymała się na moment, jakby przypatrując im się wyczekująco. Ze środka dobiegło bliżej niezidentyfikowane bulgotanie. Pojedyncza biała skarpetka powoli zsunęła się z samej góry. 

– Czy ona do nas mówi? – Maks nerwowo przestąpił z nogi na nogę. – Może to jakaś obca forma życia? Jak z archiwum X? 

– Sam jesteś obcą formą życia – prychnęła Marie. – Nie obrażaj jej, bo się jeszcze na nas rzuci. I jak Róża wytłumaczy kibicom, że ich ulubiona maskotka została zeżarta przez niedoprane spodenki siatkarzy?

Bulgotanie powtórzyło się. Wiedziona nagłym przypływem odwagi, dziewczyna powoli podeszła bliżej. Pranie jakby zadrgało, zabulgotało ponownie, tym razem głośniej. 

Zerknęła przez ramię, szukając rozwiązania. 

– Maks, podaj badyla. 

– Badyla? 

– No, miotłę, no. Wiesz, o co mi chodzi. 

Maks rozglądnął się niepewnie. W końcu dostrzegł postawioną w kącie miotłę, z prostą, plastikową rączkę. Bez przekonania, jakby bardziej bojąc się pomysłów Marie niż samego prania, podał miotłę dziewczynie. 

Krasicka chwyciła kij blisko główki, a drugą końcówką delikatnie szturchnęła pranie. Tym razem bulgot zamienił się w przeciągły jęk. Zdezorientowana Marie przy użyciu kija, zaczęła ostrożnie ściągać elementy garderoby. 

Najpierw spomiędzy prania wychyliła się znajoma palma z włosów. Za nią pojawiły smutne, niebieskie oczęta, aż ostatecznie Marie odsłoniła głowę jedynego i niepowtarzalnego Kuby Popiwczaka. 

– Co ty, na kamerę Fornala, wyprawiasz, Popiwczak? 

– Kryzys egzystencjalny przeżywam!  – jęknął libero, wtapiając się głębiej w plątaninę koszulek i spodenek. 

– Czwarty raz w tym tygodniu? 

– Co ty wiesz o bólu istnienia, kobieto?! 

– Całkiem sporo – Marie skrzyżowała ręce na piersi. Stojący za nią Maks parsknął śmiechem, nadal kamerując. Widząc jednak morderczy wzrok przyjaciółki, posłusznie schował telefon.  – Wyjaśnij mi tylko, proszę, od kiedy twoje kryzysy obejmują kąpanie w brudnym praniu? 

Kuba odwrócił głowę i z nagłym zainteresowaniem zaczął podziwiać wytartą tapetę w paski, która zdobiła ten korytarz jeszcze za czasów trenera Anastasiego. 

– Szukałem szczęśliwej skarpetki Fornala – przyznał niechętnie. – I jak grzebałem w praniu, to trochę za głęboko wpadłem i ten… tu jest w sumie całkiem przyjemnie. Cieplutko, mięciutko, a do zapachu można się przyzwyczaić. 

– To dlaczego chciałeś nas zjeść? – zapytał Maks, nadal utrzymując bezpieczny dystans. – Już myślałem, że to jakaś apokalipsa zombie-prania!

– No właśnie! – Marie z powrotem uniosła kij od miotły. – Ładnie to tak kolegów straszyć? 

Popiwczak westchnął przeciągle. Z trudem wygramolił się ze sterty, a potem zaczął starannie zbierać rozrzucone pranie. 

– Nie chciałem was straszyć, chciałem byście pomogli mi w szukaniu skarpety. 

– Ahaaaa – Marie i Maks ze zrozumieniem pokiwali głowami. W końcu skarpeta Fornala była rzeczą świętą i nietykalną, nawet bardziej niż teczka z taktykami Grbicia. 

– Ale po co ci ta skarpeta? – dopytała Krasicka, w końcu opuszczając miotłę. – Przecież meczu na razie nie gramy. 

– Miałem nadzieję, że to szczęście można jakoś roznieść – wytłumaczył usłużnie Kuba. – Wiecie, jak wirusa. Albo inną bakterie. Wsadzę pomiędzy moje skarpety i szczęście nam się pomnoży. No wiecie, tak na wszelki wypadek. 

Marie musiała przyznać, że teoria, choć naciągana, miała pewne podłoże naukowe. Sportowe mity i legendy trzymały się dobrze, wszystkie reprezentacje miały swoje przesądy i przynoszące wygraną przedmioty. 

– Na przyszłość może po prostu poproś Forniego by ci pożyczył – zasugerowała. 

Popiwczak podrapał się po brodzie, jakby realnie rozważał taką opcje. Krasicka wątpiła jednak, by kiedykolwiek plan wcielił w życie. Proste rozwiązania były dla mięczaków. Ewentualnie Francuzów. 

Choć to czasami na jedno wychodzi. 

– Czy wy przypadkiem nie zaczynacie zaraz treningu? – zmieniła temat, czując, że potrzebuje jeszcze jednej kawy. Albo tej chińskiej herbatki miętowej. Tak na cierpliwość. – Zbierajcie ten Armagedon panowie, chyba, że chcecie robić dodatkowe rundki wokół boiska. 

Siatkarze jęknęli przeciągle, ale pospiesznie pozbierali resztę porozrzucanego prania. Przez te kilka tygodni nauczyli się słowo Marie jest święte, a przynajmniej błogosławione. Wszelkie skargi należy zgłaszać do Grzesia, najlepiej na piśmie i opatrzone pieczątką. 

– Ty nie idziesz? – Maks przystanął w pół kroku. Góra ciuchów, którą z trudem trzymał, była tak wysoka, że prawie zasłaniała mu twarz. 

– Dogonię was na hali – odparła przekonywująco Marie. – Muszę jeszcze zgarnąć tablet i notatki z pokoju. 

Libero zmarszczył brwi, ale nic nie powiedział. Odwrócił się na pięcie i pognał za kolegą po fachu, gubiąc przy okazji parę skarpetek. 

Krasicka odprowadziła ich wzrokiem. Nie powiedziała całej prawdy. Owszem, potrzebowała tabletu na trening, musiała przed turniejem w Chicago opanować procedury wszystkich potencjalnych alarmów ewakuacyjnych, które mogły wystąpić w hali lub hotelu. Z pokoju zabrała jednak jeszcze jedną rzecz – zawiniątko z papieru prezentowego w bliżej nieokreślonym kształcie, z którego zaczynały odchodzić kolejne warstwy taśmy klejącej. 

Gdy dotarła na halę, zawodnicy byli tuż przed rozpoczęciem rozgrzewki. Snuli się po boisku w parach i małych grupkach, rozciągali niespiesznie, Tomek Fornal wlazł na słupek sędziego i udawał marynarza na bocianim gnieździe. 

– Zmieniasz branże? – Marie zadarła głowę, by spojrzeć na przyjmującego. 

– Zawsze chciałem zostać wilkiem morskim – odparł szczerze Fornal. – Pływać po morzach i oceanach, odkrywać nieznane lądy… 

– Na razie spływaj na dół. Jedyne co dziś odkryjesz, to czy Wilfredo w końcu opanował wszystkie linijki Sto lat po polsku. 

Tomek niechętnie zeskoczył na parkiet. Zdążył podejść reszty drużyny akurat w chwili, gdy przez drzwi przeszła Róża 

W sezonie reprezentacyjnym, gdzie turniej gonił turniej, oczekiwania milionów kibiców wisiały nad siatkarzami jak miecz Demoklesa, nie było specjalnie czasu by świętować urodziny. Przez lata udało się jednak wyprowadzić pewną niegroźną tradycję. Był więc mały tort, który załatwiała Róża, były świeczki, obowiązkowe fałszowanie Sto lat na piętnaście głosów, a także drobny prezent. 

Tym razem to ostatnie wzięła na siebie Marie. Przeczekała cierpliwie dmuchanie świeczek (Dwadzieścia jeden lat! Robisz się stary, Maks!), śpiewanie (a raczej wycie - Kochanowski z Fornalem urządzili sobie konkurs, kto pierwszy doprowadzi trenera Grbicia do zatkania uszu), a także fale oklasków. Dopiero wtedy przepchała się pomiędzy siatkarzami, stanęła przed Maksem i wyprostowała się dumnie. 

– Wiesz, że jesteś moją psiapsiółą – zaczęła swoją przemowę. – I że ten tytuł zobowiązuje. Na śmierć i życie, na dobre i na złe, dopóki FIVB nas nie rozłączy. W związku z tym, za ogólną zgodną, pozwoliłam sobie wybrać prezent. Musicie wiedzieć, że myślałam długo. Ale wymyśliłam. Proszę 

– Maaarysiu, nie musiałaś! – Maks złapał się za serduszko i spojrzał na Marie najbardziej słodkimi, szczenięcymi oczkami, jakie widziała siatkarska polska. – Powiedz, że wymyśliłaś coś bardzo marysiowego. 

– Otwórz, to sam się przekonasz. 

Libero zmierzył dziewczynę podejrzliwym spojrzeniem. Ostrożnie, jakby rozbrajał granat, zaczął odwijać kolejne warstwy papieru. Krąg siatkarzy zaciskał się wokół nich, w miarę jak kolorowe kaczuszki opadały na podłogę. Wszyscy w napięciu czekali cóż to za Marie wymyśliła. Szymon Jakubiszak obstawiał wielką śnieżną kulę wypełnioną żelkami, a Fornal i Kochanowski założyli się z Leonem, że to coś nie do końca tajnej zbrojowni Ivana. 

– O ja pierdzielę… 

Granieczny trzymał w ręku chomika. Pluszowego, okrągłego chomika, w koszulce reprezentacji Polski i z osiemnastką na plecach. 

– Dla mojego pierwszego chomiczka – Marie wyszczerzyła się głupkowato. – Teraz jesteś ze mną związany do końca kariery. 

Maks spojrzał na dziewczynę, na chomika i znów na dziewczynę. W jego oczach zalśniły łzy bezbrzeżnego szczęścia. 

– Dziękuję, dziękuję, dziękuję! 

Piszcząc jak mała dziewczynka, rzucił się opiekunce na szyję. 

– Granieczny, znów mi płuca miażdżysz! 

– Przepraszam! – Maks uśmiechnął się przepraszająco, ale nie poluźnił uścisku nawet o milimetr. – Obiecuję być prawilnym chomiczkiem. Takim wiesz, jak z podręcznika. – stwierdził, z głową opartą na ramieniu dziewczyny. 

– Czyli będziesz sprawiał same kłopoty? 

– Nawet jeszcze więcej – odsunął dziewczynę na długość ramion i wyszczerzył się głupkowato. – Gwarantuję, że przeze mnie osiwiejesz przed trzydziestką. 

Marie przewróciła oczami, ale nie mogła powstrzymać uśmiechu. Cieplutko jej się zrobiło na serduszku, gdy pomyślała, że to w sumie nie ostatnie urodziny Maksa, które przeżyją na kadrze. Że jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, wróci do Spały na kolejny sezon. 

– Siwy jest teraz modny, będę mogła podkraść stylówkę od Fornala –  radośnie poklepała libero po ramieniu. – A teraz chłopaki, wracajcie do treningu – pogoniła pozostałych siatkarzy. – Bo się trener wkurzy i będzie bardzo fajnymi, ale bardzo martwymi chomiczkami. 

 

 

***

 

Jedną z niewielu wad, jakie Marie znalazła w pracy z siatkarską kadrą, były długie godziny spędzone w samolotach. Choć pensje opiekunów opłacało bogate IOS, to polityka organizacji zakładała, że będą latali w takich samych standardach jak reszta sztabu. Więc gdy zawodnicy z trenerem dostawali wygodne miejscówki w klasie biznes (czego oczywiście nikt im nie żałował), Marie z Grzesiem gnieździli się w ekonomicznej. I oczywiście dziewczyna była wdzięczna, że w ogóle ma okazję zobaczyć trochę świata na czyjś koszt. Co nie zmieniało faktu, że po ośmiu godzinach lotu miała wrażenie, że ktoś połamał jej wszystkie kości, a potem poskładał z powrotem. Wspak. 

– Następnym razem płynę, kuźwa, statkiem – mruknęła, masując obolały kark. – W cenie biletu powinien być bon na fizjoterapię. 

– Zawsze możesz uderzyć do Roberta – stojąca obok Róża na moment oderwała się od papierów z rezerwacją hotelu. 

Marie zamarła. Zerknęła w stronę stojącego kawałek dalej kadrowego fizjoterapeuty. Robert wyszczerzył zęby w uśmiechu tak szerokim i tak psychopatycznym, że Krasicka była pewna, że tej nocy nie zaśnie. 

– Wiesz, chyba jednak nie jest tak źle – stwierdziła. – Następnym razem po prostu wezmę lepszą poduszkę. 

Róża skwitowała to tylko beznamiętnym prychnięciem i wróciła do papierów. W Chicago wylądowali po trzeciej, teoretycznie mieli więc przed sobą jeszcze pół dnia. Musieli jednak przejść przez odprawę paszportową, odebrać multum bagaży i jeszcze znaleźć odpowiedni autobus. W takich chwilach wyćwiczone mechanizmy musiały działać bez zarzutów. Logistyka, logistyka i jeszcze raz logistyka. 

Przez bramkę odpraw puszczali chłopaków tak, by zawsze po obu stronach był ktoś z trójki Róża–Grzesiu–Marie. Pierwsza przeszła kierowniczka, potem kilku siatkarzy i osób ze sztabu, Grzesiu i kolejni zawodnicy. Strażnicy graniczni kwitowali wszystkich tylko znudzonymi spojrzeniami, nawet porządnie nie przeglądali paszportów. Pan na turniej? Dobrze, proszę tu przyłożyć kciuk. Bardzo dobrze, dziękuję, do widzenia.  

Ostatnia przechodziła Marie. Podała swój paszport młodemu strażnikowi i cierpliwie czekała na kolejne polecenia. 

Chłopak, niski blondynek, niewiele starszy od niej, przebiegł wzrokiem po stronie z zdjęciem i zmarszczył nos. Spojrzał na opiekunkę, znów na zdjęcie, a potem powoli zeskanował paszport. Zamrugał szybko, gdy komputer rozświetlił pomarańczowy alert.  

– Pani zaczeka chwileczkę – poprosił po czym wstał, wyszedł ze swojej budki i pobiegł w stronę pomieszczenia strażników. 

Marie wzruszyła ramionami. Zerknęła przez barierki na drugą stronę hali, gdzie zawodnicy tłoczyli się wokół odbioru bagażu. Złapała wzrokiem Grzesia. Starszy mężczyzna uniósł brew, jakby pytając, czy Krasicka potrzebuje pomocy. Pokręciła głową. Poradzi sobie, niech tylko ściągną jej walizkę z taśmy, żeby nie kręciła się w kółko. 

Strażnik wrócił w towarzystwie dwójki kolegów, rosłego mężczyzny z rudą, skołtunioną brodą i ściętej krótko, ciemnej kobiety. 

– Pani pozwoli z nami – zwróciła się do Krasickiej kobieta. – Mamy kilka pytań. 

– O... okej? – Marie niepewnie poprawiła ramiączka plecaka. – A długo to zajmie? Moi podopieczni na mnie czekają – Skinęła głową w stronę siatkarzy. 

– Tylko kilka minut – zapewniła niezbyt przekonywująco strażniczka. – Poinformujemy Pani zespół, że muszą chwilę poczekać. 

Marie zagryzła zęby. Nie podobało jej się wywołanie do tablicy, przesłodzony ton kobiety i mordercze spojrzenia Rudobrodego. W myślach pospiesznie przebiegła listę swoich występków, ale poza mandatami za przekraczanie prędkości, nic nie znalazła. Może przez przypadek zalogowała się do jakiegoś lewego serwisu informacyjnego? Albo wstawiła zdjęcie nie tego pomnika, co trzeba? 

Zaprowadzili ją do małego pokoju bez okien, oświetlonego rażącymi świetlówkami, w którym stał tylko metalowy stół i trzy krzesła. Przeszukali ją, telefon, słuchawki i zegarek kazali przełożyć do osobnego pudełka, a plecak postawić pod ścianą, z dala od zasięgu rąk. Usadzili Marie po jednej stronie stołu, sami usiedli po drugiej, a pośrodku położyli otwarty paszport.

– Pani Marie Krasicka, urodzona piętnastego maja, dwa tysiące szóstego roku, w Paryżu – przeczytała starannie strażniczka. – Jesteś Francuzką? 

– Mam podwójne obywatelstwo – burknęła Marie. Coraz mniej jej się to podobało. Próbowała sobie ze wszystkich sił przypomnieć, co było w wytycznych IOS dotyczących zatrzymania na granicy. Pamiętała tylko, że powinna zachować spokój, odpowiadać na pytania, a jeśli to możliwe, skontaktować się z lokalnym oddziałem organizacji w celu uzyskania pomocy. 

Szkoda, że na razie nie miała możliwości zadzwonić. 

– I pracujesz z Reprezentacją Polski w siatkówce? 

– Owszem jako młodszy opiekun z ramienia International Organization of Sportsmen – odpowiedziała najspokojniej jak potrafiła. – Czy powiecie mi państwo, o co chodzi?

Strażnicy wymienili znaczące spojrzenia. Rudobrody (serio wyglądał jak pirat, co sprawiało, że Marie chciało się śmiać), oparł wielkie łapy na krawędzi i pochylił się nad stołem. 

– Czy Soraja Krasicka to twoja babcia? 

Cholera. 

Fuck. 

Merde. 

Ze świstem wypuściła powietrze. Mogła to w sumie przewidzieć. Jej babka, emerytowana pani profesor matematyki, z pochodzenia była Iranką. Urodziła się i wychowała w Teheranie, tam zresztą poznała Stanisława Krasickiego, polskiego geologa. Do Francji wyjechali dopiero na początku lat siedemdziesiątych, tuż przed rewolucją islamską. Soraja miała francuskie obywatelstwo, a z tego co Marie wiedziała, rodzinne strony odwiedziła może cztery razy w ciągu ostatnich trzydziestu lat. 

– Owszem, to moja babcia – potwierdziła ostrożnie. – Ale ostatni raz widziałam ją... chyba w styczniu? Mamy dość luźny kontakt. 

– Nie dzwoniłyście do siebie? – dopytywała strażniczka. – Nie pisałyście? Nie wymieniałyście maili?  

– Może życzenia urodzinowe – Marie rozłożyła bezradnie ręce. – Serio, to nie najbardziej kochająca babcia na świecie. 

Próbowała przypomnieć sobie, kiedy ostatnio widziała się z babcią. To chyba było z okazji pięćdziesiątych urodzin mamy. Specjalnie pojechały do Francji, by spotkać się we trójkę w małej kawiarni niedaleko Sorbońskiego kampusu imienia Piotra i Marii Curie. Rozmawiały może przez godzinę, bo potem babcia musiała uciekać na samolot do Sztokholmu. Leciała na jakąś bardzo ważną konferencję, a potem miała zaplanowany rejs wzdłuż wybrzeży Grenlandii. Raczej nie wcisnęłaby wnuczki w ten jakże napięty grafik.

– Ale na pewno rozmawiałaś z jakimiś krewnymi? – kontynuowała starsza kobieta. – Kuzynami, może wujostwem. 

– Nawet nie wiem, czy mam takich – prychnęła Marie. – Powtarzam pytanie. Czy możecie łaskawie wyjaśnić, dlaczego mnie zatrzymaliście? 

Rudobrody uśmiechnął się z wyższości. Dziewczynę aż zaswędziała ręka. Wiele by dała, by móc bezkarnie zetrzeć mu z twarzy ten kpiący uśmieszek. Żałowała, że nie wyjęła wcześniej legitymacji IOS albo chociaż nie oświadczyła, że bez obecności Grzesia z nikim rozmawiać nie będzie.   

– Mamy obowiązek sprawdzać wszystkich podejrzanych o utrzymywanie kontaktu z organizacjami wspierającymi wrogie państwa. – Rudobrody wypiął dumnie pierś, jakby to było największe osiągnięcie w jego życiu. – Trzeba zapobiec przeniknięciu potencjalnie niebezpiecznych osób, uśpionych agentów, działających wbrew wartościom, na których zbudowano nasz kraj. 

– Młodzi, wykształceni ludzie są teraz na ich celowniku – dodała strażniczka. – Jesteście pełni idei, a my was nie dostrzegamy. 

– Twoja babcia wsparła ostatni grupy studentów z Teheranu w wyjazdach na staże do Europy – kontynuował mężczyzna. – Głównie z wydziałów fizyki, matematyki i chemii. 

– Jest naukowcem – Marie wzruszyła ramionami, jak gdyby to była najoczywistsza rzecz pod słońcem. – Zawsze wspierała rozwój młodych, na tym chyba polega nauka, co nie? 

– W środowisku naukowym najłatwiej prowadzić działalność wywrotową. A wnuczka w ich wieku ułatwiłaby nawiązanie kontaktu. 

W pierwszej chwili nie rozumiała o czym mówią. Każde słowo brzmiało jak absurdalny żart, idiotyczny kawał, wymyślony przez ludzi, którym nudzi się w życiu. Spodziewała się, że strażnicy zaraz roześmieją się w twarz, wyzwą od naiwnych dziuń, które tak łatwo zastraszyć. Była gotowa to przetrwać, schować dumę do kieszeni i się pokajać, byle tylko wypuścili ją z tego klaustrofobicznego pokoju.

Tylko, że nic takiego nie nastąpiło. Strażnicy pozostawali niewzruszeni, z identycznymi kwaśnymi minami i identycznymi morderczymi spojrzeniami.  

To było za dużo. Wybuchła. 

– To jakiś idiotyzm! W życiu nie byłam w Iranie, nawet nikogo stamtąd nie znam! Moja matka była tam dwa razy, z czego raz służbowo!

– To jeszcze niczego nie wyklucza – prychnął Rudobrody. – Statystycznie trzecie pokolenie imigrantów jest najłatwiejsze do zindoktrynowania. 

– W dupę sobie wsadź taką statystykę – mruknęła po polsku. – Chcę zadzwonić – powiedziała stanowczo. – Jestem w pracy i mój pracodawca nie będzie zadowolony, że mnie tu przetrzymujecie. 

Rudobrody odchylił się na krześle. Spojrzał na koleżankę, a ta kiwnęła niechętnie głową. Równocześnie wstali od stołu, zabrali plecak dziewczyny, pudełko z elektroniką i bez słowa wyszli z pomieszczenia. 

– Ej, co wy robicie?! 

W panice dopadła do drzwi. Nacisnęła klamkę, ale zamek nawet nie drgnął.

– To łamie jakieś milion praw człowieka! Macie przerąbane! – wściekle uderzyła pięścią w drzwi. 

Po drugiej stronie rozległa się tylko cisza. Marie przeklęła pod nosem. Z rezygnacją osunęła się po ścianie. Podkuliła nogi i schowała twarz w kolanach. Miała ochotę się rozpłakać. W głowie kłębiło jej się setki historii, tych prawdziwych i zmyślonych, o amerykańskich służbach imigracyjnych. Z każdą kolejną minutą do głowy przychodziły jej coraz straszniejsze scenariusze. A co, jeśli oskarżą ją o szpiegostwo? Terroryzm? Nie mieli podstaw, oficjalnie nie weszła jeszcze na teren kraju, ale służby bywały kreatywne. Może nie chodziło im o babkę, tylko o tatę? A jeśli będą ją tak trzymać przez wiele godzin bez wody i jedzenia? Jeśli zmuszą do podpisania jakiś podejrzanych papierów? Jak długo będzie wstanie się opierać? A jeśli strażnicy byli przekupieni i zaraz trafi w ręce handlarzy ludźmi? 

Ogarnij się, Marie, za dużo oglądasz paradokumentów. 

Nie miała pojęcia jak długo tam siedziała. W pomieszczeniu nie było zegara, jedynie wiszące pod sufitem kamery. Marie miała jednak wątpliwości, czy magicznie nie przestałyby działać, gdyby doszło do nadużyć. Mogła więc tylko czekać i w modlić się do wszystkich znanych bóstw, o interwencję IOS. Albo chociaż Grzesia. Grzesiu też potrafił być straszny. 

Chyba nawet przysnęła na moment. Z otępienia wyrwał ją dopiero zgrzyt obracanego zamka. Odskoczyła od drzwi i pospiesznie usiadła z powrotem na krześle. 

W drzwiach stanął Rudobrody. Zmierzył dziewczynę oceniającym spojrzeniem. 

– Masz dzisiaj szczęście – prychnął kpiąco. – Ktoś postanowił się za tobą wstawić. – Odsunął się, wpuszczając nowo przybyłą osobę.  

Marie zdębiała. Krew odpłynęła jej z twarzy. Serce na moment stanęło, a świat zaczął wirować. 

– Cześć, Marie. Dawno się nie widzieliśmy. 

W progu, w białych spodniach i granatowej polówce reprezentacji Francji, stał nie kto inny, tylko Timote Antiga we własnej osobie.

9. Podróż za jednego siatkarza

  

 Ciemność w pokoju na poddaszu rozświetlał tylko ekran telefonu. Marie siedziała po turecku na wąskim łóżku i nerwowo przewijała wiadomości na ekranie. Większość była od Nika. Atakujący wrócił na kilka dni do rodzinnego domu i teraz zasypywał ją zdjęciami słoweńskich pól, lasów, a przede wszystkim kóz. Dziewczyna odwdzięczała się parkiem wokół domu i wypiekami ojczyma, które na zdjęciach wyglądały jeszcze apetyczniej niż w rzeczywistości, co zakrawało o łamanie praw fizyki. 

Pozostałe dwie wiadomości budziły w Marie niepokój. 

Pierwsza była od Manoline, wysłana na grupę, którą tworzyli z Timotim, i która od ponad dwóch miesięcy pozostała martwa. Mano wysłała zdjęcie plaży, złoty piasek, lazurowy toń wody, z podpisem "Szkoda, że Was tu nie ma".

Was. Marie i Timiego. 

Prawie w każde wakacje jeździli w trójkę na Majorkę. Rodzice rodzeństwa mieli tam mieszkanie jeszcze z czasów, gdy Stephane Antiga grał w miejscowym klubie. Marie uwielbiała te wyjazdy. Dwa, czasami trzy tygodnie zupełnej beztroski. Biegania po plaży, kąpania się w morzu o najdziwniejszych porach, grania w plażówkę i jedzenia lodów. W ciepłe wieczory, gdy niebo było bezchmurne, Marie zabierała gitarę i szli na pobliskie klify obserwować gwiazdy. Czasami zabierali Manoline, ale po całym dniu dziewczyna często padała wymęczona i zostawała w mieszkaniu, by pogadać z koleżankami z Polski. 

Szli więc tylko we dwójkę. Marie i Timo. Nierozłączni od dwa tysiące szóstego roku. Skały, ich przyjaźń, miliony gwiazd, dźwięki gitary i ta pewność, że świat należy do nich. 

A teraz na wyspę pojechała tylko Manoline. Bez brata. Czy Timo został na kontynencie? Dostał pracę, o której nie powiedział przyjaciółce? Został u rodziny w Francji? 

Marie próbowała dowiedzieć się czegoś z mediów społecznościowych, ale ostatnie zdjęcie na Instagramie było jeszcze z maja i przedstawiało ich mały salon, zawalony notatkami, bo akurat oboje uczyli się do morderczych kolokwiów. Później następowała cisza. Żadnej rolki, żadnego wpisu, nawet komentarza. Okej, w ich duecie, to Marie była bardziej medialna, szczególnie teraz, gdy dołączyła do kadry i naprawdę miała się czym chwalić. Ale chłopakowi też zdarzało się coś wrzucić, choćby ładny widoczek. 

Krasicka mogłaby to oczywiście olać. Zignorować. Wyrzucić z głowy i nie zaprzątać sobie głowy osobnikiem, który jak widać nie zasługiwał na jej uwagę. 

Ale ta dwumiesięczna cisza była niepokojąca. Ciężko jej było to przyznać, ale zaczynała się martwić.  

– A żeby cię szlag trafił, Antiga – fuknęła, wściekle uderzając komórką o poduszkę. – Mógłbyś już przestać zachowywać się jak księżniczka!

By dalej nie podnosić sobie ciśnienia, sięgnęła po ostatnią wiadomość. Był to mail z oficjalnego systemu IOS, napisany przez jedynego w swoim rodzaju, upierdliwego FR103. Tym razem jednak namolny urzędnik nie przyczepił się do wyliczeń czy procedur BHP. Napisał w sumie tylko trzy zdania. 

 

Gratuluję pomysłu z fotowoltaiką. Sieć wytrzymała, choć z trudem. Orlean jest wdzięczny. 

 

Marie przełknęła nerwowo ślinę. Skąd ten facet wiedział, że to ona wymyśliła podłączenie się do paneli na budynku obok? I skąd miał informację, że sieć wytrzymała? Pracował przy turnieju we Francji? A może był jakimś psychopatycznym stalkerem? Może powinna to zgłosić? Mamusia ostrzegała przed podejrzanymi typami, tatuś w sumie też. Choć on przy okazji groził bazooką. 

Zirytowana schowała komórkę do kieszeni bluzy. Zwlokła się z łóżka, zgarnęła z biurka laptopa i usadowiła się z nim w okrągłym, wykuszowym oknie. Było to jej ulubione miejsce w pokoju, jeden z powodów, dla którego w ogóle zakochała się w tym domu. Drewniany podest zbiły z mamą same, bo tata dochodził jeszcze wtedy do siebie po powrocie z frontu. Marie wyłożyła kącik puchatymi kocami, miękkimi poduszkami, a wokół okna zawiesiła malutkie światełka. Zawsze, gdy świat ją przytłaczał, gdy mama wyjeżdżała w kolejną delegację, a tata nie spał przez koszmary, ona mogła po prostu usiąść w oknie i godzinami patrzeć na ogród. 

Teraz owinęła się szczelnie zielonym kocykiem, otworzyła laptopa i zalogowała się do systemu International Organization for Sportsmen. Znalazła dokumentacje turnieju w Orleanie. Przebiegła wzrokiem po wykazie obsługi z ramienia IOS, FIVB, składach drużyn i sztabów. Nie znalazła niczego podejrzanego. Koordynatorem turnieju była Dara Lavigne, ale jako koordynatora pomocniczego wpisano niejakiego Gabriela Delacoura, bo Darze w ostatniej chwili wypadły problemy osobiste. 

Marie zatrzymała się na moment przy drużynach. W tabelce Francji obok Arsène’a Blaina, opiekuna głównego, wpisano stażysta (młodszy opiekun). Bez nazwiska, nawet bez numeru. Tak, jakby listę robiono za nim jeszcze zdecydowano, kto tym stażystą zostanie. 

 

Zmarszczyła brwi. Indeks FR teoretycznie przypisano Francji. Czy to możliwe, że upierdliwy urzędnik był tak naprawdę tylko stażystą? 

Pokręciła stanowczo głową. Nie, to niemożliwe. Przecież pierwszego maila dostała ponad miesiąc wcześniej, a według Grzesia, Blain wziął stażystę na ostatnią chwilę. 

Wróciła więc do punktu wyjścia. 

Przez chwilę w zamyśleniu stukała palcem w touchpada. Szukała w głowie sposobu, by przedrzeć się przez skomplikowane archiwum IOS. 

W końcu, nie licząc, że to coś da, otworzyła akta Arsène’a Blaina. Na ekranie wyświetliło się zdjęcie mężczyzny koło czterdziestki, o długich, ciemnych włosach i twarzy całkowicie wypranej z uczuć. Pod spodem widniały funkcje – Główny Opiekun Reprezentacji Francji w Piłce Siatkowej (M) oraz starszy specjalista ds. cyberbezpieczeństwa. 

Marie przejrzała tytuły zakładek. 

Nagle komputer zasyczał, pisnął, a potem ekran po prostu zgasł. Marie zamarła z palcami nad klawiaturą. Ostrożnie, jakby bojąc się, że laptop zaraz wybuchnie, nacisnęła przycisk włączający. O dziwo lampka pod monitorem zaświeciła się na zielono i sprzęt wrócił do żywych. 

– Dziwne – mruknęła Krasicka. 

Komputer był nowy, służbowy i dotychczas raczej zachowywał się grzecznie. Będzie musiała pogadać z Grzesiem na zgrupowaniu, może to jednorazowa akcja, ale lepiej dmuchać na zimne. 

Zacisnęła zęby. Powinna iść spać, następnego dnia czekała ją długa droga do Spały. Jednak zamiast wstać, tylko oparła głowę o szybę. Spowity nocą ogród oświetlały wbite w ziemię małe latarnie. Nisko na niebie wisiał żółty księżyc, tej nocy wąski jak rogalik. Delikatny wiatr poruszał liśćmi na drzewach, a Marie dostrzegła cień małego zwierzęcia przemykającego przez ogródkową altanę. 

Westchnęła głęboko, mimowolnie wracając myślami na Majorkę, do poprzednich wakacji. Mieli po dziewiętnaście lat i pstro w głowie. Pożyczyli samochód od rodziców Timiego i bez ich wiedzy pojechali na dziką plażę na północy wyspy. Tylko we dwoje. Spędzili cały dzień nurkując, skacząc na linie do wody i grając w karty. Wracając do miasta, złapali gumę na krętych górskich drogach. Dostali opieprz od rodziców, przez kilka godzin czekali na poboczu na pomoc drogową, zajadając zgrzane słońcem kanapki i śmiejąc się z żartów, które słyszeli już tysiące razy. 

Nigdy nie czuła się tak spokojnie. Oddałaby wszystko, by wrócić do tamtego dnia. Miała tyle nowych historii do opowiedzenia Timotiemu, tyle głupich kawałów do zrobienia. Dlaczego chłopakowi tak bardzo przeszkadzała jej kariera w IOS? Dlaczego nie mógł cieszyć się razem z nią? 

– Jesteś idiotą, Timo – mruknęła w przestrzeń. – Skończonym idiotą i nie zamierzam z tym walczyć.

***

 

– I juuust wanna feeeel reaaaal loooove…. – Marie i Artur Szalpuk zawyli przeciągle, wdzięcznie wtórując Robiemu Williamsowi. Siedzący na siedzeniu pasażera Marcin Komenda oparł głowę o deskę rozdzielczą, z całej siły przyciskając dłonie do uszu. 

– Czy moglibyście łaskawie zamknąć dzioby? 

– Ależ Marcinku! Co ty, sztuki nie szanujesz? – Artur Szalpuk wyszczerzył się szeroko, wrzucając kierunkowskaz. – My tu bujne życie artystyczne prowadzimy! 

– Nie, Szalupa, wy tu wyjecie. I to w sposób zagrażający społeczeństwu. 

– Nie doceniasz prawdziwej sztuki. 

– Po prostu nie jestem głuchy. 

Artur prychnął z dezaprobatą, ale posłusznie odrobinę ściszył radio. Tylko odrobinę. Tak, że siedząca na z tyłu Marie nadal czuła wibrację z wypasionych głośników zamontowanych nad bagażnikiem. 

Dziewczyna parsknęła śmiechem i sięgnęła po kolejną frytką. Była w doskonały humorze, na co składało się kilka faktów. Przede wszystkim nie musiała się turgać do Spały pociągiem. Gdy Artur Szalpuk usłyszał, że na te kilka dni wolnego wraca do rodziców pod Rzeszów, wspaniałomyślnie zaproponował, że zabierze ją w drugą stronę. A że polskie drogi budowano w sposób zaprzeczający logice, to okazało się, że optymalna czasowa trasa leci przez Lublin. Zgarnęli więc po drodze Marcina Komendę, by nie musiał gnieść się w samochodzie z Leonem i Sasakiem. 

Wyruszyli więc w spalskie lasy we trójkę, w akompaniamencie sentymentalnych playlist Szalupy. Marie rozłożyła się na tylnej kanapie, z zapasem żelków, różową poduchą i frytkami z Maka, które zgarnęła na pierwszym postoju. Chłopaki mogli sobie trzymać dietę, ale ona potrzebowała węglowodanów. I to najlepiej takich zatopionych w tłuszczu. Ewentualnie w czekoladzie. 

– Bo ja mam ogólnie problem – zaczął Artur, sprawnie wymijając bardzo stary traktor w niestandardowo różowym kolorze. – Ja nadal nie dostałem kury. 

– Kury? – Komenda zamarł z wafelkiem cytrynowym w garści (czego Justin nie widzi, tego Nikoli nie żal). – Szalupa, o czym ty znowu pierdolisz? 

– Marie obiecała mi przed Gliwicami kurę – wyjaśnił posłusznie przyjmujący. – Grzesiu Łomasz miał Helenkę, to ja chcę… no nie wiem… Bożenkę? 

– Dlaczego akurat Bożenkę? 

– A dlaczego nie? Masz lepsze imię dla kury? 

Marcinowi opadł ręce. Z wafelkiem w buzi, złożył dłonie jak do modlitwy, wzniósł oczy ku niebu i wymruczał coś, co od biedy było błaganiem o cierpliwość. Następnie zwrócił się do Marie, która akurat zajęta była przeglądaniem Twittera. 

– Czy to prawda? 

– Częściowo owszem – Dziewczyna w zamyśleniu odgryzła głowę żelkowemu wężowi. – Miałam zapytać IOS, czy kury nadal mogą być zwierzętami wsparcia emocjonalnego. 

– Zapytałaś? 

– Zapomniałam. 

Oburzony Artur aż się zapowietrzył. Dobrze, że akurat stanęli na światłach, to mógł co najwyżej wściekle docisnąć hamulec do podłogi. Marcin z trudem opanował kolejny wybuch śmiechu. Na wszelki wypadek wepchał sobie do ust kolejnego wafelka. 

– Przecież obiecałaś! Zaufałem ci! 

– Zluzuj skarpetki, Szalupa – prychnęła Krasicka. – Inne rzeczy na głowie miałam. Zresztą zaraz do Chicago lecimy, do samolotu chciałeś z kurą wejść? 

– Dlaczego by nie? Koty można wozić w kabinie. 

- Nie widzisz różnicy między kurą, a kotem? – Opiekunka niby wiedziała, że z polską edukacją bywa źle, ale żeby aż tak. Zresztą, to chyba dotyczyło młodego pokolenia, a nie takich mamutów, jak Szalpuk (na status dinozaura jeszcze nie zasłużył). 

– Rozmiarowo podobne. 

– Jeszcze powiedz, że chciałeś ją do transportera wpakować. 

– Oczywiście. Już nawet kupiłem odpowiedni. Taki różowy, z brokatową rączką. Idealny dla Bożenki. 

Marie z niedowierzaniem pokręciła głową. Dbanie o zdrowie psychiczne i stabilność umysłową chłopaków leżało w jej zakresie obowiązków, ale bądźmy poważni. Nie wszystkie genialne pomysły wymagały natychmiastowej realizacji. 

Zmięła paczkę po pierwszych żelkach, wrzuciła do plecaka i ułożyła się wygodniej na tylnej kanapie. Zaczęła przeglądać kolejne paczki, w duchu dziękując sobie, że dzień wcześniej wyciągnęła tatę do Auchana na wielkie zakupy. Ivan miał kompletnie zero zachamować jeśli chodzi o rozpuszczanie swojej pasierbicy, a co do słodyczy, to wierzył w teorię, że Marie i tak wszystko wybiega, ganiając za siatkarzami. 

– Chcecie malinki czy jabłkowe? 

– Jabłkowe – rzucił mechaniczne Szalpuk. – To te okrągłe, co nie? 

– Tylko takie uznaję. Wszystko inne, to herezja.

– I właśnie dlatego się kumplujemy. 

W tym momencie nawigacja wydała z siebie głośne Za trzysta metrów na rondzie trzeci zjazd, a samochodzik animacji zakręcił się w kółko. 

– Ty, czy my dobrze jedziemy? – Komenda pochylił się nad powieszonym na szybie telefonem. – Miałeś skręcić w lewo. 

– No przecież skręciłem – Szalupa wzruszył ramionami. 

– Nie, Artur, skarbie. Skręciłeś w prawo. 

– Bajdurzysz. 

– Odróżniam jeszcze prawą od lewą. W przeciwieństwie do ciebie. Na boisku też się będziesz mylił? 

– A teraz to mnie obrażasz. 

– Tylko stwierdzam fakt. 

– Y… panowie? – Marie wsunęła głowę pomiędzy przednie fotele. – Nie chcę wam psuć światopoglądu, ale mój telefon twierdzi, że powinniśmy byli jechać prosto. 

Marcin spojrzał na Artura. Artur spojrzał na Marcina. 

– Patrz na drogę, do cholery! 

Szalupa w ostatniej chwili nacisnął hamulec. Jego wypasiona beemka z piskiem opon zatrzymała kilkanaście centymetrów przed pyskiem uroczego jelonka. Zwierzątko przekrzywiło główkę, popatrzyło na pasażerów wielkimi niewinnymi oczami, a potem, jak gdyby nigdy nic pokłusowało w najbliższe krzaki. 

Artur ze świstem wypuścił powietrze. 

– Ta kadra mnie kiedyś wykończy – mruknął, sięgając po podsunięte mu przez Marie żelki. 

– To nie kadra – uświadomił go łaskawie Komenda. – To twoja własna głupota.

Na szczęście dalsza droga do Spały oszczędziła im jelonków i innych przedstawicieli fauny wszelakiej. Zgubili się co prawda jeszcze dwa razy (ronda potrafią być bardzo przebiegłe – opinia Szalupy, nie fakt) i raz musieli zawracać przez gminny wyścig rowerowy, ale ostatecznie stanęli przed drzwiami ośrodka spóźnieni tylko dwadzieścia minut. 

– Co wy, przez Gdańsk jechaliście? – parsknął Kewin. Siedzieli sobie z Leonem na krzesełkach przed recepcją, pod parasolem i chillowali z szklankami lemoniady i miską truskawek. – My tu już półtorej godziny siedzimy. 

– Wybraliśmy bardziej malowniczą trasę – odburknął Artur. 

– Trzeba poznawać własny kraj, co nie? – zawtórowała mu Marie. – Patriotyzm i te sprawy. A jakie urocze jelonki widzieliśmy. 

– Jednego jelonka. I to zdecydowanie bliżej niż byśmy chcieli – mruknął Marcin, za co zarobił kopniaka w kostkę od Marie. 

– Ej! 

– Nie podważaj umiejętności Szalupy, bo już mnie wozić nie będzie – syknęła Krasicka. – A gdzie ja znajdę drugiego takiego szofera? 

Komenda z zakłopotaniem podrapał się po głowie. Wybąkał przeprosiny, chyba bojąc się, że Marie jest gotowa zrobić z niego szofera, a niespecjalnie uśmiechało mu się jeżdżenie do Spały z Lublina przez Rzeszów. 

Artur na szczęście tej wymiany zdań nie słyszał, zajęty był bowiem wypakowywaniem bagaży. Na chodniku wylądowały walizki całej trójki, plecaki chłopaków, torby dodatkowymi, sportowymi gadżetami i gitara Marie. 

– A to co? – Szalpuk zawisł na otwartej klapie. – Po cholerę nam zgnieciony papier prezentowy? 

Zaciekawieni siatkarze stłoczyli się wokół bagażnika. Marie musiała się nieźle wysilić, by przepchać się między nimi i zerknąć, cóż to wywołało takie poruszenie. 

– O, czyli jednak nie zapomniał! – klasnęła radośnie. –  I chyba nawet przetrwało podróż! 

– Marie, czy ty się teraz w artystkę bawisz? To jakiś przykład sztuki nowoczesnej? – zapytał z troską Sasak. 

– Banksy, jakiś, tak się nazywał, co nie? – Leon w zamyśleniu podrapał się po brodzie. – Choć on od graffity był… 

– To może ten Christo, co pakował całe budynki i mosty w materiał i sznurki? – rzucił Komenda.

– Nieeee, też nie pasuje. 

– Może zapytamy artystki?

Artur wyjął przedmiot z bagażnika. Była to bliżej niezidentyfikowana kula z papieru prezentowanego, niebieskiego w żółte kaczuszki, sklejona zdecydowanie za dużą ilością przeźroczystej taśmy klejącej. 

– Głuptoki, przecież to prezent oczywiście. – Marie wyszczerzyła się głupkowata. – Dla Maksia, urodziny ma siódmego. 

– Aaaaaaa – Siatkarze z uznaniem pokiwali głowami. 

Artur przekazał paczkę Marie. Dziewczyna ostrożnie poprawiła kilka pasków taśmy, które zaczęły się odrywać, sprawdziła, czy w papier nie przedarł się w żadnym miejscu, a potem z westchnieniem ulgi sięgnęła po swoją walizkę. 

– Sorry, muszę zameldować się Grzesiowi, mamy sporo roboty przed Chicago – Uśmiechnęła się sztucznie do chłopaków. – Do zobaczenia na kolacji!

Ruszyła w podskokach do recepcji. A przynajmniej próbowała. Walizka i gitara odrobinę utrudniały skakanie, prezent dla Maksa tym bardziej, więc bardziej niż beztroska pastereczka, wyszła jej pijana kaczka. 

Róża już dawno była na miejscu, zajęła oczywiście te lepsze szuflady i przywitała Marie przypomnieniem, by łaskawie zajmowała górny kaloryfer w łazience, bo ona wspinać się po ręcznik nie będzie, niech sobie młoda nie wyobraża. Marie nie protestowała, bo to dotyczyło też szafy, więc mogła całą górną półkę zawalić zapasem żelków, ciasteczek i wafelków. 

Po szybkim rozpakowaniu i przebraniu w obowiązkowy kadrowy mundurek, wyposażona w paczkę draży Korsarzy i laptopa, ruszyła do sali konferencyjnej, gdzie już czekali na nią Grzesiu z Różą. 

– Fiu, fiu – zagwizdała, widząc rozłożone na stołach sterty papierów i równe wieże paszportów. – Czyli dzisiaj na ostro?

– Stany odwalają maniane, więc mamy nowe procedury. – Grzesiu postukał palcem w laptopa. – Trzeba przejrzeć papiery chłopaków i sztabu, żeby nam któregoś na lotnisku nie zatrzymali. Pieczątki, socjale, wszystko, co może być podejrzane. 

– Są aż tak pojebani? 

– Podejrzewamy, że nawet bardziej. 

Marie skwitowała to wzruszeniem ramion. Z domu wyniosła wymierną pogardę dla narodu amerykańskiego jako całości (Zofia Krasicka gardziła dziewięćdziesięcioma procentami planety, po równo), o wyczynach służb w trakcie Mistrzostw Świata w piłce kopanej słyszała, skoro IOS stwierdziło, że potrzebne są nowe procedury, to proszę bardzo, nie będzie się kłócić z pracodawcą. 

Zabrali się do pracy. Marie i Grzesiu podzielili między siebie paszporty siatkarzy, sprawdzali każdego z nich dokładnie, a potem przekazywali Róży, by jeszcze raz rzuciła okiem, bo a nuż, coś im umknęło. Było to robota żmudna i w sumie niewiele wnosząca. Z wyjątkiem Leona i Justina, trenera przygotowania motorycznego, żaden z chłopaków czy członków sztabu nie miał powiązań z innymi państwami, a obaj posługiwali się polskimi papierami. Na wszelki wypadek przygotowali dla Wilfredo dokumenty potwierdzające, że tak, ma w Polsce rodzinę, coraz większą, ma do czego wracać, zresztą mówimy o światowej gwieździe siatkówki, proszę się łaskawie odczepić, bo was pozwiemy. A IOS miało doskonałych prawników. 

Był jeszcze trener Grbić, który potrzebował co prawda tradycyjnej wizy, ale dostał ją od ręki. Wszystko wydawało się w porządku. Sama Marie miała dwa paszporty, polski i francuski, obecnie latała głównie na polskim.  

– Myślisz, że to będzie problem? – zapytała Grzesia, pokazując mu pieczątkę z kolejowego przejścia granicznego w Przemyślu.

Mężczyzna zmarszczył brwi. Jedną ręką podrapał się po skroni, a drugą poprawił idealnie skrojony blezer narzucony na sztabową polówkę. 

– Raczej nie – stwierdził z wahaniem. – Ukrainy się raczej nie czepiają, przynajmniej na razie. Datę masz z początku wojny, potem już nie przekraczałaś granicy, prawda?

Marie pokręciła głową. 

– Mama jeździła do Lwowa, jak tata dostawał przepustkę, ale ja zostawałam w Rzeszowie. 

– W takim razie raczej możesz spać spokojnie. – Uśmiechnął się ciepło. 

Marie kiwnęła głową. Wróciła do dalszego przeglądania papierów i sociali chłopaków. 

W tym momencie drzwi otworzyły się hukiem. Do sali konferencyjnej wpadły dwa huragany, zwane Maksem Graniecznym i Kubą Nowakiem. Chłopcy wymienili zdezorientowanych opiekunów, zdegustowaną Różę i zanurkowali pod okrągły stół.

– Musicie nas ukryć – wyszeptał konspiracyjnie Maks. 

– Przed kim? 

– Przed trenerem – Kuba przytulił się do nogi stołu. 

Róża uniosła ze zdziwieniem brew. Skrzyżowała ręce na piersi, posyłając chłopakom mordercze spojrzenie godne swojego tytuły Róży Wszechwładnej. 

– Co. Zrobiliście. Nikoli? 

Siatkarze wymienili zakłopotane spojrzenia. Maks odchrząknął nerwowo, a Kuba zaczął kręcić młynki kciukami. 

– Bo my tylko... 

– To nie było specjalnie... 

– Chcieliśmy się tylko przywitać... 

– Tak jakoś wyszło... 

– Chłopaki, przeciągacie strunę. Co zmalowaliście? 

Na odwagę w końcu zdobył się Maks. 

– Obsypaliśmy trenera brokatem – przyznał niechętnie. – Jak wchodził do ośrodka. Miało być tylko odrobinę, ale troszeczkę za dużo nam się sypnęło. 

Marie parsknęła śmiechem, wyobrażając sobie Grbicia pokrytego grubą warstwą różowego brokatu. Może po wygranych mistrzostwach uda im się namówić go na założenie czapeczki z rogiem jednorożca? 

– Skąd wyście do jasnej Anielki wzięli brokat?! – Róża chyba naprawdę zaczynała tracić cierpliwość. A to był dopiero pierwszy dzień po przerwie.  

– Ze sklepu plastycznego. 

Kierowniczka pokręciła z rezygnacją głową. 

Drzwi otworzyły się ponownie, a w progu stanął Nikola Grbić we własnej osobie. Cały, od czubka głowy po białe adidasy, pokryty był błyszczącym brokatem, wyjątkowo malowniczo prezentującym się na białej polówce. Lodowatym spojrzeniem powiódł po sali konferencyjnej. Marie wzdrygnęła się mimowolnie i przysunęła się bliżej stołu, by lepiej zasłonić chłopaków. 

– Gdzie Nowak i Granieczny? – wycharczał Grbić. 

– Tu ich nie ma, trenerze – Marie rozłożyła bezradnie ręce. – Może ukryli się w kuchni. Wie pan przecież, że kucharki mają słabość do Maksia. – Przywołała na twarzy swój popisowy uśmiech numer siedem. 

Mężczyzna zmrużył podejrzliwie oczy. Spojrzał na niewzruszoną Różę, na starającego się zachować powagę Grzesia i ostatecznie wycofał się z pomieszczenia.

– Jeśli coś ukrywacie, to macie przerąbane – rzucił jeszcze na odchodnym.  

Gdy zamknęły się za nim drzwi, Marie pozwoliła sobie na westchnienie ulgi. odwróciła się i ukucnęła, by znaleźć się na poziomie siatkarzy, którzy nadal uparcie chowali się pod stołem. 

– Tym razem Róża was nie wydała – powiedziała stanowczo. – Ale następnym razem może już nie być taka łaskawa. Prawda, Róża? 

Kobieta tylko uniosła brwi. 

Chłopcy pokiwali szybko głowami. Ze skruszonymi minami wypełzli spod stołu, a potem, jakby nie chcąc nadwyrężać łaskawości kierowniczki, ulotnili się, gdzie pieprz rośnie.  

– Ja kiedyś z nimi zwariuję – mruknęła Róża. 

– No coś ty – prychnęła Marie. – Nie oddałabyś tego za nic w świecie.