Głupie rzeczy spotykają głupich ludzi, a jeszcze głupsze spotykają siatkarzy. Przynajmniej do takiego wniosku doszła Marie, patrząc na stertę prania leżącą na środku korytarza w Spale.
Sama sterta nie byłaby niczym wyjątkowym, przy takim zagęszczeniu sportowców na metr kwadratowy, pralki chodziło non stop, a kolorowy harmonogram z rozpiską dla poszczególnych kadr, zawisał na korytarzach już w połowie maja.
Problem stanowił fakt, że sterta sunęła. Powoli. Korytarzem. W stronę Marie i Maksa, którzy akurat wracali ze śniadania. Na widok tworu z poplątanych skarpet, treningowych koszulek i wątpliwej czystości spodenek, przystanęli, a Maks odruchowo wyciągnął telefon.
– Myślisz, że to nas zje? – konspiracyjnie wyszeptał libero.
– Myślisz, że to w ogóle żyje? – odpowiedziała pytaniem Marie.
Wlepili wzrok w stertę. Maks włączył nagrywanie. Pranie dalej sunęło. Centymetr po centymetrze, nie wydając żadnego dźwięku. Jak olbrzymi glut. Albo blobfish.
Marie nigdy nie przypuszczała, że będzie bać się blobfisha.
– Może powinniśmy wiać? – Granieczny zrobił krok w tył. – A jeśli jest trujące?
– Twoje brudne gacie na pewno są trujące.
– To nie moje, tylko Lemana.
– Nie możesz zwalać wszystkiego na Lemana.
– Mogę. Jest duży, wytrzyma.
Krasicka przetarła twarz dłonią. Śmiać się czy płakać, o to jest pytanie.
Skupiła się z powrotem na praniu. Sterta zatrzymała się na moment, jakby przypatrując im się wyczekująco. Ze środka dobiegło bliżej niezidentyfikowane bulgotanie. Pojedyncza biała skarpetka powoli zsunęła się z samej góry.
– Czy ona do nas mówi? – Maks nerwowo przestąpił z nogi na nogę. – Może to jakaś obca forma życia? Jak z archiwum X?
– Sam jesteś obcą formą życia – prychnęła Marie. – Nie obrażaj jej, bo się jeszcze na nas rzuci. I jak Róża wytłumaczy kibicom, że ich ulubiona maskotka została zeżarta przez niedoprane spodenki siatkarzy?
Bulgotanie powtórzyło się. Wiedziona nagłym przypływem odwagi, dziewczyna powoli podeszła bliżej. Pranie jakby zadrgało, zabulgotało ponownie, tym razem głośniej.
Zerknęła przez ramię, szukając rozwiązania.
– Maks, podaj badyla.
– Badyla?
– No, miotłę, no. Wiesz, o co mi chodzi.
Maks rozglądnął się niepewnie. W końcu dostrzegł postawioną w kącie miotłę, z prostą, plastikową rączkę. Bez przekonania, jakby bardziej bojąc się pomysłów Marie niż samego prania, podał miotłę dziewczynie.
Krasicka chwyciła kij blisko główki, a drugą końcówką delikatnie szturchnęła pranie. Tym razem bulgot zamienił się w przeciągły jęk. Zdezorientowana Marie przy użyciu kija, zaczęła ostrożnie ściągać elementy garderoby.
Najpierw spomiędzy prania wychyliła się znajoma palma z włosów. Za nią pojawiły smutne, niebieskie oczęta, aż ostatecznie Marie odsłoniła głowę jedynego i niepowtarzalnego Kuby Popiwczaka.
– Co ty, na kamerę Fornala, wyprawiasz, Popiwczak?
– Kryzys egzystencjalny przeżywam! – jęknął libero, wtapiając się głębiej w plątaninę koszulek i spodenek.
– Czwarty raz w tym tygodniu?
– Co ty wiesz o bólu istnienia, kobieto?!
– Całkiem sporo – Marie skrzyżowała ręce na piersi. Stojący za nią Maks parsknął śmiechem, nadal kamerując. Widząc jednak morderczy wzrok przyjaciółki, posłusznie schował telefon. – Wyjaśnij mi tylko, proszę, od kiedy twoje kryzysy obejmują kąpanie w brudnym praniu?
Kuba odwrócił głowę i z nagłym zainteresowaniem zaczął podziwiać wytartą tapetę w paski, która zdobiła ten korytarz jeszcze za czasów trenera Anastasiego.
– Szukałem szczęśliwej skarpetki Fornala – przyznał niechętnie. – I jak grzebałem w praniu, to trochę za głęboko wpadłem i ten… tu jest w sumie całkiem przyjemnie. Cieplutko, mięciutko, a do zapachu można się przyzwyczaić.
– To dlaczego chciałeś nas zjeść? – zapytał Maks, nadal utrzymując bezpieczny dystans. – Już myślałem, że to jakaś apokalipsa zombie-prania!
– No właśnie! – Marie z powrotem uniosła kij od miotły. – Ładnie to tak kolegów straszyć?
Popiwczak westchnął przeciągle. Z trudem wygramolił się ze sterty, a potem zaczął starannie zbierać rozrzucone pranie.
– Nie chciałem was straszyć, chciałem byście pomogli mi w szukaniu skarpety.
– Ahaaaa – Marie i Maks ze zrozumieniem pokiwali głowami. W końcu skarpeta Fornala była rzeczą świętą i nietykalną, nawet bardziej niż teczka z taktykami Grbicia.
– Ale po co ci ta skarpeta? – dopytała Krasicka, w końcu opuszczając miotłę. – Przecież meczu na razie nie gramy.
– Miałem nadzieję, że to szczęście można jakoś roznieść – wytłumaczył usłużnie Kuba. – Wiecie, jak wirusa. Albo inną bakterie. Wsadzę pomiędzy moje skarpety i szczęście nam się pomnoży. No wiecie, tak na wszelki wypadek.
Marie musiała przyznać, że teoria, choć naciągana, miała pewne podłoże naukowe. Sportowe mity i legendy trzymały się dobrze, wszystkie reprezentacje miały swoje przesądy i przynoszące wygraną przedmioty.
– Na przyszłość może po prostu poproś Forniego by ci pożyczył – zasugerowała.
Popiwczak podrapał się po brodzie, jakby realnie rozważał taką opcje. Krasicka wątpiła jednak, by kiedykolwiek plan wcielił w życie. Proste rozwiązania były dla mięczaków. Ewentualnie Francuzów.
Choć to czasami na jedno wychodzi.
– Czy wy przypadkiem nie zaczynacie zaraz treningu? – zmieniła temat, czując, że potrzebuje jeszcze jednej kawy. Albo tej chińskiej herbatki miętowej. Tak na cierpliwość. – Zbierajcie ten Armagedon panowie, chyba, że chcecie robić dodatkowe rundki wokół boiska.
Siatkarze jęknęli przeciągle, ale pospiesznie pozbierali resztę porozrzucanego prania. Przez te kilka tygodni nauczyli się słowo Marie jest święte, a przynajmniej błogosławione. Wszelkie skargi należy zgłaszać do Grzesia, najlepiej na piśmie i opatrzone pieczątką.
– Ty nie idziesz? – Maks przystanął w pół kroku. Góra ciuchów, którą z trudem trzymał, była tak wysoka, że prawie zasłaniała mu twarz.
– Dogonię was na hali – odparła przekonywująco Marie. – Muszę jeszcze zgarnąć tablet i notatki z pokoju.
Libero zmarszczył brwi, ale nic nie powiedział. Odwrócił się na pięcie i pognał za kolegą po fachu, gubiąc przy okazji parę skarpetek.
Krasicka odprowadziła ich wzrokiem. Nie powiedziała całej prawdy. Owszem, potrzebowała tabletu na trening, musiała przed turniejem w Chicago opanować procedury wszystkich potencjalnych alarmów ewakuacyjnych, które mogły wystąpić w hali lub hotelu. Z pokoju zabrała jednak jeszcze jedną rzecz – zawiniątko z papieru prezentowego w bliżej nieokreślonym kształcie, z którego zaczynały odchodzić kolejne warstwy taśmy klejącej.
Gdy dotarła na halę, zawodnicy byli tuż przed rozpoczęciem rozgrzewki. Snuli się po boisku w parach i małych grupkach, rozciągali niespiesznie, Tomek Fornal wlazł na słupek sędziego i udawał marynarza na bocianim gnieździe.
– Zmieniasz branże? – Marie zadarła głowę, by spojrzeć na przyjmującego.
– Zawsze chciałem zostać wilkiem morskim – odparł szczerze Fornal. – Pływać po morzach i oceanach, odkrywać nieznane lądy…
– Na razie spływaj na dół. Jedyne co dziś odkryjesz, to czy Wilfredo w końcu opanował wszystkie linijki Sto lat po polsku.
Tomek niechętnie zeskoczył na parkiet. Zdążył podejść reszty drużyny akurat w chwili, gdy przez drzwi przeszła Róża
W sezonie reprezentacyjnym, gdzie turniej gonił turniej, oczekiwania milionów kibiców wisiały nad siatkarzami jak miecz Demoklesa, nie było specjalnie czasu by świętować urodziny. Przez lata udało się jednak wyprowadzić pewną niegroźną tradycję. Był więc mały tort, który załatwiała Róża, były świeczki, obowiązkowe fałszowanie Sto lat na piętnaście głosów, a także drobny prezent.
Tym razem to ostatnie wzięła na siebie Marie. Przeczekała cierpliwie dmuchanie świeczek (Dwadzieścia jeden lat! Robisz się stary, Maks!), śpiewanie (a raczej wycie - Kochanowski z Fornalem urządzili sobie konkurs, kto pierwszy doprowadzi trenera Grbicia do zatkania uszu), a także fale oklasków. Dopiero wtedy przepchała się pomiędzy siatkarzami, stanęła przed Maksem i wyprostowała się dumnie.
– Wiesz, że jesteś moją psiapsiółą – zaczęła swoją przemowę. – I że ten tytuł zobowiązuje. Na śmierć i życie, na dobre i na złe, dopóki FIVB nas nie rozłączy. W związku z tym, za ogólną zgodną, pozwoliłam sobie wybrać prezent. Musicie wiedzieć, że myślałam długo. Ale wymyśliłam. Proszę
– Maaarysiu, nie musiałaś! – Maks złapał się za serduszko i spojrzał na Marie najbardziej słodkimi, szczenięcymi oczkami, jakie widziała siatkarska polska. – Powiedz, że wymyśliłaś coś bardzo marysiowego.
– Otwórz, to sam się przekonasz.
Libero zmierzył dziewczynę podejrzliwym spojrzeniem. Ostrożnie, jakby rozbrajał granat, zaczął odwijać kolejne warstwy papieru. Krąg siatkarzy zaciskał się wokół nich, w miarę jak kolorowe kaczuszki opadały na podłogę. Wszyscy w napięciu czekali cóż to za Marie wymyśliła. Szymon Jakubiszak obstawiał wielką śnieżną kulę wypełnioną żelkami, a Fornal i Kochanowski założyli się z Leonem, że to coś nie do końca tajnej zbrojowni Ivana.
– O ja pierdzielę…
Granieczny trzymał w ręku chomika. Pluszowego, okrągłego chomika, w koszulce reprezentacji Polski i z osiemnastką na plecach.
– Dla mojego pierwszego chomiczka – Marie wyszczerzyła się głupkowato. – Teraz jesteś ze mną związany do końca kariery.
Maks spojrzał na dziewczynę, na chomika i znów na dziewczynę. W jego oczach zalśniły łzy bezbrzeżnego szczęścia.
– Dziękuję, dziękuję, dziękuję!
Piszcząc jak mała dziewczynka, rzucił się opiekunce na szyję.
– Granieczny, znów mi płuca miażdżysz!
– Przepraszam! – Maks uśmiechnął się przepraszająco, ale nie poluźnił uścisku nawet o milimetr. – Obiecuję być prawilnym chomiczkiem. Takim wiesz, jak z podręcznika. – stwierdził, z głową opartą na ramieniu dziewczyny.
– Czyli będziesz sprawiał same kłopoty?
– Nawet jeszcze więcej – odsunął dziewczynę na długość ramion i wyszczerzył się głupkowato. – Gwarantuję, że przeze mnie osiwiejesz przed trzydziestką.
Marie przewróciła oczami, ale nie mogła powstrzymać uśmiechu. Cieplutko jej się zrobiło na serduszku, gdy pomyślała, że to w sumie nie ostatnie urodziny Maksa, które przeżyją na kadrze. Że jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, wróci do Spały na kolejny sezon.
– Siwy jest teraz modny, będę mogła podkraść stylówkę od Fornala – radośnie poklepała libero po ramieniu. – A teraz chłopaki, wracajcie do treningu – pogoniła pozostałych siatkarzy. – Bo się trener wkurzy i będzie bardzo fajnymi, ale bardzo martwymi chomiczkami.
***
Jedną z niewielu wad, jakie Marie znalazła w pracy z siatkarską kadrą, były długie godziny spędzone w samolotach. Choć pensje opiekunów opłacało bogate IOS, to polityka organizacji zakładała, że będą latali w takich samych standardach jak reszta sztabu. Więc gdy zawodnicy z trenerem dostawali wygodne miejscówki w klasie biznes (czego oczywiście nikt im nie żałował), Marie z Grzesiem gnieździli się w ekonomicznej. I oczywiście dziewczyna była wdzięczna, że w ogóle ma okazję zobaczyć trochę świata na czyjś koszt. Co nie zmieniało faktu, że po ośmiu godzinach lotu miała wrażenie, że ktoś połamał jej wszystkie kości, a potem poskładał z powrotem. Wspak.
– Następnym razem płynę, kuźwa, statkiem – mruknęła, masując obolały kark. – W cenie biletu powinien być bon na fizjoterapię.
– Zawsze możesz uderzyć do Roberta – stojąca obok Róża na moment oderwała się od papierów z rezerwacją hotelu.
Marie zamarła. Zerknęła w stronę stojącego kawałek dalej kadrowego fizjoterapeuty. Robert wyszczerzył zęby w uśmiechu tak szerokim i tak psychopatycznym, że Krasicka była pewna, że tej nocy nie zaśnie.
– Wiesz, chyba jednak nie jest tak źle – stwierdziła. – Następnym razem po prostu wezmę lepszą poduszkę.
Róża skwitowała to tylko beznamiętnym prychnięciem i wróciła do papierów. W Chicago wylądowali po trzeciej, teoretycznie mieli więc przed sobą jeszcze pół dnia. Musieli jednak przejść przez odprawę paszportową, odebrać multum bagaży i jeszcze znaleźć odpowiedni autobus. W takich chwilach wyćwiczone mechanizmy musiały działać bez zarzutów. Logistyka, logistyka i jeszcze raz logistyka.
Przez bramkę odpraw puszczali chłopaków tak, by zawsze po obu stronach był ktoś z trójki Róża–Grzesiu–Marie. Pierwsza przeszła kierowniczka, potem kilku siatkarzy i osób ze sztabu, Grzesiu i kolejni zawodnicy. Strażnicy graniczni kwitowali wszystkich tylko znudzonymi spojrzeniami, nawet porządnie nie przeglądali paszportów. Pan na turniej? Dobrze, proszę tu przyłożyć kciuk. Bardzo dobrze, dziękuję, do widzenia.
Ostatnia przechodziła Marie. Podała swój paszport młodemu strażnikowi i cierpliwie czekała na kolejne polecenia.
Chłopak, niski blondynek, niewiele starszy od niej, przebiegł wzrokiem po stronie z zdjęciem i zmarszczył nos. Spojrzał na opiekunkę, znów na zdjęcie, a potem powoli zeskanował paszport. Zamrugał szybko, gdy komputer rozświetlił pomarańczowy alert.
– Pani zaczeka chwileczkę – poprosił po czym wstał, wyszedł ze swojej budki i pobiegł w stronę pomieszczenia strażników.
Marie wzruszyła ramionami. Zerknęła przez barierki na drugą stronę hali, gdzie zawodnicy tłoczyli się wokół odbioru bagażu. Złapała wzrokiem Grzesia. Starszy mężczyzna uniósł brew, jakby pytając, czy Krasicka potrzebuje pomocy. Pokręciła głową. Poradzi sobie, niech tylko ściągną jej walizkę z taśmy, żeby nie kręciła się w kółko.
Strażnik wrócił w towarzystwie dwójki kolegów, rosłego mężczyzny z rudą, skołtunioną brodą i ściętej krótko, ciemnej kobiety.
– Pani pozwoli z nami – zwróciła się do Krasickiej kobieta. – Mamy kilka pytań.
– O... okej? – Marie niepewnie poprawiła ramiączka plecaka. – A długo to zajmie? Moi podopieczni na mnie czekają – Skinęła głową w stronę siatkarzy.
– Tylko kilka minut – zapewniła niezbyt przekonywująco strażniczka. – Poinformujemy Pani zespół, że muszą chwilę poczekać.
Marie zagryzła zęby. Nie podobało jej się wywołanie do tablicy, przesłodzony ton kobiety i mordercze spojrzenia Rudobrodego. W myślach pospiesznie przebiegła listę swoich występków, ale poza mandatami za przekraczanie prędkości, nic nie znalazła. Może przez przypadek zalogowała się do jakiegoś lewego serwisu informacyjnego? Albo wstawiła zdjęcie nie tego pomnika, co trzeba?
Zaprowadzili ją do małego pokoju bez okien, oświetlonego rażącymi świetlówkami, w którym stał tylko metalowy stół i trzy krzesła. Przeszukali ją, telefon, słuchawki i zegarek kazali przełożyć do osobnego pudełka, a plecak postawić pod ścianą, z dala od zasięgu rąk. Usadzili Marie po jednej stronie stołu, sami usiedli po drugiej, a pośrodku położyli otwarty paszport.
– Pani Marie Krasicka, urodzona piętnastego maja, dwa tysiące szóstego roku, w Paryżu – przeczytała starannie strażniczka. – Jesteś Francuzką?
– Mam podwójne obywatelstwo – burknęła Marie. Coraz mniej jej się to podobało. Próbowała sobie ze wszystkich sił przypomnieć, co było w wytycznych IOS dotyczących zatrzymania na granicy. Pamiętała tylko, że powinna zachować spokój, odpowiadać na pytania, a jeśli to możliwe, skontaktować się z lokalnym oddziałem organizacji w celu uzyskania pomocy.
Szkoda, że na razie nie miała możliwości zadzwonić.
– I pracujesz z Reprezentacją Polski w siatkówce?
– Owszem jako młodszy opiekun z ramienia International Organization of Sportsmen – odpowiedziała najspokojniej jak potrafiła. – Czy powiecie mi państwo, o co chodzi?
Strażnicy wymienili znaczące spojrzenia. Rudobrody (serio wyglądał jak pirat, co sprawiało, że Marie chciało się śmiać), oparł wielkie łapy na krawędzi i pochylił się nad stołem.
– Czy Soraja Krasicka to twoja babcia?
Cholera.
Fuck.
Merde.
Ze świstem wypuściła powietrze. Mogła to w sumie przewidzieć. Jej babka, emerytowana pani profesor matematyki, z pochodzenia była Iranką. Urodziła się i wychowała w Teheranie, tam zresztą poznała Stanisława Krasickiego, polskiego geologa. Do Francji wyjechali dopiero na początku lat siedemdziesiątych, tuż przed rewolucją islamską. Soraja miała francuskie obywatelstwo, a z tego co Marie wiedziała, rodzinne strony odwiedziła może cztery razy w ciągu ostatnich trzydziestu lat.
– Owszem, to moja babcia – potwierdziła ostrożnie. – Ale ostatni raz widziałam ją... chyba w styczniu? Mamy dość luźny kontakt.
– Nie dzwoniłyście do siebie? – dopytywała strażniczka. – Nie pisałyście? Nie wymieniałyście maili?
– Może życzenia urodzinowe – Marie rozłożyła bezradnie ręce. – Serio, to nie najbardziej kochająca babcia na świecie.
Próbowała przypomnieć sobie, kiedy ostatnio widziała się z babcią. To chyba było z okazji pięćdziesiątych urodzin mamy. Specjalnie pojechały do Francji, by spotkać się we trójkę w małej kawiarni niedaleko Sorbońskiego kampusu imienia Piotra i Marii Curie. Rozmawiały może przez godzinę, bo potem babcia musiała uciekać na samolot do Sztokholmu. Leciała na jakąś bardzo ważną konferencję, a potem miała zaplanowany rejs wzdłuż wybrzeży Grenlandii. Raczej nie wcisnęłaby wnuczki w ten jakże napięty grafik.
– Ale na pewno rozmawiałaś z jakimiś krewnymi? – kontynuowała starsza kobieta. – Kuzynami, może wujostwem.
– Nawet nie wiem, czy mam takich – prychnęła Marie. – Powtarzam pytanie. Czy możecie łaskawie wyjaśnić, dlaczego mnie zatrzymaliście?
Rudobrody uśmiechnął się z wyższości. Dziewczynę aż zaswędziała ręka. Wiele by dała, by móc bezkarnie zetrzeć mu z twarzy ten kpiący uśmieszek. Żałowała, że nie wyjęła wcześniej legitymacji IOS albo chociaż nie oświadczyła, że bez obecności Grzesia z nikim rozmawiać nie będzie.
– Mamy obowiązek sprawdzać wszystkich podejrzanych o utrzymywanie kontaktu z organizacjami wspierającymi wrogie państwa. – Rudobrody wypiął dumnie pierś, jakby to było największe osiągnięcie w jego życiu. – Trzeba zapobiec przeniknięciu potencjalnie niebezpiecznych osób, uśpionych agentów, działających wbrew wartościom, na których zbudowano nasz kraj.
– Młodzi, wykształceni ludzie są teraz na ich celowniku – dodała strażniczka. – Jesteście pełni idei, a my was nie dostrzegamy.
– Twoja babcia wsparła ostatni grupy studentów z Teheranu w wyjazdach na staże do Europy – kontynuował mężczyzna. – Głównie z wydziałów fizyki, matematyki i chemii.
– Jest naukowcem – Marie wzruszyła ramionami, jak gdyby to była najoczywistsza rzecz pod słońcem. – Zawsze wspierała rozwój młodych, na tym chyba polega nauka, co nie?
– W środowisku naukowym najłatwiej prowadzić działalność wywrotową. A wnuczka w ich wieku ułatwiłaby nawiązanie kontaktu.
W pierwszej chwili nie rozumiała o czym mówią. Każde słowo brzmiało jak absurdalny żart, idiotyczny kawał, wymyślony przez ludzi, którym nudzi się w życiu. Spodziewała się, że strażnicy zaraz roześmieją się w twarz, wyzwą od naiwnych dziuń, które tak łatwo zastraszyć. Była gotowa to przetrwać, schować dumę do kieszeni i się pokajać, byle tylko wypuścili ją z tego klaustrofobicznego pokoju.
Tylko, że nic takiego nie nastąpiło. Strażnicy pozostawali niewzruszeni, z identycznymi kwaśnymi minami i identycznymi morderczymi spojrzeniami.
To było za dużo. Wybuchła.
– To jakiś idiotyzm! W życiu nie byłam w Iranie, nawet nikogo stamtąd nie znam! Moja matka była tam dwa razy, z czego raz służbowo!
– To jeszcze niczego nie wyklucza – prychnął Rudobrody. – Statystycznie trzecie pokolenie imigrantów jest najłatwiejsze do zindoktrynowania.
– W dupę sobie wsadź taką statystykę – mruknęła po polsku. – Chcę zadzwonić – powiedziała stanowczo. – Jestem w pracy i mój pracodawca nie będzie zadowolony, że mnie tu przetrzymujecie.
Rudobrody odchylił się na krześle. Spojrzał na koleżankę, a ta kiwnęła niechętnie głową. Równocześnie wstali od stołu, zabrali plecak dziewczyny, pudełko z elektroniką i bez słowa wyszli z pomieszczenia.
– Ej, co wy robicie?!
W panice dopadła do drzwi. Nacisnęła klamkę, ale zamek nawet nie drgnął.
– To łamie jakieś milion praw człowieka! Macie przerąbane! – wściekle uderzyła pięścią w drzwi.
Po drugiej stronie rozległa się tylko cisza. Marie przeklęła pod nosem. Z rezygnacją osunęła się po ścianie. Podkuliła nogi i schowała twarz w kolanach. Miała ochotę się rozpłakać. W głowie kłębiło jej się setki historii, tych prawdziwych i zmyślonych, o amerykańskich służbach imigracyjnych. Z każdą kolejną minutą do głowy przychodziły jej coraz straszniejsze scenariusze. A co, jeśli oskarżą ją o szpiegostwo? Terroryzm? Nie mieli podstaw, oficjalnie nie weszła jeszcze na teren kraju, ale służby bywały kreatywne. Może nie chodziło im o babkę, tylko o tatę? A jeśli będą ją tak trzymać przez wiele godzin bez wody i jedzenia? Jeśli zmuszą do podpisania jakiś podejrzanych papierów? Jak długo będzie wstanie się opierać? A jeśli strażnicy byli przekupieni i zaraz trafi w ręce handlarzy ludźmi?
Ogarnij się, Marie, za dużo oglądasz paradokumentów.
Nie miała pojęcia jak długo tam siedziała. W pomieszczeniu nie było zegara, jedynie wiszące pod sufitem kamery. Marie miała jednak wątpliwości, czy magicznie nie przestałyby działać, gdyby doszło do nadużyć. Mogła więc tylko czekać i w modlić się do wszystkich znanych bóstw, o interwencję IOS. Albo chociaż Grzesia. Grzesiu też potrafił być straszny.
Chyba nawet przysnęła na moment. Z otępienia wyrwał ją dopiero zgrzyt obracanego zamka. Odskoczyła od drzwi i pospiesznie usiadła z powrotem na krześle.
W drzwiach stanął Rudobrody. Zmierzył dziewczynę oceniającym spojrzeniem.
– Masz dzisiaj szczęście – prychnął kpiąco. – Ktoś postanowił się za tobą wstawić. – Odsunął się, wpuszczając nowo przybyłą osobę.
Marie zdębiała. Krew odpłynęła jej z twarzy. Serce na moment stanęło, a świat zaczął wirować.
– Cześć, Marie. Dawno się nie widzieliśmy.
W progu, w białych spodniach i granatowej polówce reprezentacji Francji, stał nie kto inny, tylko Timote Antiga we własnej osobie.