czwartek, 24 września 2026

13. Szybcy i siatkarzowi

 Polska reprezentacja szła przez trzeci turniej Ligi Narodów z lekkością i pewnością, którą ciężko podrobić. Do zera ograli Bułgarię i Brazylię, zapewniając sobie miejsce w turnieju finałowym w Chinach. Zawodnicy napędzali się każdym zdobytym punktem, Nikola Grbić z uznaniem kiwał głową, a dziennikarze i kibice w kraju rozpływali się nad swoimi ulubionymi orzełkami. Kuba Popiwczak szalał w obronie, Bartek Lemański posyłał zaprzeczające prawom fizyki serwy, a Wilfredo Leon był po prostu Wilfredo Leonem. Atmosfera była doskonała, szczególnie, że na horyzoncie coraz wyraźniej majaczył kolejny medal. Kto wie, może nawet złoty? 

Wygrane napędzały też do działania sztab. Fizjoterapeuci, statystycy, wszyscy byli gotowi zrobić, co się tylko da by spełnić kolejne marzenia. A każda kolejna godzina tylko utwierdzała Marie w przekonaniu, że chce być częścią tego szaleństwa. Że chce pojechać z chłopakami na mistrzostwa Europy, na mistrzostwa Świata, na igrzyska olimpijskie. Że chce wrócić za rok do Spały.

Gdy zawodnicy walczyli na boisku, opiekunowie toczyli walkę z amerykańskim podejściem do norm. I zaleceń. Tak, potrzebujemy certyfikatów ekologicznych warzyw w hotelu. Tak, te światła nie mogą być takie chłodne. Tak, w autokarach muszą być pasy bezpieczeństwa. I nie, ta gaśnica nie może być produkowana przez jakiś podejrzany startup z Kalifornii, z milionem wyświetleń na TikToku.  

Marie czuła się w tym jak ryba w wodzie. Kłóciła się z organizatorami turnieju po angielsku, podsuwała im pod nos kolejne przepisy, chłodno tłumaczyła światowe standardy, a Grzesiu stał z boku i kiwał z uznaniem głową. 

I tylko Timo był tu jak drzazga w serduszku. 

Niespełna dwadzieścia cztery godziny po meczu z Brazylią, Polska miała zmierzyć się z Francją. Trójkolorowi przeszli w tym sezonie kompletną przebudowę. Trener Giani pościągał wielu młodych zawodników, a w składzie brakowało takich gwiazd jak N'Gapeth, Grebenikov czy Kevin Tillie (choć Marie uważała, że to już raczej klub emeryckich gwiazdorów). Przegrali kilka kluczowych meczów i nie mieli już nawet matematycznej szansy na awans. Grali więc co najwyżej o honor i by pokazać się przed mistrzostwami Europy. Polacy za to chcieli po prostu wygrać. Nabić kolejne punkty w tabeli i udowodnić światu, że nie bez powodu są pierwsi w światowym rankingu. 

Oczywiście Marie miała też swoją cichą motywację. Ciężko jej było przyznać się do tego nawet przed samą sobą, ale chciała by jej chłopcy pokonali chłopców Timotiego. Małostkowe? Możliwe. Szczere? Jak najbardziej. 

Problem w tym, że polscy siatkarze mieli inne zdanie na ten temat. 

– No zaraz mnie szlag trafi! – Marie nerwowo podskoczyła na krześle, gdy Francuzi po raz kolejny zablokowali atak Sasaka. – Co oni się uparli na to prawe skrzydło, nawet ja bym na ślepo teraz do bloku skakała! 

Siedząca obok Róża prychnęła kpiąco, a Grzesiu tylko uśmiechnął się z pobłażaniem. 

– Marysiu, przecież ty byś nawet do górnej taśmy nie doskoczyła. 

– Ej! – szturchnęła opiekuna łokciem. – Aż tak niska nie jestem! W sumie to w ogóle niska nie jestem! Statystycznie to nawet wysoka! I nawet grałam kiedyś!

– Tak? – Mężczyzna uniósł brew. Nie musiał nic więcej mówić, a Marie i tak zmieszała się nieznacznie. – Kiedy ostatnio serwowałaś? 

– W kinderach – przyznała niechętnie. – Ale to były bardzo dobre serwy! 

– Jak na dziewięciolatkę na pewno. 

Dziewczyna burknęła coś jeszcze pod nosem, ale posłusznie wróciła do oglądania meczu. Francuzi właśnie straszyli atakami z drugiej linii. Maksiu, któremu Nikola w końcu pozwolił pograć, nie miał szans by zdążyć do cholernie silnych ataków Boyera. Zanim się obejrzeli, na tablicy wyników pojawiło się 1:0 w setach dla Francuzów. 

Cholerne żabojady. (Tak, Marie miała francuski paszport i spędziła prawie 10 lat życia we Francji. Tak, ani trochę nie przeszkadzało jej to przeklinać swoich drugich rodaków. Czasami trzeba wybrać jedną stronę.) 

Na szczęście w drugim secie jej chłopcy trochę się obudzili. Grbić wprowadził kilka zmian, nadepnął im na ambicję i już po kilku akcjach było widać, że Polska wróciła na właściwe tory. Francuzi mogli sobie skakać po bloku, Brizard kombinować na rozegraniu, ale ich nadzieje na wygranie meczu zostały brutalnie zgaszone. 

W końcu Duflos zaatakował w aut, ekran pokazał 3:1, a na boisku wybuchła euforia. Chłopcy padli sobie w ramiona, śmiejąc się głośno, klepiąc po plecach i podnosząc w powietrze. Niby to był tylko kolejny mecz grupowy, ale wygrana to wygrana. Trzy punkty na koncie, satysfakcja i odrobinę spokojniejsza głowa. 

Marie dołączyła do ich krótkiego świętowania. Spróbowałaby zresztą nie, zaraz by się okazało, że to obraza majestatu i musiałaby sobie radzić z piętnastoma, dwumetrowymi facetami z fochem. 

Dlatego dała się wciągnąć w kółeczko radości. Dlatego pozwalała się klepać po ramionach i podrywać w uścisku powietrze. Była częścią drużyny, tej zwariowanej, biało–czerwonej rodziny, która wymykała się wszelkim definicjom normalności.  

I wtedy, gdzieś między przytulasem od Maksa, a odtańczeniem kaczuszek z Firlejem, jej wzrok złapał spojrzenie Timiego. Chłopak stał przy stoliku sędziego, czekał pewnie na protokoły. Gdy dostrzegł Marie, uniósł prawą dłoń i nieznacznie skinął głową. Jego uśmiech, lekki, jakby nieśmiały, mówił wszystko.

Gratuluję. To był dobry mecz. Porozmawiajmy. Proszę. 

Dziewczyna zawahała się na ułamek sekundy. W pierwszym odruchu chciała przewrócić oczami, odwrócić się na pięcie i po prostu zignorować Antigę. Ale tym razem czuła, że nie może. Że już dłużej nie da rady traktować go, jak irytującego robaka, który uparcie przyczepił się do wycieraczki. 

Był w końcu jej przyjacielem, prawda? Przyjaciołom się wybacza. 

Powoli pokiwał głową. Timo uśmiechnął się jeszcze szerzej, a Marie znów zrobiło się cieplutko na serduszku. 

Na rozmowę musieli jednak poczekać. Po meczu trzeba było wypełnić dokumentację, zebrać swoich zawodników, dostarczyć ich w miarę w jednym kawałku do hotelu i jeszcze przygotować się na następny dzień. Gdy w końcu wywiązali się ze wszystkich obowiązków, była prawie dwudziesta druga.

Wpadli na siebie w windzie przy recepcji. Timo właśnie wracał z kuchni z paczkami lodu dla fizjoterapeutów. Marie z parkingu walizkę z rollerami, którą ktoś (patrzę na ciebie Leman!) zostawił pod autokarem. 

– Do góry? – rzucił Timo, wciskając przycisk przy windzie. 

– Do góry – przytaknęła nerwowo dziewczyna. 

Przez chwilę stali w ciszy. Malutki wyświetlacz wskazywał kolejne piętra, a szum przesuwających się stalowych lin wydał się Marie dziwnie kojący. 

– Przepraszam – odezwał się nagle Timote. – Naprawdę nie chciałem żeby to tak wyszło. 

Marie ze świstem wypuściła powietrze. A więc nadszedł ten moment. Bardzo poważna rozmowa, w bardzo poważnej sytuacji. 

Zamknęła oczy, szukając w głowie odpowiednich słów, jednak jej myśli błądziły szaleńczo w milion stron. Z jednej strony było tyle rzeczy, które chciała wykrzyczeć chłopakowi w twarz, tyle pretensji, które kotłowały się w niej przez ostanie dwa miesiące. Ile to razy gapiła się w ekran na ich martwą konwersację, a w głowie układała cały monolog, który wygłosi, gdy tylko się spotkają. 

A teraz to wszystko mogła wrzucić do kosza. 

– Dlaczego mi nie powiedziałeś?

To jedno pytanie było dla niej najważniejsze. Nie, dlaczego w ogóle się pokłócili. Nie, dlaczego Timiemu tak bardzo przeszkadzał jej staż. Nawet nie, 

Chciała tylko wiedzieć, dlaczego po dwudziestu latach przyjaźni tak bardzo się odsunął? Dlaczego zataił jedną z najważniejszych informacji w swoim życiu? 

– Bałem, że uznasz mnie za hipokrytę – przyznał. Worki z lodem musiały wpijać mu się w dłonie, ale wydawał się tym niewzruszony. Znów delikatnie drgała mu lewa powieka. 

– Bo jesteś hipokrytą! – fuknęła Marie. – Do cholery, najpierw kręcisz aferę, że przyjmuję staż w IOS, a potem robisz to samo! Co cię w ogóle podkusiło, by pracować dla Blaina?! Jakieś next generation fanfik ci się zamarzył?! Przecież on jest socjopatą! Zasymilowanym, ale nadal socjopatą!

Timo przełknął nerwowo ślinę. Przestąpił z nogi na nogę, z wzrokiem nadal utkwionym w drzwi windy. 

– Nie jest taki zły – mruknął. – Początkowo nie chciałem być opiekunem – dodał już głośniej. – Zresztą rekrutacje już się zamknęły, byłaś ostatnią osobą, którą przyjęli. Ja... wkurzyłem się. Zazdrość mnie zżarła. Że ty masz swój wymarzony staż. I to jeszcze w siatkówce, a to przecież mój teren! A ja sobie nawet głupich praktyk z uczelni załatwić nie mogłem. 

– Oj, Timi… 

– Więc zadzwoniłem do cioci Dary i zapytałem, czy czegoś by dla mnie nie miała – kontynuował. – Wiem, wiem, obiecaliśmy sobie, że nie będziemy korzystać ze znajomości rodziców w rozwoju kariery, ale cóż... byłem zdesperowany. – Odwrócił głowę, starając ukryć rumieniec, który wykwitł na jego policzkach. 

Przez moment Marie chciała go mocno przytulić. Ale potem przypomniała sobie, że trzyma rączkę bardzo chwiejnej walizki. A Timo ten cholerny lód. Mogłoby się skończyć odrobinę niezręcznie. 

– I ciocia Dara uznała, że spełni swoje fandomiarskie marzenie? 

– Nie do końca – Antiga uśmiechnął się nieznacznie. Oboje doskonale znali zapędy Dary Lavigny, która w bardzo poważnym gabinecie, bardzo poważnej koordynatorki, miała białą tablicę z rozpisanymi siatkarskimi shipami na dany sezon. – Ciocia znalazła mi miejsce w centrali w Paryżu, w ich dziale informatycznym. Na część etatu, żebym mógł pozdawać ostatnie egzaminy. Całkiem fajna robota, przy cyber bezpieczeństwie miałem pracować. Tylko, że w drugim tygodniu do biura wpadł Arsene, z awanturą, że kto to widział, by tak szybko rekrutacje zamykać i on potrzebuje stażysty już, teraz, natychmiast. Strasznie się pieklił. 

– Potrafię to sobie wyobrazić – prychnęła Marie. – I Dara postanowiła go uspokoić, opychając mu ciebie. 

– Mniej więcej. Spełniałem wymagania językowe, znam się trochę na kompach, to Blainowi wystarczyło. 

Dziewczyna z niedowierzaniem pokręciła głową. Czasami działanie IOS pozostawało zagadką nawet dla niej. 

Winda w końcu podjechała. Wepchali się do środka, z trudem mieszcząc się w małym pudle z wszystkim bagażami. Musieli stanąć blisko siebie, tak, że Marie czuła na skórze nieznacznie przyspieszony oddech Timotiego. Nie wiedziała, na czym skupić wzrok. Wieczór był chłodny, do tego w hotelu klimatyzacja działała na najwyższych obrotach. Timo porzucił więc kadrową polówkę na rzecz ciemnogranatowego swetra z czerwonym wykończeniem przy szyi i rękawach. Na piersi przyczepił złotą przypinkę w kształcie koguta z gwiazdami, symbol francuskiego sportu.  

Skąd on ją wytrzasnął? I dlaczego tak cholernie mu pasowała? 

– Dlaczego mi nie powiedziałeś? – powtórzyła pytanie. – Okej, byłabym zła, ale przecież jesteśmy przyjaciółmi, prawda? – Odwróciła się i zadarła głowę, by móc spojrzeć mu w oczy. Co spodziewała się w nich zobaczyć? Wstyd? Wyrzuty? Do samego siebie, do niej? Strach? 

Zobaczyła tylko smutek. 

– To było głupie – przyznał. – Ale chyba... chyba chciałem ci udowodnić, że potrafię coś zrobić zupełnie sam. Bo zawsze byliśmy we dwoje. A raczej ty byłaś, a ja podążałem za tobą.  

Marie zatkało. Głos ugrzązł jej w gardle, a żołądek znów ścisnęła niewidzialna pięść. Chciała coś powiedzieć. Cokolwiek. Obronić się? Ale przed czym? Miał rację. W tym duecie to ona zawsze nadawała rytm. To ona wybierała zabawy, gry i kolejne kierunki spontanicznych, weekendowych wypadów. To ona wyciągała go na imprezy i pchała w kolejne paczki znajomych. To ona namówiła go na studia w Warszawie, choć bardzo poważnie rozważał Kraków. Bo będą razem. Bo będzie fajnie. 

Dla niej było. Czy dla niego też? 

W tym momencie winda zatrzymała się na siódmym piętrze i drzwi otworzyły się z cichym sykiem. Marie wykorzystała okazję, by przemknąć obok Timotiego. Wyszła na korytarz, w głowie cały czas obracając jego ostatnie słowa. 

Zamarła w pół kroku. Czuła, że idący za nią Timo zrobił to samo. 

– Ja chyba śnię – wydukała po francusku.

Przez ułamek sekundy miała wrażenie, że trafiła do filmu. Bardzo głupiego filmu. Komedii sprzed dwóch dekad o budżecie równym PKB San Escobaru. I że już gdzieś ten film widziała. 

Na końcu korytarza stały wózki na pranie. Dwa. Z jednego z nich wychylała się doskonale jej znana łepetyna Maksa Graniecznego, odziana w stylowe, górnicze czako z piórem. Z drugiego zaś patrzył na nią Benjamin Diez, francuski libero, w klasycznej napoleońskiej czapeczce. Wokół nich tłoczyli się Francuzi, Polacy, kilku Amerykanów, a nawet jeden Brazylijczyk. 

Na dany przez Andersona znak, Bartek Bołądź i Stephen Boyer popchnęli pojazdy swoich kolegów, a te z zawrotną prędkością pognały przed siebie. Metalowe kółka zapiszczały przeraźliwie. Po korytarzu poniosły dopingujące wrzaski w czterech językach. 

Na zakręcie obaj libero mocno przechylili wózki, aby zmienić kierunek. Ze świstem przemknęli obok zdębiałych opiekunów i pojechali dalej. Maksiu utrzymywał się na razie na prowadzeniu, ale Ben siedział mu na ogonie. Przy kolejnym zakręcie mogło dojść do spektakularnej zmiany lidera. Emocję sięgały zenitu, gwizdy i okrzyki niosły się echem po korytarzu. 

I wtedy z jednego z pokoi wyszedł niczego nieświadomy, niewinny Andrea Giani. Pochłonięty zapewne analizą defensywy swoich podopiecznych, nie zauważył dwóch rozpędzonych pojazdów pędzących w jego stronę. Widząc swojego trenera, Ben pisnął jak mała dziewczynka, szarpnął mocno wózek i z trudem go ominął. To samo z drugiej strony zrobił Maks, byle tylko nie stratować biednego Włocha. 

Jednak standardowe pojazdy hotelowe nie były przygotowane na takie kaskaderskie wyczyny. Obaj libero zatrzymali gwałtownie, po czym zostali wyrzuceni do przodu jak z procy, zaliczając bardzo nieprzyjemny kontakt z hotelową wykładziną.

– Co się stało? – Andrea rozejrzał się kompletnie zdezorientowany. Spojrzał na swojego libero, na polskiego libero, leżące obok nich wózki hotelowe i zamrugał szybko. A potem jeszcze raz. 

Niestety reset systemu nie pomógł. Nadal widział to co widział. 

– Ja chyba za dużo rumianku piję – W zamyśleniu podrapał się po brodzie. 

To, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wyrwało Marie z głębokiego.

– Czy widziałeś to, co ja widziałam? – zapytała ostrożnie Timiego. 

– Widziałem – przytaknął, choć jego twarz nadal wyrażała stoicki spokój.

– I też masz wrażenie, że kiedyś o tym słyszałeś. 

– Też mam. 

– Turniej kwalifikacyjny Tokio 2016? 

– Jestem prawie pewny, że tak. 

Przez kilka sekund mierzyli się wzrokiem, a potem synchronicznie zamknęli oczy i ze świstem wypuścili powietrze. 

– Czy sugerujesz by na nich nakrzyczeć? – zapytał grzecznie Timote. 

Marie tylko wzruszyła ramionami. Powinna pewnie wymyślić jakieś mądre rozwiązanie, ale rozpraszał ją ten idiotyczny kogut przypięty do sweterka Antigi. 

– To chyba należy do obowiązków opiekunów. 

Sprężystym krokiem ruszyła w stronę niedoszłych kierowców rajdowych. Wokół nich zdążył się już zebrać pokaźny tłumek złożony z innych siatkarzy, który jednak rozstąpił się na boki na widok wkurwionej opiekunki. 

– Granieczny, tłumacz się – stanęła przed libero i skrzyżowała ręce na piersi. – Czy ty już kompletnie ogłupiałeś?! I wy również! – omiotła wzrokiem pozostałych zawodników. – Na mózg wam się kompletnie ten amerykański sen rzucił?! Ile wy macie lat?! Dziesięć?! Czy wam się naprawdę, aż tak nudzi?! Zabić kogoś chcieliście?! Albo siebie samych?! Przyznać się, kto wpadł na ten genialny pomysł?! 

Polacy wskazali na Francuzów. Francuzi na Polaków. Pozostali siatkarze za to podziwiali wyjątkowe ułożenie plam po kawie na suficie. 

Marie odetchnęła głęboko. Nie musiała się odwracać by wiedzieć, że Timote stoi tuż za nią. Czuła na szyi jego spokojny, ciepły oddech. 

– Powiedz mi, Antiga, co podręcznik przewiduje w takim przypadku? 

– Jeśli dobrze pamiętam zalecenia z rozdziału szóstego „Nieodpowiedzialne zabawy i gry, stanowiące zagrożenie dla podopiecznych i otoczenia” proponowaną metodą wychowawczą jest zastosowanie wysiłku fizycznego, na przykład w postaci karnych kółeczek – podpowiedział usłużnie Timo. 

– Słyszeliście go. Dziesięć kółeczek wokół piętra jeszcze nikomu nie zaszkodziło, a wielu wybiło głupie pomysły z głowy. 

Dwudziestu siatkarzy synchronicznie wydało z siebie przeciągły jęk, ale posłusznie ustawili się w dwuszeregu i zaczęli niemrawo truchtać w kierunku wind. Mieli całkiem dobrze rozwinięty instynkt samozachowawczy. 

Gdy zniknęli za zakrętem, z drugiej strony korytarza wyłonili się Grzesiu i Arsene. Ten pierwszy szedł z rękami w kieszeni, pogwizdując wesoło, ten drugi wgapiony w ekran tabletu. 

Na widok rozwalonych wózków hotelowych, oboje przystanęli zaskoczeni. To znaczy Grzesiu był zaskoczony, bo z twarzy Arsene trudno było wyczytać cokolwiek poza kompletnym znudzeniem. 

– Czy dobrze przypuszczam, że nasi chłopcy urządzili sobie wyścigi? – zapytał uprzejmie Rozkosz. 

– Yhm – przytaknęła Marie. – Doszło do potencjalnie niebezpiecznego incydentu z udziałem trenera Gianiego, ale na szczęście sytuacja została opanowana. 

Mężczyzna uniósł brew. Zerknął na Andreę, który jednak był już myślami w swoim świecie, wypełnionym strefami przyjęcia i taktykami blok–obrona. Nie zaszczycając opiekunów ani jednym spojrzeniem, ruszył z powrotem do swojego pokoju. 

Grzesiu odprowadził go wzrokiem. Gdy za trenerem zamknęły się drzwi, przykucnął obok przewróconych wózków i obejrzał je dokładnie. 

– Trzeba to będzie zgłosić – westchnął z rezygnacją. – Zajmiesz się tym? – zwrócił się do stażystki. – Wiesz, jak pisać zgłoszenia, klepnę ci to tylko w systemie, góra będzie zadowolona. 

– Tak jest, szefie! – zasalutowała Marie. – Wypełnimy raport i zalecimy zwiększenie zabezpieczeń wokół sprzętu sprzątającego w obiektach zakwaterowania. Prawda, Antiga? – zwróciła się do przyjaciela, licząc, że ten poprze jej inicjatywę. 

Ale Timo zrobił coś niespodziewanego. Wepchał lód Arsenemu, chwycił Marie za rękę i nie zważając na zaskoczone spojrzenia przełożonych, pociągnął ją w stronę swojego pokoju. Zamknął drzwi, zmusił, by usiadła na jednym z łóżek, a potem zaczął grzebać w szufladach szafek nocnych. 

Marie niepewnie rozglądnęła się wokół. Tak, jak ona i Róża utrzymywały w pokojach jako taki porządek, tak tutaj panował chaos. Na podłodze leżały otwarte walizki, z których wystawały przypadkowe ładowarki i kable, wymieszane z bielizną. Parapety i niskie stoliki zawalone były papierami, a na małym biurku stały dwa ekrany podłączone do służbowego laptopa z logo IOS. 

– To Blaina – wyjaśnił odruchowo Timo. 

– Chcesz powiedzieć, że ty trzymasz porządek? – uniosła niby kpiąco brew. 

– Przecież mnie znasz. 

Oczywiście, że go znała. Nikt nie składał swetrów w tak idealną kostkę, jak Timo, nikt nie miał tak perfekcyjnie wyprasowanych koszul i wypastowanych butów. Dla Antigi pranie było wieloetapową procedurą, z osobnym płynem do każdego koloru i prasowaniem żelazkiem w odpowiedniej temperaturze. W przeciwieństwie do Marie, która po prostu ściągała ciuchy z suszarki, wpychała do szafy i modliła się, by przeżyły do rana. 

W końcu Timote znalazł to, czego szukał. Zatrzasnął z hukiem szufladę, usiadł obok Marie, a na białej pościeli rozłożył naręcze kolorowych tabliczek czekolady. 

– Będziemy tu siedzieć i jeść tak długo, aż wszystko sobie wyjaśnimy – zarządził. 

Marie wzruszyła ramionami, choć w głębi duszy zaskoczyła ją pewność w jego głosie. Sięgnęła po pierwszą tabliczkę w czerwonym papierze. Orzechowa, jej ulubiona. Rozerwała opakowanie i bez zastanowienia odgryzła kawałek. 

– O, matulu... – jęknęła z lubością. 

Czekolada była idealna. Lekko gorzka, ale też słodka, twarda, jednak w ustach rozpływała się powoli, a orzechy chrupały rozkosznie. Podkuliła nogi pod brodę, delektując się tym momentem przyjemności. 

– No zła jestem na ciebie, Timo – stwierdziła w końcu, pomiędzy kolejnymi kawałkami. – Bo kurczę, miałam cię za swojego przyjaciela. Takiego wiesz, prawdziwego. I myślałam, że będziesz mnie wspierać w życiowych decyzjach. 

Timote westchnął cicho. Spuścił głowę, opierając łokcie na kolanach. Przez ułamek sekundy Marie chciała odgarnąć mu z twarzy przydługie kosmyki blond włosów. Powstrzymała się jednak i zamiast tego sięgnęła po kolejny kawałek czekolady. 

– Byłem zazdrosny, to już wiesz – mruknął. – Zły, że nie powiedziałaś mi, że w ogóle składasz papiery do IOS. I... i chyba bałem się, że mi cię zabiorą, Marie. 

Przekrzywiła z zaciekawieniem głowę. Odłożyła czekoladę na bok, skrzyżowała nogi po turecku i pochyliła się, tak, że teraz mogła spojrzeć chłopakowi w twarz

– Kto miałby mnie zabrać, Timo? – zapytała miękko.

– Siatkówka – odparł, jakby to była najoczywistsza rzecz pod słońcem. – Przyznaj, poznałaś na kadrze tyle cudownych ludzi, spędzasz z nimi dwadzieścia cztery godziny na dobę, poznajesz ich najgłębsze marzenia i sekrety. Ten świat pochłania człowieka, wciąga. Bałem się... bałem się, że wciągnie cię tak bardzo, że przestanę ci być potrzebny – głos mu się nieznacznie załamał. Przeczesał palcami blond włosy. – Dołączyłem do IOS, bo chciałem za tobą nadążyć. Tylko to mi nie wystarczyło. Więc potem... potem z zazdrości zacząłem robić głupie rzeczy – dodał tak cicho, że Marie ledwo go usłyszała. 

Zmarszczyła brwi. 

– Co masz na myśli? 

– To ci się nie spodoba. 

Antiga powoli sięgnął do kieszeni spodni. Wyjął portfel i z wahaniem wyciągnął z niego legitymację opiekuna. 

– Spójrz na numer – poprosił, podsuwając ją Marie pod nos. 

Dziewczyna zmarszczyła brwi. Przebiegła wzrokiem po kawałku plastiku, zatrzymując się w prawym dolnym rogu. 

ID:FR403 

Świat wokół stanął. Marie wypuściła czekoladę z rąk. Wpatrywała się w szary dokument, a jej serce biło jak oszalałe. Każda myśl, którą udało jej się poukładać, każde uczucie, teraz znów zostało wywrócone na drugą stronę. 

–To ty – wydukała. – To ty czepiałeś się mojej siatki. Ty podważałeś dokumentację. Ty mendo! Idioto! – wściekle trzepnęła Timiego w lewe ramię. A potem w prawe. I znowu w lewe. – Jak mogłeś?! Przecież wiedziałeś, że to moje, podpisałam się! Moje wyliczenia były dobre! A ty się czepiałeś i blokowałeś projekt! Prawie zabrali mi finansowanie! Jesteś głupkiem, Antiga! Skończonym, bezmózgim, płazińcem! 

Timote znosił te wyzwiska z godnością. Gdy Marie straciła trochę rezon, objął ją ramieniem i mocno przyciągnął do siebie. 

– Przepraszam – szepnął, chowając twarz w jej ramieniu. – Byłem strasznym idiotą. 

Coś w niej pękło. Ostatecznie i nieodwracalnie. Cała drżała ze złości. Oddychała płytko, po jej policzkach spłynęły łzy. Zacisnęła palce na swetrze Timiego. Chciała mu przyłożyć. Chciała dalej go bić, wyzywać. Chciała, by poczuł cały żal, całą złość, całą bezsilność, którą nosiła w sobie od dwóch miesięcy. Człowiek, któremu ufała bezgranicznie, któremu była gotowa powierzyć życie, który znał wszystkie jej marzenia, wszystkie sekrety, a który postanowił po prostu z niej zakpić. 

– Jak mogłeś, jak mogłeś – łkała w jego sweter. – Jak mogłeś być aż tak głupi, jak mogłeś mi to zrobić, jak mogłeś? 

– Nie wiem, Marie, nie wiem – pokręcił tylko głową. – To było tak cholernie bezmyślne... Myślałem... w sumie to chyba nie myślałem.

Zacisnęła mocniej palce, przycisnęła policzek do jego piersi. Słyszała bicie jego serca, czuła, jak powoli gładzi jej plecy. Był tak kojąco ciepły, stały, jak nagrzany piaskowiec. Był tu z nią, był w końcu obok i choćby krzyczała, choćby okładała go pięściami, nigdzie się nie wybierał. Za długo czekał na ten dzień, by teraz odpuścić. 

Co miała zrobić? Posłać go do diabła? Wybaczyć? Udawać, że nic się nie stało? Że nie zawiódł jej zaufania, że nie okazał się małostkowym durniem. Patrzeć na niego tak samo, jak patrzyła pół roku wcześniej? 

A może wstać i wyjść. Trzasnąć drzwiami, ostatecznie paląc za sobą mosty. Bezpowrotnie kończąc coś, co przetrwało dwadzieścia lat, przeprowadzki z kraju do kraju, wojnę i siatkarski chaos. 

Nie, nie potrafiłaby tego zrobić. Nie, gdy on tu był, gdy znów ją przytulał, gdy znów mogła spojrzeć mu w oczy i rzucić głupim żartem, który rozumieli tylko we dwoje. Nie, gdy pierwszy raz od tygodni, naprawdę czuła, że może oddychać, bez tego męczącego ucisku z tyłu głowy. Timo był jej potrzebny jak rogaliki czekoladowe. Mogła bez niego żyć, ale co to za życie? 

Nie miała pojęcia, jak długo tak siedzieli. Mała lampka przy łóżku rzucała cienie na kremowe ściany, a oni po prostu trwali. Timote był cierpliwy. Nie ruszał się, nic nie mówił, tylko trwał przy niej, czekając, aż będzie gotowa, by mu wybaczyć, aż spod tej warstwy wściekłości i zawodu, znów wynurzy się jego Marie. 

– Jesteś idiotą, Timo – szepnęła w końcu. – Ale... ale nie potrafię dłużej udawać, że mogę sobie tak po prostu żyć bez twojego absurdalnego spokoju. 

– To dobrze – uśmiechnął się słabo. – Bo ja bez twojego chaosu również. 

Przełknęła ostatnie łzy. Odsunęła się odrobinę. Chwyciła dłoń Timiego w swoje i zaczęła z uwagą przyglądać się jego palcom. 

– Skąd masz te blizny? 

Timo uśmiechnął się nieznacznie. Przejechał opuszkiem palców po lśniącym oparzeniu na nadgarstku. 

– Arsene uczy mnie lutować – wyjaśnił. – Twierdzi, że dopiero jak nauczę się składać własne płytki, będę godny miana opiekuna. Ale cóż... na razie częściej lutuję siebie niż kondensatory. 

– Na urodziny dostaniesz ode mnie rękawice przeciwogniowe – oświadczyła Marie, podnosząc głowę. Tym razem w oczach Timiego nie dostrzegła strachu, a jedynie ciepło. To samo, które zawsze potrafiło sprowadzić ją na ziemię, to, za którym tak strasznie tęskniła. – To co? Znowu jesteśmy przyjaciółmi na śmierć i życie? 

Przez twarz Antigi przemknął cień uczucia, którego Marie nie rozpoznała. Zaraz uśmiechnął się jednak. Uścisnął dłoń dziewczyny, a potem znów mocno ją przytulił.  

– Tęskniłem za tobą, Marie. 

– Ja za tobą też, Timo – wzmocniła uścisk, wdychając jego zapach. Pachniał sosną i jabłkami. Tego zapachu też jej brakowało. – Nawet nie wiesz, jak bardzo za tobą tęskniłam.  

 

środa, 23 września 2026

Philippe Blain

 Zaczęło się dość niewinnie. Od maila. Szesnastego maja, dwa tysiące szóstego roku, tuż po porannej kawie, Philippe Blain usiadł przy komputerze w ośrodku szkoleniowym, otworzył skrzynkę pocztową i zmarszczył brwi. Miał wiadomość. Jedną. Z krajowej centrali IOS. Co w sumie nie byłoby dziwne. Jako pierwszy trener reprezentacji Francji zdarzało mu się dostawać takie maile. Zawierały zazwyczaj informacje o zaktualizowanych procedurach, wykaz koordynatorów turniejów, zachęty to wzięcia, w którymś z programów profilaktycznych. Zwykle przebiegał je szybko wzorkiem, a potem wrzucał głęboko do archiwum. Gdyby to było coś ważnego, zadzwoniliby, prawda? 

Tym razem jednak było inaczej. Mail zawierał tylko kilka zdań, ale Philippe musiał przeczytać je kilka razy, by zrozumieć, o co chodzi. 

 

W związku z niedyspozycyjnością z powodów prywatnych głównego opiekuna reprezentacji, International Organization of Sportsmen (oddział 3), uprzejmie informuje o przydzieleniu opiekuna zastępczego na sezon 2006. W załączniku przesyłamy informacje dotyczące przyznanego opiekuna. W razie wszelkich pytań prosimy o kontakt pod numer.... 

 

W pierwszej chwili Blain nie uwierzył w to co czyta. Niedyspozycyjność z powodów prywatnych? U nich? Może pomylili reprezentacje? Przecież rozmawiał z Zosią dosłownie dwa tygodnie wcześniej, obiecała, że specjalnie przyjedzie dwa dni przed zgrupowaniem, by sprawdzić nowy system wentylacji w ośrodku i pomóc mu z harmonogramem regeneracji.  

Tak, na pewno chodziło o inną drużynę. 

Jeszcze raz przeczytał maila. Adres był poprawny, identyfikator też. No i wiadomość była skierowana do Philippa Blaina. Czyli do niego. Do pierwszego trenera reprezentacji Francji w siatkówce. 

Wszystko się zgadzało. 

Nie zaczął wtedy panikować. Odchylił się tylko na krześle, wyciągnął z szuflady komórkę, której szczerze nie cierpiał po czym wybrał numer Zofii Krasickiej. Gdy nie odebrała, powoli odłożył telefon. Wbił wzrok w ścianę. W jego sercu pojawił się pierwszy zalążek paniki. 

Zosia zawsze odbierała. I nigdy nie brała urlopu. Nigdy.

Miał tego dnia zaplanowane dwa spotkania – jedno z działaczami francuskiego związku, drugie z nowym fizjoterapeutą, na którym mu zależało. Oba przesiedział jak na szpilkach, odpowiadał na pytania, grzecznie kiwał głową, chyba nawet wynegocjował lepsze bilety lotnicze na nadchodzące mistrzostwa świata. Jednak jego myśli cały czas krążyły wokół zaufanej opiekunki i schowanego głęboko w kieszeni marynarki telefon, który milczał uparcie. 

Aż do trzeciej po południu. Gdy w małym gabinecie rozległa się melodyjka połączenia przychodzącego, Philippe prawie rzucił się na komórkę. Wyszarpał ją z kieszeni i nie patrząc na ekran, wcisnął zieloną słuchawkę. 

– Halo?

– Philippe, słuchaj, potrzebuję twojej pomocy. 

Blain zastygł w pół kroku. Po drugiej stronie nie usłyszał Zofii Krasickiej, a Stephana Antigę, kapitana reprezentacji. Odsunął telefon od ucha i zerknął na ekran. Kierunkowy z Hiszpanii. Przeklął w myślach. Obydwaj zapłacą za tą rozmowę, jak za zborze. 

– Coś się stało? – zapytał, nieudolnie próbując ukryć irytacje. 

– Zosia się stała. 

– A dokładniej? 

– Wkurza mnie. 

Trener zmarszczył brwi. To było coś nowego. Przez ostatnie pięć lat pracy nauczył się, że nie ma przyjaźni silniejszej niż ta pomiędzy Antigą a Krasicką. Ta dwójka była dosłownie nierozłączna. Znali się jeszcze z czasów wczesnej podstawówki, wiedzieli o sobie wszystko, potrafili kończyć za siebie zdania, a Philippe podejrzewał ich nawet o rozwinięcie jakiejś prymitywnej formy telepatii. 

– Rozwiń temat, proszę – usiadł ciężko na obrotowym krześle. Głęboko w jego szerokiej piersi zaczął kiełkować strach.

– Ignoruje mnie – oświadczył Stephane tonem obrażonego przedszkolaka. – Prawie nie odbiera telefonów. Od pół roku odwołuje każde spotkanie, bo niby ma dużo pracy. Nie wpadła na święta do moich rodziców, a zawsze wpadała. A jak zapytałem, kiedy przyleci na Majorkę, zaczęła strasznie kręcić, że przed sezon reprezentacyjnym nie zdąży. Ta, jasne, w zeszłym roku zdążyła! – po drugiej stronie rozległ się huk, jakby przyjmujący uderzył w coś pięścią. – Martwię się – przyznał. – Nie mogę teraz przylecieć, zaraz gramy finały, ale boję się... boję się, że stało się coś, czego nam nie mówi. – w jego głosie słychać było desperację. Zosia była jego siostrą z wyboru, a on utknął na hiszpańskiej wyspie i nie mógł nic zrobić. 

Blain zmęczonym ruchem ręki przeczesał krótkie, czarne włosy. Przed oczami stanął mu poranny mail. Niedyspozycyjność z powodów prywatnych... Choroba? Wypadek? Problem w rodzinie? Zosia miała tylko matkę, ekscentryczną panią profesor matematyki, z którą zresztą średnio się dogadywała. Jej rodziną byli Antigowie, reprezentacja Francji, a – co zaczął podejrzewać w poprzednim sezonie – również on sam. 

– Co mam zrobić? 

– Pojedź do niej, proszę – rzucił bez wahania Stephane. – Zaraz podyktuję ci adres, to nie tak daleko on Montpellier. Wiem, że o dużo proszę, ale jestem zdesperowany. 

– Pojadę – zgodził się od razu trener. – Skończyłem na dziś pracę, mam wolne całe popołudnie. 

Więcej nie musiał mówić. Antiga podyktował mu adres w sąsiednim Mireval. Philippe zgarnął z biurka mapę regionu, zarzucił na ramiona marynarkę i pognał do samochodu, ignorując pytające spojrzenia współpracowników. 

Jadąc na obwodnicą miasta na zachód, w głowie analizował możliwe scenariusze, każdy kolejny gorszy od poprzedniego. Tępe uczucie nad sercem stało się wręcz namacalne, gdy dotarło do niego, że chodzi o Zosię, o ich Zosię. O kobietę, która była przy nim, gdy stracił syna w ataku na WTC. Która nie spała przez czterdzieści osiem godzin, obdzwaniała całą kulę ziemską, byle tylko dostarczyć mu jakiekolwiek informację. Która osobiście sprowadziła szczątki Adriena do Francji, a każdego nadgorliwego dziennikarza posyłała do diabłów. 

To Zosia rozmawiała z jego żoną, gdy po raz kolejny uciekał w siatkówkę. To ona załatwiła psychologa dla Arsen'ego i szukała Antoina, gdy ten znów nie wrócił na noc do domu. To ona była przy Philippie, gdy Isabelle złożyła papiery rozwodowe. To ona pomogła mu zawalczyć o chłopców. To ona przynosiła mu kawę o pierwszej w nocy, gdy nie mógł spać na turniejach. Siedzieli potem do rana, czasami w ciszy, czasami rozmawiając o niesprawiedliwości życia. 

Zosia zawsze dla niego była. Czas, by spłacił ten dług. 

Mały kamienny domek na obrzeżach Mireval otoczony był kamiennym murem, po którym piął się winobluszcz. Philippe zaparkował na ulicy. Przez chwilę wahał się, co zrobić. Nie miał gwarancji, że kobieta jest w środku. Ale musiał spróbować, choćby dla czystego sumienia. 

Ku jego zaskoczeniu furtka była otwarta. Wąska ścieżka prowadziła na sypiący się ganek, na którym stały tylko dwie puste donice. Frontowe okna domu były szczelnie zasłonięte grubymi zasłonami, więc Blain nie mógł zajrzeć do środka. 

Ciężkim krokiem podszedł do drewnianych drzwi. Zapukał powoli. Odpowiedziała mu głucha cisza. 

Zapukał ponownie. Znów nic. 

Odwrócił się z rezygnacją i już chciał odejść, gdy ze środka dobiegł głośny huk, a potem wiązanka polskich przekleństw. 

– Zosia?! – Philippe dopadł z powrotem do drzwi. – Wiem, że tam jesteś, otwórz proszę. 

Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. W końcu jednak drzwi uchyli się nieznacznie. 

– Co tu robisz, Philippe? – Przez szparę na progu, ledwo było słychać zachrypnięty głos kobiety. 

– Przyjechałem sprawdzić, czy u ciebie wszystko w porządku – wyjaśnił szczerze trener. – Stephane dzwonił, mówił, że masz dużo pracy. Martwi się o ciebie. Ja w sumie też. 

Zosia przełknęła nerwowo ślinę. Jej urywany oddech jeszcze bardziej zaniepokoił mężczyznę. 

– Wszystko w porządku, niepotrzebnie się fatygowałeś. 

Chciała zatrzasnąć mu drzwi przed nosem, ale w ostatniej chwili włożył stopę w framugę. Ostrożnie pchnął skrzydło. Wszedł do środka, nie zważając na protesty opiekunki. 

I zamarł. Stojąca przed nim kobieta, nie przypominała Zosi Krasickiej, którą zapamiętał. Długie do pasa, czarne włosy, które zwykle wiązała w gruby warkocz, teraz były tłuste i skołtunione. Zamiast eleganckiej bluzki, miała na sobie wytarty, poplamiony dres, w bliżej nieokreślonym. 

kolorze. Co chwilę przejeżdżała językiem spierzchnięte, popękane usta. 

Ale najgorsze były jej oczy. Przekrwione, z olbrzymimi cieniami, jakby nie spała od kilku dni. Próbowała skupić rozbiegany wzrok na Philippie, ale nie potrafiła. 

– Idź sobie, Blain – wydukała, ledwo składając słowa. – Nie zapraszałam cię. 

– Zosiu... 

Zrobiła krok do przodu. Zachwiała się. Kolana się pod nią ugięły, bezwładnie opadła na podłogę. 

– Zosia! 

Philippe złapał ją w ostatnim momencie. Pochwycił bezwładne ciało w ramiona, ścisnął mocno. Czuł, że kobieta cały drży. Każdy jej oddech brzmiał, jak wołanie o pomoc, jak ostatnia, desperacka próba przeżycia. 

– Co się stało, Zosiu? – szepnął, próbując uspokajająco gładzić opiekunkę po plecach. – Mów do mnie, Zosiu, mów do mnie, proszę. 

I wtedy to usłyszał. Płacz. Ciche kwilenie dziecka. Dźwięk, który ostatni raz słyszał dobre szesnaście lat wcześniej, ale którego nigdy się nie zapomina, dobiegał zza przymkniętych drzwi do sypialni. 

Ostrożnie posadził Zosię na ziemi. Ruszył w stronę pokoju, a w jego głowie kolejne elementy układanki powoli lądowały na swoim miejscu. 

W pomieszczeniu znajdowało się tylko szerokie łóżko. Na nim, w nieudolnie zwiniętym gniazdku z koców i kołder leżało dziecko. Najwyżej kilkudniowy noworodek, w za dużych bodach z logiem miasta i wyplutym różowym smoczkiem obok. 

Philippe na drżących nogach podszedł bliżej. Gdy pochylił się nad łóżkiem, maleństwo przestało płakać. Przyglądało się trenerowi wielkimi, brązowymi oczami. 

Takimi samymi, jak oczy Zosi. 

– Cześć, bączku – wyszeptał, ostrożnie biorąc dziecko na ręce. – Co ty tu robisz? – Delikatnie przytulił noworodka do piersi. Maluch nie zaczął znów płakać, oczka zamknęły się z powrotem, a malutkie piąstki przylgnęły do koszuli trenera. 

Blain chwycił jeszcze smoczek, a potem, uważając na każdy krok, wrócił do salonu. Zosia nadal siedziała na podłodze, pustym wzrokiem wpatrując się w ścianę. Gdy ukucnął obok, nie spojrzała ani na niego, ani na dziecko. 

– Myślałam, że dam radę – powiedziała pustym głosem. – Że sobie poradzę. Byłam taka głupia. 

– Zosiu... – Philippe usiadł po turecku, nadal mocno trzymając noworodka. – Czy to twoje dziecko? 

Kobieta nie odpowiedziała od razu. Kiwała się w przód i w tył, z lekko rozchylonymi ustami, w palcach mnąc róg dresu.

– Ma na imię Marie – wydukała w końcu. – Jest... jest moja. 

Trener zmiął w ustach przekleństwo. Zamknął oczy, czując tępy ból narastający z tyłu głowy. Maleńkie ciałko dziewczynki grzało jego pierś, a on próbował poskładać myśli w sensowną całość. 

Jadąc do Miravel starał się przewidzieć każdy scenariusz, każde wyjaśnienie. Ale nic nie mogło przygotować go na to. Nawet w najśmielszych snach nie przypuszczałby, że Zosia urodziła dziecko. Malutką dziewczynkę, o brązowych oczach i ciemnych włoskach. Że wycofanie opiekunki, że dziwny mail z IOS, miały niezwykłe wytłumaczenie. Że chodziło o nowe życie. 

I że Zosia została z tym sama. 

Ze świstem wypuścił powietrze. Marie poruszyła się nieznacznie na jego piersi, ale nie zapłakała. Miał tyle pytań. Gdzie jest ojciec? Kto nim w ogóle jest? Dlaczego Zosia nikomu nie powiedziała? Dlaczego w sypialni nie stoi łóżeczko, dlaczego nigdzie nie dostrzegł zabawek, przewijaka czy kocyków dla małej? 

Ale to wszystko musiało zaczekać. Najważniejsza była teraz Zosia. 

– Kiedy ostatnio spałaś? – zapytał, starając się brzmieć jak najspokojniej.

– Ja... nie wiem... wczoraj... może... chyba – Zosia nerwowo kręciła głową, wyrzucając z siebie coraz bardziej chaotyczne słowa. – Ona płacze... cały czas płacze... a ja... ja nie wiem, co mam robić, Philippe, ja nie wiem! – schowała twarz w dłoniach, a jej ciałem wstrząsnął szloch.  

Philippe ostrożnie objął ją ramieniem, drugą ręką cały czas podtrzymując Marie. Zosia przylgnęła do niego z całej siły, jakby był ostatnią kotwicą mogącą utrzymać ją na powierzchni. 

Marie zakwiliła cicho. Blain czuł pod dłonią, jak całe ciało kobiety sztywnieje. Jak u zaszczutego zwierzęcia. Jak u żołnierza, który nie pamięta, co to spokój. 

Decyzję podjął w ułamku sekundy. 

– Masz mleko modyfikowane? 

– W kuchni...

– Nakarmię małą, a ty weźmiesz prysznic i spróbujesz zdrzemnąć się choć na chwilę, dobrze? I nie protestuj, nie możesz funkcjonować w ten sposób, robisz sobie krzywdę. 

– Ale... 

– Proszę, Zosiu – zmusił, by spojrzał mu w oczy. – Daj sobie pomóc. 

Długo nie odpowiadała, jakby nie rozumiejąc, co powiedział. W końcu jednak podniosła się z trudem. Na drżących nogach ruszyła w stronę łazienki. Nawet nie spojrzała na Blaina, czy Marie. 

Gdy zamknęły się za nią drzwi, a po salonie poniósł się szum wody, Philippe w końcu wstał z podłogi. Zgodnie z tym, co mówiła Zosia, w kuchni znalazł resztkę mleka modyfikowanego. Jedną ręką cały czas podtrzymując Marie, udało mu się jakoś przygotować całą butelkę, choć instrukcja mocno różniła się od tego, co pamiętał z czasów swoich synów. Chwilę później siedział głęboko na kanapie, a mała, oparta na jego przedramieniu, wypijała kolację. 

– Skąd ty się wzięłaś, malutka? – zapytał, głaszcząc swoim wielkim kciukiem malutką rączkę dziecka. 

To wszystko nie miało sensu. Potrafił jeszcze zrozumieć, że Zosia nie chciała mówić najbliższym o ciąży. Może bała się osądzania, pytań o ojca, czy zbędnych domysłów. Zawsze ceniła sobie prywatność, jak widać i tym razem postanowiła radzić sobie ze wszystkim sama. 

Tylko dlaczego w takim razie w domu w ogóle nie było widać obecności dziecka? Dlaczego na werandzie nie stał wózek? I dlaczego na Boga, obiecała, że przyjedzie na pierwsze zgrupowanie?! Z kim zamierzała zostawić małą?!

Wątpił, by chodziło o pieniądze. Kontrakty wojskowe Zosi były bardzo porządne, IOS też płaciło przyzwoicie. Był pewien, że opiekunka ma oszczędności pozwalające na rok, dwa spokojnego życia, nawet uwzględniając córkę. 

W takim razie, dlaczego wydawała się aż tak zagubiona? 

I wtedy jego spojrzenie padło na rozrzucone na ławie papiery. Logo francuskiej opieki społecznej, choć niewielkie, od razu rzucało się w oczy. Drżącą dłonią sięgnął po pierwszą kartkę. Pospiesznie przebiegł wzrokiem po kolejnych linijkach tekstu. Zrzeczenie się praw... Sześć tygodni na zmianę decyzji... 

To były papiery adopcyjne. Częściowo wypełnione. Z danymi Marie. 

– Oh, Zosiu... 

Zrozumiał od razu. Wszystko poukładało się w jedną całość. Zofia naprawdę planowała przyjechać na zgrupowanie. Ale bez dziecka. Bez bagażu. Udając, że nic się nie stało. 

– Nie potrafię ich podpisać. 

Podniósł gwałtownie głowę. W drzwiach do łazienki stała Zosia. W czystych dresach i włosami owiniętymi ręcznikiem, wyglądała zdecydowanie lepiej, ale w jej oczach nadal widać było całkowitą bezradność. 

– Próbowałam już w szpitalu – kontynuowała drżącym głosem. – Ale gdy położyli mi ją na piersi... Ona jest moja, Philippe. Tylko moja.

Nie wiedział, co powiedzieć. Machnął więc tylko ręką i zachęcająco poklepał miejsce obok siebie. Kobieta podeszła niepewnie. Gdy usiadła obok, Blain przyciągnął ją mocno. Wydała mu się taka drobna. Schowała twarz w jego ramieniu, a z jej piersi wyrwał się krótki szloch. 

– Nie wiem, co robić, nie mam pojęcia, nie wiem – powtarzała przez łzy. 

Philippe zacisnął usta. Jego myśli szalały, trybiki w głowie pracowały na najwyższych obrotach. Nie mógł tego tak po prostu zostawić, wstać i wyjść, wiedząc, że Zosia jest na skraju przepaści, że jeszcze chwila i rzeczywistość po prostu ją zniszczy. Nie, gdy ta mała istotka w za dużych bodach patrzyła na niego wielkimi oczami z pewnością, którą dzieci obdarzają tylko najbliższych opiekunów. 

Musiał zostać. Mógł zostać. Miał czterdzieści sześć lat, prawie dorosłych synów, którzy i tak traktowali go jak wroga. Miał wielki, pusty dom, do którego starał się nie wracać i życie toczące się tylko od turnieju do turnieju. Żadnych większych zobowiązań, żadnych ram, które trzymałyby go na bezpieczny dystans. 

Mógł spłacić zaciągnięty u Zosi dług. 

– Nie podpiszesz tych papierów – powiedział pewnie. –  Pomogę ci. Ale muszę wiedzieć dwie rzeczy – odsunął kobietę na długość ramienia, by móc spojrzeć jej w oczy. 

Zosia przełknęła ślinę i nerwowo pokiwała głową, gotowa odpowiedzieć na wszystkie pytania. 

– Czy ktoś cię skrzywdził? 

Przez ułamek sekundy w oczach Krasickiej panowała kompletna pustka. Gdy jednak przyszło zrozumienie, pobladła gwałtownie, a z jej ust wydobył się cichy świst. 

– Nie, nie! – zaprzeczyła stanowczo. – Ja… 

– Nie musisz się tłumaczyć – Philippe uniósł rękę, przerywając jej w pół słowa. – Druga sprawa – czy ojcem jest któryś z chłopców z reprezentacji? 

To musiał wiedzieć. Jako trener i jako przyjaciel. Gdyby odpowiedź była twierdząca, wszystko by się pokomplikowało. 

Tym razem jednak Zosia odetchnęła z ulgą. 

– Nie, to żaden z nich – powiedziała pewnie. – To… to człowiek, którego poznałam jakiś czas temu. Nie wie o Marie i nie chcę, by się dowiedział.

Blain przytaknął ze zrozumieniem. Śpiąca na jego przedramieniu dziewczynka poruszyła się nieznacznie. Delikatnie przesunął pogłaskał palcem jej główkę. Ciemne włoski były mięciutkie jak puch, a długie rzęsy opadały na zaróżowione policzki. 

– Idź spać – zwrócił się z powrotem do Zosi. – Wyśpij się porządnie, a potem porozmawiamy. Zofia uśmiechnęła się słabo. 

– Dziękuję – szepnęła jeszcze, a potem dźwignęła się z kanapy i nie mówiąc już ani słowa, zniknęła w sypialni. 

Philippe został sam. Marie spała dalej, jej ciepłe ciałko grzało go w szeroką pierś. Patrzył na jej malutkie piąstki, na zamknięte oczka, na nosek niewiele większy od jego paznokcia. Była cudowna. Była idealna. Była dokładnie tym, czego świat teraz potrzebował. 

– Będę cię chronił, bączku – wyszeptał z miękkością, której sam się po sobie nie spodziewał. – Teraz i zawsze. Bo jesteś moja. Obie jesteście. 

wtorek, 22 września 2026

12. Atak kanadyjskiego jednorożca

 Kolejne kilka dni wymagała od Marie niezmożonych pokładów samozaparcia. Przede wszystkim Timote był wszędzie. W hotelu. Na siłowni. Na hali treningowej. Biegał wokół francuskich siatkarzy, nosił za Blainem sterty elektroniki (na cholerę im trzy tablety? Marie z Grzesiem mieli po jednym i doskonale sobie radzili), i do tego jeszcze nieznośnie idealnie wypełniał wszystkie dokumenty. Gdy pierwszy raz zobaczyły tabelki po meczu z Bługarią, wypełnione równiutkim kształtnym pismem, prawie szlag ją trafił. Szczególnie, że obok leżały jej własne, z których sama ledwo potrafiła się odczytać. 

A najgorsze, że Timo wydawał sobie wziąć do serca, trzymanie się od niej z daleka. Gdyby był wredną mendą, to mogłaby mu przynajmniej nawrzucać. Ale nie, on postanowił zachowywać się w stu procentach profesjonalnie. Każdego ranka witał ją grzecznie na śniadaniu i przepuszczał w kolejce do rogalików. Na zebraniach opiekunów odpowiadał na wszystkie pytania, dostarczał niezbędne papiery, a raz nawet przyniósł jej do pokoju protokoły odbioru hali, których zapomniała z wieczornego zebrania. Nie powiedział wtedy ani słowa, wcisnął dokumenty pod drzwi i po prostu sobie poszedł. 

Marie myślała, że go rozszarpie. Na strzępy. Na malutkie kawałeczki. A potem zakopie gdzieś pod nowiutką autostradą. W Stanach cały czas powstają nowe autostrady.  

Niestety mogła jedynie zacisnąć zęby i wysoko unieść głowę. W końcu w ogóle jej to nie ruszało prawda?

Przynajmniej chłopcy nie zawodzili, od początku dbając, by czuła się potrzebna. Poziom wydarzeń dziwnych tudzież podejrzanych utrzymywał się na stałym, przyzwoitym poziomie, zapewniając IOS uzasadnienie dla zatrudniania opiekunów

Weźmy na przykład dzień meczu z Brazylią. Marie jak zwykle zeszła na śniadanie jako jedna z pierwszych. Upewniła się, że w ekspresie jest zapas kawy, zaopatrzyła się w odpowiednią dawkę węglowodanów w postaci rogalików z czekoladą i wcisnęła za stolik pod oknem. Timiego jeszcze nie było, Grzesia jeszcze nie było, jedynie Flora Naval, opiekunka Amerykanów, dosypiała przy stole w kącie nad miską z tęczowymi płatkami. 

Cisza. Spokój. Idealny, tak wytęskniony spokój. 

Marie westchnęła błogo, upijając łyk z wielgachnego kubka z kawą. Odgryzła kawałek rogalika. Był skandalicznie słodki i lepki, sam cukier z cukrem, ale tego właśnie potrzebowała. Na zdrowe odżywianie mogli sobie pozwolić zwykli ludzie, a nie opiekunki do dwumetrowych przedszkolaków. 

Podniosła w końcu wzrok znad talerza i zmarszczyła brwi. W progu jadalni stał Kuba Nowak. Młody środkowy przestępował z nogi na nogę, nerwowo rozglądając się po pomieszczeniu. Gdy jego spojrzenie skrzyżowało się ze spojrzeniem Marie, bardzo głośno i bardzo znacząco przełknął ślinę. 

Marie znała to przełykanie śliny. Jeszcze nigdy nie wróżyło nic dobrego. 

Uniosła pytająco brew. Kuba odwrócił wzrok. Uniosła dwie brwi. Środkowy tylko wzruszył ramionami. Skrzyżowała ręce na piersi. Kuba uśmiechnął się przepraszająco. Westchnęła głęboko po czym ze zrezygnowaniem machnęła ręką. 

Nowak rzucił się do przodu, jakby go sam diabeł gonił. Wsunął się na kanapę naprzeciwko Marie i pochylił się nad stołem. 

– Mam problem – wyszeptał konspiracyjnie. 

– Tego to się domyśliłam. 

– Z Maksem mam problem. 

– A to coś nowego – dziewczyna położyła łokcie na stole i oparła głowę na splecionych dłoniach. – Czyżby nawet wasz dziecięcy pakt miał termin ważności? 

– Co…? Nie, nie! – Kuba stanowczo pokręcił głową. – Ja kocham jego, on kocha mnie, wszyscy się tutaj kochamy… 

– Emilka o tym wie? 

– Tylko możliwe, że znalazł się w odrobinę krępującej sytuacji – uśmiechnął się przepraszająco. 

Marie bardzo nie chciała wiedzieć więcej. Naprawdę. Gdyby mogła, kazałaby Nowakowi iść sobie w cholerę, są w końcu dorośli, niech sami wyciągają się z kłopotów. Problem polegał w tym, że dosłownie dostawała pieniądze za ratowanie ich cennych, siatkarskich tyłków. I całkiem to lubiła (choć nie przyznawała się do tego głośno). 

– Prowadź w takim razie – westchnęła, zgarniając z talerza ostatniego rogalika na drogę. – Ale jeśli pojawi się zagrożenie mojego zdrowia psychicznego, to idę po Grzesia. 

Kuba wyszczerzył się triumfalnie. Odsunął krzesło i obijając się o sąsiednie stoły, pognał w stronę wind. 

Zaprowadził Marie do pokoju, który dzielił z Maksem. Pomimo słonecznego poranka w środku panował półmrok. Grube zasłony zaciągnięto starannie, a jedynym źródłem światła była jasna poświata sącząca się spod drzwi do łazienki.

– Tylko się nie wystrasz – ostrzegł ją lojalnie Kuba.

Dziewczyna uniosła pytająco brew, ale nic nie powiedziała. Pchnęła do drzwi do łazienki, w duchu przygotowując się na wszystko. Załamanie nerwowe? Poradzi sobie. Krwawa jatka piłą łańcuchową? Luzik. Apokalipsa różową farbą do włosów? Miała na to procedurę w podręczniku. 

Tego, co zobaczyła nie mogła przewidzieć żadna procedura. 

Maks Granieczny siedział skulony pod prysznicem w samej pidżamie. Materiał kleił się do jego pleców, podobnie jak włosy, które wyglądały jak pokryte jakąś gęstą mazią. 

A do tego cały był w cekinach. Tęczowych, błyszczących cekinach, które przykleiły mu się do koszulki, do nagiej skóry i do włosów. Odbijały ostre, łazienkowe światło, co sprawiało, że polski libero wyglądał jak ludzkich rozmiarów kula dyskotekowa. 

Marie gapiła się na niego przez kilka bardzo długich sekund. Jej mózg próbował przetworzyć to co widzi, ale za każdym razem wyrzucał błąd. Zwarcie systemu. Przegrzanie obwodów. 

Ostatecznie po prostu zgięła się w pół i wybuchła śmiechem.

– Ja pierniczę… Tego się nie spodziewałam! – rechotała, trzymając się za brzuch. – Maksiu, muszę przyznać, przeszedłeś samego siebie!

– Bardzo śmieszne – burknął Granieczny. – Dziękuję za okazane współczucie! 

– Oj, przepraszam no – Marie przykucnęła przed nim, nieudolnie próbując opanować kolejny wybuch śmiechu. – Po prostu… to bardzo oryginalna stylówka, myślę, że możesz dyktować nowe trendy w modzie. Mam nadzieję, że zrobiłeś zdjęcie – szepnęła do Kuby, a gdy ten przytaknął szybko, zwróciła się z powrotem do Maksa. – To teraz na spokojnie opowiedz mi, co tu się wydarzyło? 

– Przeżyłem prawdziwą chwilę grozy! – Maks westchnął dramatycznie. – Zaatakował mnie syrop klonowy! 

– Syrop klonowy? – Marie zamrugała szybko, nie dowierzając w to co słyszy. – Jak mógł cię zaatakować syrop klonowy? 

– No normalnie – prychnął. – Był bardzo zacięty i bardzo mściwy! 

– Maks zostawił niedokręconą butelkę na półce – wyjaśnił za kolegę Kuba. – Na tej nad łóżkiem. Wymsknęła mu się z rąk, gdy chciał ją ściągnąć. 

– Okeeej, ma to sens. – Krasicka powoli pokiwała głową. – Ale skąd cekiny? 

Siatkarze wymienili znaczące spojrzenia. Maks znów westchnął. Do wizerunku księżniczki Disney’a brakowało mu tylko bufiastej sukienki. 

– To z mojego podręcznego zestawu hafciarskiego – przyznał w końcu Kuba. 

– Haftujesz? 

– Jestem człowiekiem wielu talentów. 

– A w to akurat nie wątpię – mruknęła pod nosem Marie. – Czy chcę dokładnie wiedzieć, jak te cekiny znalazły się na Maksie? – dodała już głośniej. 

Chłopcy synchronicznie pokręcili głowami. Dziewczyna potarła palcami skronie. Wstała powoli, jednocześnie uważnie przyglądając się Maksowi. Jej mózg znów zaczął działać na podwyższonych obrotach. 

– Rozumiem, że nie udało wam się tego po prostu zmyć? – zapytała, ostrożnie sięgając po jeden z cekinów, który zaplątał się we włosy Maksa. 

– Próbowaliśmy. Nie chcemy też zatkać odpływu. 

Marie w zamyśleniu podrapała się po policzku. Cekinów było zbyt dużo, by każdy zdejmować pojedynczo. Użyć papieru ściernego? Maks mógłby nie wyjść z tego w jednym kawałku. To może ręczników papierowych? Nieee, też się przyklei i będą mieli siatkarską, cekinową mumię. Woda nadal pozostawała najlepszą opcją. Może z dodatkiem płynu do naczyń, ten mogła załatwić z kuchni. Tylko co z tymi cekinami…? 

– Potrzebujecie pomocy? 

Marie podskoczyła wystraszona. Odwróciła się na pięcie i zmięła w ustach przekleństwo. Oczywiście, że w progu stał Timote Antiga. I oczywiście, że trzymał w ręku dwie rolki do ubrań, które idealnie będą nadawać się do ściągania cekinów. 

– Radzimy sobie – syknęła przez zaciśnięte zęby. 

– Na pewno? Nie wygląda to najlepiej – Timo dalej drążył. Jego twarz wydawała się okazywać czystą, anielską troskę. O nie, nie z Marie takie numery. Ona nie da się nabrać! Nie i koniec! 

– Może będę mógł pomóc. Co dwie głowy to nie jedna, prawda?

Przygryzła wargę. Wizja potraktowania Maksa jak leniącego się kota wydawała się coraz bardziej kusząca. Przede wszystkim dlatego, że była rozsądna. Całkiem przemyślana. Możliwe, że nawet efektowna. 

Czyli dokładnie taka, jakiej spodziewała się po Timotim. 

– No jasne! – zanim zdążyła zareagować, Maks prawie wypruł spod prysznica i padł Antidze w objęcia. Dobrze, że zatrzymał go Kuba. Jeszcze by się skleili ze sobą, cholera wie, jaką siłę adhezji ma amerykański syrop klonowy.  – Tu trzeba kooperacje zastosować! Międzynarodową burzę mózgów wdrożyć! Prawda, Marie, prawda?

– Ty się Granieczny nie odzywaj, bo zastosujemy metody pierwotne – pogroziła mu palcem opiekunka. – Będziesz stał przed hotelem w samych majtkach i cię szlaufem potraktujemy. A jak będzie trzeba, to i bez gaci. 

– Czy uprawnienia opiekunów obejmują oglądanie swoich podopiecznych jak ich Pan Bóg stworzył? – głośno zastanawiał się Timo. 

Marie wytrzeszczyła oczy. 

– Dżiiiz, mam nadzieję, że nie! 

– Aż tak przeraża cię ta wizja? 

– Mnie to tam wisi – machnęła lekceważąco ręką. – Ale moja matka była opiekunką. Przez dziesięć lat. W drużynie, w której grał twój ojciec. 

Czyste przerażenie przemknęło przez twarz chłopaka. 

– Nie chcę o tym myśleć. 

– Ja też nie. 

– Nie wspominajmy o tym nigdy więcej. 

– Nigdy. 

Zgodnie kiwnęli głowami, a potem jednocześnie obrócili się do Maksa, który nadal kulił się pod prysznicem, wyglądając jak ofiara ataku kanadyjskiego jednorożca. Kuba kucał obok i pokrzepiająco trzymał kolegę za lewe przedramię. A raczej udawał, że trzyma, bo ręka zawisła mu tuż nad klejącą się od syropu skórą. 

– Nie jestem pewna czy te taśmy to dobre rozwiązanie… A jeśli jeszcze bardziej się przykleją? 

– Oh, daj spokój, Marie – Środkowy zrobił słodkie oczy. – Zresztą, czy masz lepszy pomysł? 

Dziewczyna fuknęła wściekle. Nie miała. Wyrwała Timiemu rolkę i odwróciła się do Maksa, który nagle wydawał się dziwnie ukontentowany swoim położeniem. Bez zająknięcia dał sobie pomóc zdjąć oblepioną syropem koszulkę, a potem siedział grzecznie bez ruchu, gdy opiekunowie starannie zdejmowali z niego kolejne cekiny. 

Przez cały ten czas Marie starała się nie patrzeć na Timotiego. Skupiała wzrok na taśmie rolki, na Maksie, nawet na drobnych bliznach na palcach Antigii, ale żadne skarby nie patrzyła mu w twarz.  Żeby sobie przypadkiem nie pomyślał, że teraz będą współpracować, czy coś! Za żadne skarby. 

– Na włosy masz jakiś pomysł? – zapytała, gdy skończyli pierwszą część. Wokół nich walały się oderwane kawałki taśmy, Maks nadal siedział pod prysznicem, ale przynajmniej świecił się już tylko troszeczkę. 

– Pęseta? 

– A masz jakąś? 

– A mam. 

Oczywiście, że miał. Z kieszeni wyjął nawet trzy i to w różnych rozmiarach. Marie zazgrzytała zębami. Zawsze przygotowany na wszystko. Żeby nie było, też miała pęsetę. Ale u siebie w pokoju. W podręcznym zestawie ratunkowym opiekuna. No i jej była zwykła, do wyciągania drzazg lub kleszczy, a nie taka jakaś cienka i dziwnie pozaginana. 

– To do kondensatorów – wyjaśnił Timote, widząc jej zaskoczone spojrzenie. 

– Kondensatorów? 

– Później wyjaśnię. 

– Chyba nie chcę wiedzieć. 

Chłopak tylko wzruszył ramionami. Zaczął precyzyjnie wyciągać cekiny z włosów Graniecznego, a Marie nie miała wyjścia, musiała do niego dołączyć. 

Odrobinę niepokoił ją fakt, że przez cały ten czas Maks nie pisnął nawet słowem. Kuba zresztą też. Środkowy usiadł na zamkniętej toalecie i w skupieniu przyglądał się działaniom opiekunów. Jedynie co pewien czas znacząco spoglądał na kolegę z boiska. Libero odpowiadał równie znaczącym spojrzeniem. 

Co oni knuli…? 

– Dobra, chyba wszystkie – Po dziesięciu minutach Marie z ulgą odłożyła pęsetę. – Umyć już chyba umiesz sam, czy z tym też masz dwie lewe rączki? 

– Raczej sobie poradzę. 

– Doskonale i tak bym ci nie pomogła. Tylko tempo, bo nie zamierzam się z tego tłumaczyć Nikoli.  

Chciała wstać, ale powstrzymał ją Timote. 

– Jeden ci zaplątał…  – Zanim zdążyła zareagować, pochylił się w jej stronę. Jego palce znalazły się przy jej uchu. Delikatnie wyplątał zagubiony cekin z kosmyka włosów, który wyślizgnął z jednego z warkoczyków. 

Zamarła. Timo zastygł w kucki, z cekinem w dłoni, z palcami zaledwie kilka centymetrów od jej twarzy. Jego spojrzenie było spokojne, niewzruszone, dokładnie takie, jakie zapamiętała z wspólnych sesji nauki czy długich nocy jeszcze w Rzeszowie, które spędzali włócząc się po śpiącym mieście. 

Jednak gdzieś na dnie jego niebieskich oczu dostrzegła coś dziwnego.  Nieznany błysk. Tęsknotę? Wyrzut sumienia? 

Zanim zdążyła zastanowić się nad tym uczuciem, do rzeczywistości przywrócili ją oczywiście siatkarze. Sztuk dwa. Tak, jakby zapomniała jaki ma cel w życiu. 

– To my się przygotujemy na śniadanie – stwierdził nagle Maks, a Kuba przytaknął mu pospiesznie. – A wy sobie idźcie, spokoju potrzebujemy. – Prawie wypchali opiekunów za próg. Gdy drzwi zamknęły się za nimi z hukiem, Timo i Marie zostali na korytarzu sami. 

– To ten... dzięki za pomoc – Marie nerwowo przestąpiła z nogi na nogę, ze wszystkich sił starając się nie patrzeć na chłopaka. 

– Nie ma sprawy – wzruszył ramionami Antiga. 

Zapadła niezręczna cisza. Napięcie między nimi można byłoby kroić nożem, a nawet piłą łańcuchową. Marie czuła na sobie wzrok przyjaciela, ale uparcie to ignorowała. Konsekwentnie udawała, że jest wyjątkowo zainteresowana pstrokatą, niebiesko–różową wykładziną, która odstawała przy ścianie. 

– Mam coś dla ciebie – powiedział nagle Timo. 

– Dla mnie? 

– Yhm – sięgnął do kieszeni spodni i wyciągnął dwa małe, niebieskie opakowania. – Wiem, że po tych słodyczach podobno świeci się w ciemności... ale od czasu do czasu można, prawda? – uśmiechnął się ciepło. 

Marie otworzyła szeroko oczy. Na dłoni Timotiego leżały bowiem pop–tartsy, jeden czekoladowy, drugi z tęczową posypką. Słynne amerykańskie słodkości, jedne z nielicznych, na których zakup nigdy nie mogła namówić rodziców, a teraz, gdy teoretycznie była już dorosła, miała jakieś opory przed kupowaniem. 

– Wiesz, że tu jest cała tablica Mendelejewa? – zapytała, ostrożnie biorąc pierwszą paczkę. – Może mi wyrosnąć trzecia ręka. Albo druga głowa. 

– Nie wiem czy polska reprezentacja wytrzyma dwie gadające Marie. 

Parsknęła mimowolnie śmiechem. Zaraz jednak spoważniała. Sięgnęła po drugiego batona i przez chwilę ważyła oba w dłoniach. Nieudolnie próbowała opanować mętlik w głowie. Chciała powiedzieć coś mądrego. Naprawdę. Patrzyła na stojącego przed nią Timiego, na jego nieśmiały uśmiech i wyczekujące oczy, a mur, który budowała wokół siebie od przyjazdu do Stanów powolutku zaczynał się kruszyć. 

– Timo.. 

– Tak? 

– Ja...

– Popular! You’re gonna be popular!

Piskliwy wokal Ariany Grande poniósł się po korytarzu. Marie odskoczyła jak przerażona. Przeklęła pod nosem, niezgrabnie wygrzebując z kieszeni komórkę. Na ekranie zamigotało zdjęcie Nika. 

– Przepraszam, muszę odebrać – mruknęła do Antigii. – Dzięki wielkie za tarty! – rzuciła jeszcze, odbiegając w stronę swojego pokoju. Zatrzaskując za sobą drzwi, nie mogła widzieć zrezygnowanego wzroku Timotiego. 

Róża na szczęście poszła już na śniadanie, więc pokój był pusty. Marie odebrała połączenie, włączyła głośnomówiący i z przeciągłym jękiem padła na łóżko. 

– Cierpisz? – padło z telefonu. 

– Nawet nie wiesz jak bardzo! – kopnęła nogą w powietrzu. – Oni mnie wykończą, Nik! Zamordują! Doprowadzą na skraj wytrzymałości! 

– Co tym razem zrobili? 

– Bawili się w małych artystów. 

– Że co proszę? 

Opowiedziała Nikowi o przygodzie Maksa z syropem klonowym i cekinami. Gestykulowała przy tym zawzięcie, wyrzucała ręce w górę i urywała zdania, a słoweński atakujący za każdym razem parskał śmiechem. Nie włączył kamerki, nie mogła widzieć jego twarzy, ale była pewna, że co chwile przewraca oczami. Mięśnie w oczodołach sobie naciągnie, jak tak dalej pójdzie!

– Wy naprawdę jesteście drużyną specjalnej troski – stwierdził, gdy Marie w końcu skończyła opowiadać. – Powinniście z Grzesiem dostawać dodatek za pracę w trudnych warunkach. 

– I urlop na podratowanie zdrowia – parsknęła. – Najlepiej w jakimś Kurakao albo innym Zielonym Przylądku. Gdzieś, gdzie nie ma siatkówki! Ale dość o moich dzieciach – odwróciła się na brzuch i oparła głowę na rękach. – Jak sytuacja w Belgradzie? 

Po drugiej stronie na moment zapadła cisza. Przez ułamek sekundy Marie myślała nawet, że zerwało połączenie. Zerknęła na ekran i w tym samym momencie Nik westchnął głęboko. 

– Jest... dobrze. Tak, jest dobrze.

Marie poruszyła się nerwowo na łóżku. Coś w jego głosie jej nie pasowało. Wiedziała, że może być zestresowany nadchodzącym meczem, Iran niby nie był w tym sezonie silny, ale Słowenia miała szanse przyklepać sobie tym meczem awans do turnieju finałowego. Nik był podstawowym graczem, trener Soli wypuszczał go w pierwszej szóstce w każdym meczu. Marie podejrzewała, że taka odpowiedzialność mogła przytłoczyć nawet genialnego Mujanovicia. 

– Stresujesz się meczem? 

– Trochę – przyznał jakby niechętnie. – Tak niewiele brakuje do awansu... Głupio byłoby wypuścić to teraz z rąk. 

Marie zacisnęła zęby. Wiedziała, jak przewrotna bywała siatkówka, znała też dotychczasowe sukcesy reprezentacji Słowenii. Trzy srebrne medale Mistrzostw Europy, ostatni sprzed pięciu lat, były z jednej strony obietnicą sukcesów, a z drugiej przekleństwem. Słowenia zawsze podgryzała najlepszych. Polskę, Włochów, Brazylijczyków. Zawsze gdzieś z przodu, w ćwierćfinałach, półfinałach, ale nigdy na najwyższym stopniu podium. Po pięciu latach wszyscy mieli apetyt na medal. Pierwszy w Lidze Narodów. Pierwszy w jakichkolwiek rozgrywkach interkontynentalnych. 

– Poradzisz sobie – dziewczyna wyszczerzyła się do telefonu. – Jesteś objawieniem sezonu, jak słucham dziennikarzy, to tylko Mujanović to, Mujanović tamto, zaraz mi z lodówki wyskoczysz! 

– Skoro tak mówisz... 

Usiadła gwałtownie. Zmrużyła oczy, czując dziwny ucisk w klatce piersiowej. Gdzieś między wątrobą, a woreczkiem żółciowym. To nie brzmiało jak jej Nik. Jej Nik parsknąłby śmiechem i zupełnie poważnie stwierdził, że jest świadomy swojej genialności. A potem zacytowałby kolejną sztampową piosenkę country, którymi zadręczał dziewczynę. 

– Pierdolisz, Mujanović – odruchowo weszła w tryb opiekunki. – Mów, co ci leży na tym włochatym serduszku?

Nik długo nie odpowiadał. Gdy jednak w końcu się odezwał, w jego głosie słychać było napięcie, jakby każde słowo dobierał z ostrożnością sapera. 

– Twój przyjazd do Słowenii nadal aktualny, prawda? 

– Jak najbardziej – odparła zbita z tropu Marie. – Już nawet dogadałam się z tatą, że pożyczy mi samochód. I mama mi nocleg w Czechach zaklepała, co bym dwanaście godzin za kierownicą nie siedziała. Średnio jej się podoba, że jadę sama, ponarzekała trochę, jak to on, w sumie to mogłabym… Ej, ale to nie jest odpowiedź na moje pytanie! 

Atakujący odetchnął głęboko. Po jego stronie rozległ się szelest materiału, pościeli albo poprawianej koszulki treningowej. 

– Trochę dziwnie się czuję z tym wszystkim – przyznał w końcu. – Odległością, czasem. Że pierwszy i jak na razie ostatni raz widzieliśmy się w Chinach. 

– Czy ty tęsknisz, Nik? 

– Odrobinę. 

Marie rozpłynęła się w środku. Dosłownie. Wbiła twarz w poduszkę, próbując stłumić pisk rozczulenia. Ciepełko, które owijało się wokół jej serduszka za każdym razem, gdy rozmawiała z siatkarzem, teraz zaczęło powoli rozchodzić się po całym ciele. 

– Jesteś nieznośnie uroczy, Mujanović – sapnęła, nadal przytulona do poduszki. – Jeszcze powiedz, że bywasz zazdrosny. 

Cisza po drugiej stronie była bardzo wymowna. 

– Oj, Nikuś… 

– Nie nazywaj mnie, Nikuś – prychnął. W jego głosie znów było słychać buńczuczną nutę. – Tylu przystojnych siatkarzy się wokół kręci, mogę odczuwać lekki niepokój, prawda? 

– Sam jesteś jednym z nich, zapomniałeś? 

– Przystojnym siatkarzem? 

– I to jak cholera – Marie zarumieniła się mimowolnie. W duchu podziękowała sobie, że nie włączyła kamerki. Usiadła po turecku i przytuliła poduszkę do siebie.  

– Dobrze, że w tej kwestii się zgadzamy – parsknął Nik. – Muszę już kończyć, zaraz jedziemy na halę. 

– W takim razie powodzenia, Nik. 

– Powodzenia Marie. Nie daj się zamęczyć tej bandzie przedszkolaków. 

Gdy telefon zamilkł, opadła z powrotem na łóżko. Podłożyła ręce pod głowę, a wzrok wbiła w sufit. Uczucie gniecenia nie minęło. W myślach w kółko odtwarzała rozmowę z Nikiem. 

Tęsknił za nią, ten głupek naprawdę za nią tęsknił. Choć łącznie spędzili razem może kilkanaście godzin na żywo, choć ich kontakt ograniczał się wymieniania miliona wiadomości, memów i głupich filmików, które tłumaczyli sobie nawzajem. 

Przymknęła oczy, próbując przypomnieć sobie, jak wyglądał, gdy widzieli się po raz ostatni. To musiało być w Linyi, w hotelowym holu. Reprezentacja Polski zbierała się na lot do Pekinu, Słoweńcy odlatywali dopiero po południu. Nik zszedł jednak na dół, by się z nią pożegnać. Miał na sobie starą, jasno zieloną koszulkę reprezentacji Słowenii juniorów, siatkarskie skarpety i klapki, które klekotały przy każdym kroku. Musiał dopiero wyjść spod prysznica, bo mokre włosy kleiły mu się do twarzy i co chwilę odgarniał je za ucho. 

– Liczę, że spotkamy się w finałach – powiedział wtedy, uśmiechając się podstępnie. – Chiny chyba są dla nas szczęśliwe. 

– Tak uważasz? – zaczepnie przekrzywiła głowę. Autokar zaraz miał odjechać, a oni stali za filarem, niewidoczni dla reszty świata, ukryci przed ciekawskimi spojrzeniami, przed cichymi plotkami. 

– Jestem tego pewien. – Przyciągnął ją do siebie i pocałował ostrożnie, jakby bojąc się jak zareaguje. 

Kolana się pod nią ugięły, a motyle w brzuchu zatrzepotały radośnie. Oparła dłoń na jego piersi, nieznacznie pogłębiając pocałunek. Nik pachniał zwykłym mydłem i kiepską kawą, którą podawali przy śniadaniu. 

– Myślę, że muszę lepiej motywować chłopców by walczyli o finał – stwierdziła, gdy w końcu odsunęli się od siebie. 

Atakujący roześmiał się głośno i po raz ostatni zamknął dziewczynę w szczelnym uścisku.  

Dobry miesiąc później, leżąc na łóżku w amerykańskim hotelu, Marie próbowała sobie przypomnieć, jak smakował tamten pocałunek. Była w stanie przywołać jedynie cień uczucia, cień tamtych motyli. Czy to za tym tęsknił Nik?

I – co ważniejsze – czy to za tym sama tęskniła?