Polska reprezentacja szła przez trzeci turniej Ligi Narodów z lekkością i pewnością, którą ciężko podrobić. Do zera ograli Bułgarię i Brazylię, zapewniając sobie miejsce w turnieju finałowym w Chinach. Zawodnicy napędzali się każdym zdobytym punktem, Nikola Grbić z uznaniem kiwał głową, a dziennikarze i kibice w kraju rozpływali się nad swoimi ulubionymi orzełkami. Kuba Popiwczak szalał w obronie, Bartek Lemański posyłał zaprzeczające prawom fizyki serwy, a Wilfredo Leon był po prostu Wilfredo Leonem. Atmosfera była doskonała, szczególnie, że na horyzoncie coraz wyraźniej majaczył kolejny medal. Kto wie, może nawet złoty?
Wygrane napędzały też do działania sztab. Fizjoterapeuci, statystycy, wszyscy byli gotowi zrobić, co się tylko da by spełnić kolejne marzenia. A każda kolejna godzina tylko utwierdzała Marie w przekonaniu, że chce być częścią tego szaleństwa. Że chce pojechać z chłopakami na mistrzostwa Europy, na mistrzostwa Świata, na igrzyska olimpijskie. Że chce wrócić za rok do Spały.
Gdy zawodnicy walczyli na boisku, opiekunowie toczyli walkę z amerykańskim podejściem do norm. I zaleceń. Tak, potrzebujemy certyfikatów ekologicznych warzyw w hotelu. Tak, te światła nie mogą być takie chłodne. Tak, w autokarach muszą być pasy bezpieczeństwa. I nie, ta gaśnica nie może być produkowana przez jakiś podejrzany startup z Kalifornii, z milionem wyświetleń na TikToku.
Marie czuła się w tym jak ryba w wodzie. Kłóciła się z organizatorami turnieju po angielsku, podsuwała im pod nos kolejne przepisy, chłodno tłumaczyła światowe standardy, a Grzesiu stał z boku i kiwał z uznaniem głową.
I tylko Timo był tu jak drzazga w serduszku.
Niespełna dwadzieścia cztery godziny po meczu z Brazylią, Polska miała zmierzyć się z Francją. Trójkolorowi przeszli w tym sezonie kompletną przebudowę. Trener Giani pościągał wielu młodych zawodników, a w składzie brakowało takich gwiazd jak N'Gapeth, Grebenikov czy Kevin Tillie (choć Marie uważała, że to już raczej klub emeryckich gwiazdorów). Przegrali kilka kluczowych meczów i nie mieli już nawet matematycznej szansy na awans. Grali więc co najwyżej o honor i by pokazać się przed mistrzostwami Europy. Polacy za to chcieli po prostu wygrać. Nabić kolejne punkty w tabeli i udowodnić światu, że nie bez powodu są pierwsi w światowym rankingu.
Oczywiście Marie miała też swoją cichą motywację. Ciężko jej było przyznać się do tego nawet przed samą sobą, ale chciała by jej chłopcy pokonali chłopców Timotiego. Małostkowe? Możliwe. Szczere? Jak najbardziej.
Problem w tym, że polscy siatkarze mieli inne zdanie na ten temat.
– No zaraz mnie szlag trafi! – Marie nerwowo podskoczyła na krześle, gdy Francuzi po raz kolejny zablokowali atak Sasaka. – Co oni się uparli na to prawe skrzydło, nawet ja bym na ślepo teraz do bloku skakała!
Siedząca obok Róża prychnęła kpiąco, a Grzesiu tylko uśmiechnął się z pobłażaniem.
– Marysiu, przecież ty byś nawet do górnej taśmy nie doskoczyła.
– Ej! – szturchnęła opiekuna łokciem. – Aż tak niska nie jestem! W sumie to w ogóle niska nie jestem! Statystycznie to nawet wysoka! I nawet grałam kiedyś!
– Tak? – Mężczyzna uniósł brew. Nie musiał nic więcej mówić, a Marie i tak zmieszała się nieznacznie. – Kiedy ostatnio serwowałaś?
– W kinderach – przyznała niechętnie. – Ale to były bardzo dobre serwy!
– Jak na dziewięciolatkę na pewno.
Dziewczyna burknęła coś jeszcze pod nosem, ale posłusznie wróciła do oglądania meczu. Francuzi właśnie straszyli atakami z drugiej linii. Maksiu, któremu Nikola w końcu pozwolił pograć, nie miał szans by zdążyć do cholernie silnych ataków Boyera. Zanim się obejrzeli, na tablicy wyników pojawiło się 1:0 w setach dla Francuzów.
Cholerne żabojady. (Tak, Marie miała francuski paszport i spędziła prawie 10 lat życia we Francji. Tak, ani trochę nie przeszkadzało jej to przeklinać swoich drugich rodaków. Czasami trzeba wybrać jedną stronę.)
Na szczęście w drugim secie jej chłopcy trochę się obudzili. Grbić wprowadził kilka zmian, nadepnął im na ambicję i już po kilku akcjach było widać, że Polska wróciła na właściwe tory. Francuzi mogli sobie skakać po bloku, Brizard kombinować na rozegraniu, ale ich nadzieje na wygranie meczu zostały brutalnie zgaszone.
W końcu Duflos zaatakował w aut, ekran pokazał 3:1, a na boisku wybuchła euforia. Chłopcy padli sobie w ramiona, śmiejąc się głośno, klepiąc po plecach i podnosząc w powietrze. Niby to był tylko kolejny mecz grupowy, ale wygrana to wygrana. Trzy punkty na koncie, satysfakcja i odrobinę spokojniejsza głowa.
Marie dołączyła do ich krótkiego świętowania. Spróbowałaby zresztą nie, zaraz by się okazało, że to obraza majestatu i musiałaby sobie radzić z piętnastoma, dwumetrowymi facetami z fochem.
Dlatego dała się wciągnąć w kółeczko radości. Dlatego pozwalała się klepać po ramionach i podrywać w uścisku powietrze. Była częścią drużyny, tej zwariowanej, biało–czerwonej rodziny, która wymykała się wszelkim definicjom normalności.
I wtedy, gdzieś między przytulasem od Maksa, a odtańczeniem kaczuszek z Firlejem, jej wzrok złapał spojrzenie Timiego. Chłopak stał przy stoliku sędziego, czekał pewnie na protokoły. Gdy dostrzegł Marie, uniósł prawą dłoń i nieznacznie skinął głową. Jego uśmiech, lekki, jakby nieśmiały, mówił wszystko.
Gratuluję. To był dobry mecz. Porozmawiajmy. Proszę.
Dziewczyna zawahała się na ułamek sekundy. W pierwszym odruchu chciała przewrócić oczami, odwrócić się na pięcie i po prostu zignorować Antigę. Ale tym razem czuła, że nie może. Że już dłużej nie da rady traktować go, jak irytującego robaka, który uparcie przyczepił się do wycieraczki.
Był w końcu jej przyjacielem, prawda? Przyjaciołom się wybacza.
Powoli pokiwał głową. Timo uśmiechnął się jeszcze szerzej, a Marie znów zrobiło się cieplutko na serduszku.
Na rozmowę musieli jednak poczekać. Po meczu trzeba było wypełnić dokumentację, zebrać swoich zawodników, dostarczyć ich w miarę w jednym kawałku do hotelu i jeszcze przygotować się na następny dzień. Gdy w końcu wywiązali się ze wszystkich obowiązków, była prawie dwudziesta druga.
Wpadli na siebie w windzie przy recepcji. Timo właśnie wracał z kuchni z paczkami lodu dla fizjoterapeutów. Marie z parkingu walizkę z rollerami, którą ktoś (patrzę na ciebie Leman!) zostawił pod autokarem.
– Do góry? – rzucił Timo, wciskając przycisk przy windzie.
– Do góry – przytaknęła nerwowo dziewczyna.
Przez chwilę stali w ciszy. Malutki wyświetlacz wskazywał kolejne piętra, a szum przesuwających się stalowych lin wydał się Marie dziwnie kojący.
– Przepraszam – odezwał się nagle Timote. – Naprawdę nie chciałem żeby to tak wyszło.
Marie ze świstem wypuściła powietrze. A więc nadszedł ten moment. Bardzo poważna rozmowa, w bardzo poważnej sytuacji.
Zamknęła oczy, szukając w głowie odpowiednich słów, jednak jej myśli błądziły szaleńczo w milion stron. Z jednej strony było tyle rzeczy, które chciała wykrzyczeć chłopakowi w twarz, tyle pretensji, które kotłowały się w niej przez ostanie dwa miesiące. Ile to razy gapiła się w ekran na ich martwą konwersację, a w głowie układała cały monolog, który wygłosi, gdy tylko się spotkają.
A teraz to wszystko mogła wrzucić do kosza.
– Dlaczego mi nie powiedziałeś?
To jedno pytanie było dla niej najważniejsze. Nie, dlaczego w ogóle się pokłócili. Nie, dlaczego Timiemu tak bardzo przeszkadzał jej staż. Nawet nie,
Chciała tylko wiedzieć, dlaczego po dwudziestu latach przyjaźni tak bardzo się odsunął? Dlaczego zataił jedną z najważniejszych informacji w swoim życiu?
– Bałem, że uznasz mnie za hipokrytę – przyznał. Worki z lodem musiały wpijać mu się w dłonie, ale wydawał się tym niewzruszony. Znów delikatnie drgała mu lewa powieka.
– Bo jesteś hipokrytą! – fuknęła Marie. – Do cholery, najpierw kręcisz aferę, że przyjmuję staż w IOS, a potem robisz to samo! Co cię w ogóle podkusiło, by pracować dla Blaina?! Jakieś next generation fanfik ci się zamarzył?! Przecież on jest socjopatą! Zasymilowanym, ale nadal socjopatą!
Timo przełknął nerwowo ślinę. Przestąpił z nogi na nogę, z wzrokiem nadal utkwionym w drzwi windy.
– Nie jest taki zły – mruknął. – Początkowo nie chciałem być opiekunem – dodał już głośniej. – Zresztą rekrutacje już się zamknęły, byłaś ostatnią osobą, którą przyjęli. Ja... wkurzyłem się. Zazdrość mnie zżarła. Że ty masz swój wymarzony staż. I to jeszcze w siatkówce, a to przecież mój teren! A ja sobie nawet głupich praktyk z uczelni załatwić nie mogłem.
– Oj, Timi…
– Więc zadzwoniłem do cioci Dary i zapytałem, czy czegoś by dla mnie nie miała – kontynuował. – Wiem, wiem, obiecaliśmy sobie, że nie będziemy korzystać ze znajomości rodziców w rozwoju kariery, ale cóż... byłem zdesperowany. – Odwrócił głowę, starając ukryć rumieniec, który wykwitł na jego policzkach.
Przez moment Marie chciała go mocno przytulić. Ale potem przypomniała sobie, że trzyma rączkę bardzo chwiejnej walizki. A Timo ten cholerny lód. Mogłoby się skończyć odrobinę niezręcznie.
– I ciocia Dara uznała, że spełni swoje fandomiarskie marzenie?
– Nie do końca – Antiga uśmiechnął się nieznacznie. Oboje doskonale znali zapędy Dary Lavigny, która w bardzo poważnym gabinecie, bardzo poważnej koordynatorki, miała białą tablicę z rozpisanymi siatkarskimi shipami na dany sezon. – Ciocia znalazła mi miejsce w centrali w Paryżu, w ich dziale informatycznym. Na część etatu, żebym mógł pozdawać ostatnie egzaminy. Całkiem fajna robota, przy cyber bezpieczeństwie miałem pracować. Tylko, że w drugim tygodniu do biura wpadł Arsene, z awanturą, że kto to widział, by tak szybko rekrutacje zamykać i on potrzebuje stażysty już, teraz, natychmiast. Strasznie się pieklił.
– Potrafię to sobie wyobrazić – prychnęła Marie. – I Dara postanowiła go uspokoić, opychając mu ciebie.
– Mniej więcej. Spełniałem wymagania językowe, znam się trochę na kompach, to Blainowi wystarczyło.
Dziewczyna z niedowierzaniem pokręciła głową. Czasami działanie IOS pozostawało zagadką nawet dla niej.
Winda w końcu podjechała. Wepchali się do środka, z trudem mieszcząc się w małym pudle z wszystkim bagażami. Musieli stanąć blisko siebie, tak, że Marie czuła na skórze nieznacznie przyspieszony oddech Timotiego. Nie wiedziała, na czym skupić wzrok. Wieczór był chłodny, do tego w hotelu klimatyzacja działała na najwyższych obrotach. Timo porzucił więc kadrową polówkę na rzecz ciemnogranatowego swetra z czerwonym wykończeniem przy szyi i rękawach. Na piersi przyczepił złotą przypinkę w kształcie koguta z gwiazdami, symbol francuskiego sportu.
Skąd on ją wytrzasnął? I dlaczego tak cholernie mu pasowała?
– Dlaczego mi nie powiedziałeś? – powtórzyła pytanie. – Okej, byłabym zła, ale przecież jesteśmy przyjaciółmi, prawda? – Odwróciła się i zadarła głowę, by móc spojrzeć mu w oczy. Co spodziewała się w nich zobaczyć? Wstyd? Wyrzuty? Do samego siebie, do niej? Strach?
Zobaczyła tylko smutek.
– To było głupie – przyznał. – Ale chyba... chyba chciałem ci udowodnić, że potrafię coś zrobić zupełnie sam. Bo zawsze byliśmy we dwoje. A raczej ty byłaś, a ja podążałem za tobą.
Marie zatkało. Głos ugrzązł jej w gardle, a żołądek znów ścisnęła niewidzialna pięść. Chciała coś powiedzieć. Cokolwiek. Obronić się? Ale przed czym? Miał rację. W tym duecie to ona zawsze nadawała rytm. To ona wybierała zabawy, gry i kolejne kierunki spontanicznych, weekendowych wypadów. To ona wyciągała go na imprezy i pchała w kolejne paczki znajomych. To ona namówiła go na studia w Warszawie, choć bardzo poważnie rozważał Kraków. Bo będą razem. Bo będzie fajnie.
Dla niej było. Czy dla niego też?
W tym momencie winda zatrzymała się na siódmym piętrze i drzwi otworzyły się z cichym sykiem. Marie wykorzystała okazję, by przemknąć obok Timotiego. Wyszła na korytarz, w głowie cały czas obracając jego ostatnie słowa.
Zamarła w pół kroku. Czuła, że idący za nią Timo zrobił to samo.
– Ja chyba śnię – wydukała po francusku.
Przez ułamek sekundy miała wrażenie, że trafiła do filmu. Bardzo głupiego filmu. Komedii sprzed dwóch dekad o budżecie równym PKB San Escobaru. I że już gdzieś ten film widziała.
Na końcu korytarza stały wózki na pranie. Dwa. Z jednego z nich wychylała się doskonale jej znana łepetyna Maksa Graniecznego, odziana w stylowe, górnicze czako z piórem. Z drugiego zaś patrzył na nią Benjamin Diez, francuski libero, w klasycznej napoleońskiej czapeczce. Wokół nich tłoczyli się Francuzi, Polacy, kilku Amerykanów, a nawet jeden Brazylijczyk.
Na dany przez Andersona znak, Bartek Bołądź i Stephen Boyer popchnęli pojazdy swoich kolegów, a te z zawrotną prędkością pognały przed siebie. Metalowe kółka zapiszczały przeraźliwie. Po korytarzu poniosły dopingujące wrzaski w czterech językach.
Na zakręcie obaj libero mocno przechylili wózki, aby zmienić kierunek. Ze świstem przemknęli obok zdębiałych opiekunów i pojechali dalej. Maksiu utrzymywał się na razie na prowadzeniu, ale Ben siedział mu na ogonie. Przy kolejnym zakręcie mogło dojść do spektakularnej zmiany lidera. Emocję sięgały zenitu, gwizdy i okrzyki niosły się echem po korytarzu.
I wtedy z jednego z pokoi wyszedł niczego nieświadomy, niewinny Andrea Giani. Pochłonięty zapewne analizą defensywy swoich podopiecznych, nie zauważył dwóch rozpędzonych pojazdów pędzących w jego stronę. Widząc swojego trenera, Ben pisnął jak mała dziewczynka, szarpnął mocno wózek i z trudem go ominął. To samo z drugiej strony zrobił Maks, byle tylko nie stratować biednego Włocha.
Jednak standardowe pojazdy hotelowe nie były przygotowane na takie kaskaderskie wyczyny. Obaj libero zatrzymali gwałtownie, po czym zostali wyrzuceni do przodu jak z procy, zaliczając bardzo nieprzyjemny kontakt z hotelową wykładziną.
– Co się stało? – Andrea rozejrzał się kompletnie zdezorientowany. Spojrzał na swojego libero, na polskiego libero, leżące obok nich wózki hotelowe i zamrugał szybko. A potem jeszcze raz.
Niestety reset systemu nie pomógł. Nadal widział to co widział.
– Ja chyba za dużo rumianku piję – W zamyśleniu podrapał się po brodzie.
To, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wyrwało Marie z głębokiego.
– Czy widziałeś to, co ja widziałam? – zapytała ostrożnie Timiego.
– Widziałem – przytaknął, choć jego twarz nadal wyrażała stoicki spokój.
– I też masz wrażenie, że kiedyś o tym słyszałeś.
– Też mam.
– Turniej kwalifikacyjny Tokio 2016?
– Jestem prawie pewny, że tak.
Przez kilka sekund mierzyli się wzrokiem, a potem synchronicznie zamknęli oczy i ze świstem wypuścili powietrze.
– Czy sugerujesz by na nich nakrzyczeć? – zapytał grzecznie Timote.
Marie tylko wzruszyła ramionami. Powinna pewnie wymyślić jakieś mądre rozwiązanie, ale rozpraszał ją ten idiotyczny kogut przypięty do sweterka Antigi.
– To chyba należy do obowiązków opiekunów.
Sprężystym krokiem ruszyła w stronę niedoszłych kierowców rajdowych. Wokół nich zdążył się już zebrać pokaźny tłumek złożony z innych siatkarzy, który jednak rozstąpił się na boki na widok wkurwionej opiekunki.
– Granieczny, tłumacz się – stanęła przed libero i skrzyżowała ręce na piersi. – Czy ty już kompletnie ogłupiałeś?! I wy również! – omiotła wzrokiem pozostałych zawodników. – Na mózg wam się kompletnie ten amerykański sen rzucił?! Ile wy macie lat?! Dziesięć?! Czy wam się naprawdę, aż tak nudzi?! Zabić kogoś chcieliście?! Albo siebie samych?! Przyznać się, kto wpadł na ten genialny pomysł?!
Polacy wskazali na Francuzów. Francuzi na Polaków. Pozostali siatkarze za to podziwiali wyjątkowe ułożenie plam po kawie na suficie.
Marie odetchnęła głęboko. Nie musiała się odwracać by wiedzieć, że Timote stoi tuż za nią. Czuła na szyi jego spokojny, ciepły oddech.
– Powiedz mi, Antiga, co podręcznik przewiduje w takim przypadku?
– Jeśli dobrze pamiętam zalecenia z rozdziału szóstego „Nieodpowiedzialne zabawy i gry, stanowiące zagrożenie dla podopiecznych i otoczenia” proponowaną metodą wychowawczą jest zastosowanie wysiłku fizycznego, na przykład w postaci karnych kółeczek – podpowiedział usłużnie Timo.
– Słyszeliście go. Dziesięć kółeczek wokół piętra jeszcze nikomu nie zaszkodziło, a wielu wybiło głupie pomysły z głowy.
Dwudziestu siatkarzy synchronicznie wydało z siebie przeciągły jęk, ale posłusznie ustawili się w dwuszeregu i zaczęli niemrawo truchtać w kierunku wind. Mieli całkiem dobrze rozwinięty instynkt samozachowawczy.
Gdy zniknęli za zakrętem, z drugiej strony korytarza wyłonili się Grzesiu i Arsene. Ten pierwszy szedł z rękami w kieszeni, pogwizdując wesoło, ten drugi wgapiony w ekran tabletu.
Na widok rozwalonych wózków hotelowych, oboje przystanęli zaskoczeni. To znaczy Grzesiu był zaskoczony, bo z twarzy Arsene trudno było wyczytać cokolwiek poza kompletnym znudzeniem.
– Czy dobrze przypuszczam, że nasi chłopcy urządzili sobie wyścigi? – zapytał uprzejmie Rozkosz.
– Yhm – przytaknęła Marie. – Doszło do potencjalnie niebezpiecznego incydentu z udziałem trenera Gianiego, ale na szczęście sytuacja została opanowana.
Mężczyzna uniósł brew. Zerknął na Andreę, który jednak był już myślami w swoim świecie, wypełnionym strefami przyjęcia i taktykami blok–obrona. Nie zaszczycając opiekunów ani jednym spojrzeniem, ruszył z powrotem do swojego pokoju.
Grzesiu odprowadził go wzrokiem. Gdy za trenerem zamknęły się drzwi, przykucnął obok przewróconych wózków i obejrzał je dokładnie.
– Trzeba to będzie zgłosić – westchnął z rezygnacją. – Zajmiesz się tym? – zwrócił się do stażystki. – Wiesz, jak pisać zgłoszenia, klepnę ci to tylko w systemie, góra będzie zadowolona.
– Tak jest, szefie! – zasalutowała Marie. – Wypełnimy raport i zalecimy zwiększenie zabezpieczeń wokół sprzętu sprzątającego w obiektach zakwaterowania. Prawda, Antiga? – zwróciła się do przyjaciela, licząc, że ten poprze jej inicjatywę.
Ale Timo zrobił coś niespodziewanego. Wepchał lód Arsenemu, chwycił Marie za rękę i nie zważając na zaskoczone spojrzenia przełożonych, pociągnął ją w stronę swojego pokoju. Zamknął drzwi, zmusił, by usiadła na jednym z łóżek, a potem zaczął grzebać w szufladach szafek nocnych.
Marie niepewnie rozglądnęła się wokół. Tak, jak ona i Róża utrzymywały w pokojach jako taki porządek, tak tutaj panował chaos. Na podłodze leżały otwarte walizki, z których wystawały przypadkowe ładowarki i kable, wymieszane z bielizną. Parapety i niskie stoliki zawalone były papierami, a na małym biurku stały dwa ekrany podłączone do służbowego laptopa z logo IOS.
– To Blaina – wyjaśnił odruchowo Timo.
– Chcesz powiedzieć, że ty trzymasz porządek? – uniosła niby kpiąco brew.
– Przecież mnie znasz.
Oczywiście, że go znała. Nikt nie składał swetrów w tak idealną kostkę, jak Timo, nikt nie miał tak perfekcyjnie wyprasowanych koszul i wypastowanych butów. Dla Antigi pranie było wieloetapową procedurą, z osobnym płynem do każdego koloru i prasowaniem żelazkiem w odpowiedniej temperaturze. W przeciwieństwie do Marie, która po prostu ściągała ciuchy z suszarki, wpychała do szafy i modliła się, by przeżyły do rana.
W końcu Timote znalazł to, czego szukał. Zatrzasnął z hukiem szufladę, usiadł obok Marie, a na białej pościeli rozłożył naręcze kolorowych tabliczek czekolady.
– Będziemy tu siedzieć i jeść tak długo, aż wszystko sobie wyjaśnimy – zarządził.
Marie wzruszyła ramionami, choć w głębi duszy zaskoczyła ją pewność w jego głosie. Sięgnęła po pierwszą tabliczkę w czerwonym papierze. Orzechowa, jej ulubiona. Rozerwała opakowanie i bez zastanowienia odgryzła kawałek.
– O, matulu... – jęknęła z lubością.
Czekolada była idealna. Lekko gorzka, ale też słodka, twarda, jednak w ustach rozpływała się powoli, a orzechy chrupały rozkosznie. Podkuliła nogi pod brodę, delektując się tym momentem przyjemności.
– No zła jestem na ciebie, Timo – stwierdziła w końcu, pomiędzy kolejnymi kawałkami. – Bo kurczę, miałam cię za swojego przyjaciela. Takiego wiesz, prawdziwego. I myślałam, że będziesz mnie wspierać w życiowych decyzjach.
Timote westchnął cicho. Spuścił głowę, opierając łokcie na kolanach. Przez ułamek sekundy Marie chciała odgarnąć mu z twarzy przydługie kosmyki blond włosów. Powstrzymała się jednak i zamiast tego sięgnęła po kolejny kawałek czekolady.
– Byłem zazdrosny, to już wiesz – mruknął. – Zły, że nie powiedziałaś mi, że w ogóle składasz papiery do IOS. I... i chyba bałem się, że mi cię zabiorą, Marie.
Przekrzywiła z zaciekawieniem głowę. Odłożyła czekoladę na bok, skrzyżowała nogi po turecku i pochyliła się, tak, że teraz mogła spojrzeć chłopakowi w twarz
– Kto miałby mnie zabrać, Timo? – zapytała miękko.
– Siatkówka – odparł, jakby to była najoczywistsza rzecz pod słońcem. – Przyznaj, poznałaś na kadrze tyle cudownych ludzi, spędzasz z nimi dwadzieścia cztery godziny na dobę, poznajesz ich najgłębsze marzenia i sekrety. Ten świat pochłania człowieka, wciąga. Bałem się... bałem się, że wciągnie cię tak bardzo, że przestanę ci być potrzebny – głos mu się nieznacznie załamał. Przeczesał palcami blond włosy. – Dołączyłem do IOS, bo chciałem za tobą nadążyć. Tylko to mi nie wystarczyło. Więc potem... potem z zazdrości zacząłem robić głupie rzeczy – dodał tak cicho, że Marie ledwo go usłyszała.
Zmarszczyła brwi.
– Co masz na myśli?
– To ci się nie spodoba.
Antiga powoli sięgnął do kieszeni spodni. Wyjął portfel i z wahaniem wyciągnął z niego legitymację opiekuna.
– Spójrz na numer – poprosił, podsuwając ją Marie pod nos.
Dziewczyna zmarszczyła brwi. Przebiegła wzrokiem po kawałku plastiku, zatrzymując się w prawym dolnym rogu.
ID:FR403
Świat wokół stanął. Marie wypuściła czekoladę z rąk. Wpatrywała się w szary dokument, a jej serce biło jak oszalałe. Każda myśl, którą udało jej się poukładać, każde uczucie, teraz znów zostało wywrócone na drugą stronę.
–To ty – wydukała. – To ty czepiałeś się mojej siatki. Ty podważałeś dokumentację. Ty mendo! Idioto! – wściekle trzepnęła Timiego w lewe ramię. A potem w prawe. I znowu w lewe. – Jak mogłeś?! Przecież wiedziałeś, że to moje, podpisałam się! Moje wyliczenia były dobre! A ty się czepiałeś i blokowałeś projekt! Prawie zabrali mi finansowanie! Jesteś głupkiem, Antiga! Skończonym, bezmózgim, płazińcem!
Timote znosił te wyzwiska z godnością. Gdy Marie straciła trochę rezon, objął ją ramieniem i mocno przyciągnął do siebie.
– Przepraszam – szepnął, chowając twarz w jej ramieniu. – Byłem strasznym idiotą.
Coś w niej pękło. Ostatecznie i nieodwracalnie. Cała drżała ze złości. Oddychała płytko, po jej policzkach spłynęły łzy. Zacisnęła palce na swetrze Timiego. Chciała mu przyłożyć. Chciała dalej go bić, wyzywać. Chciała, by poczuł cały żal, całą złość, całą bezsilność, którą nosiła w sobie od dwóch miesięcy. Człowiek, któremu ufała bezgranicznie, któremu była gotowa powierzyć życie, który znał wszystkie jej marzenia, wszystkie sekrety, a który postanowił po prostu z niej zakpić.
– Jak mogłeś, jak mogłeś – łkała w jego sweter. – Jak mogłeś być aż tak głupi, jak mogłeś mi to zrobić, jak mogłeś?
– Nie wiem, Marie, nie wiem – pokręcił tylko głową. – To było tak cholernie bezmyślne... Myślałem... w sumie to chyba nie myślałem.
Zacisnęła mocniej palce, przycisnęła policzek do jego piersi. Słyszała bicie jego serca, czuła, jak powoli gładzi jej plecy. Był tak kojąco ciepły, stały, jak nagrzany piaskowiec. Był tu z nią, był w końcu obok i choćby krzyczała, choćby okładała go pięściami, nigdzie się nie wybierał. Za długo czekał na ten dzień, by teraz odpuścić.
Co miała zrobić? Posłać go do diabła? Wybaczyć? Udawać, że nic się nie stało? Że nie zawiódł jej zaufania, że nie okazał się małostkowym durniem. Patrzeć na niego tak samo, jak patrzyła pół roku wcześniej?
A może wstać i wyjść. Trzasnąć drzwiami, ostatecznie paląc za sobą mosty. Bezpowrotnie kończąc coś, co przetrwało dwadzieścia lat, przeprowadzki z kraju do kraju, wojnę i siatkarski chaos.
Nie, nie potrafiłaby tego zrobić. Nie, gdy on tu był, gdy znów ją przytulał, gdy znów mogła spojrzeć mu w oczy i rzucić głupim żartem, który rozumieli tylko we dwoje. Nie, gdy pierwszy raz od tygodni, naprawdę czuła, że może oddychać, bez tego męczącego ucisku z tyłu głowy. Timo był jej potrzebny jak rogaliki czekoladowe. Mogła bez niego żyć, ale co to za życie?
Nie miała pojęcia, jak długo tak siedzieli. Mała lampka przy łóżku rzucała cienie na kremowe ściany, a oni po prostu trwali. Timote był cierpliwy. Nie ruszał się, nic nie mówił, tylko trwał przy niej, czekając, aż będzie gotowa, by mu wybaczyć, aż spod tej warstwy wściekłości i zawodu, znów wynurzy się jego Marie.
– Jesteś idiotą, Timo – szepnęła w końcu. – Ale... ale nie potrafię dłużej udawać, że mogę sobie tak po prostu żyć bez twojego absurdalnego spokoju.
– To dobrze – uśmiechnął się słabo. – Bo ja bez twojego chaosu również.
Przełknęła ostatnie łzy. Odsunęła się odrobinę. Chwyciła dłoń Timiego w swoje i zaczęła z uwagą przyglądać się jego palcom.
– Skąd masz te blizny?
Timo uśmiechnął się nieznacznie. Przejechał opuszkiem palców po lśniącym oparzeniu na nadgarstku.
– Arsene uczy mnie lutować – wyjaśnił. – Twierdzi, że dopiero jak nauczę się składać własne płytki, będę godny miana opiekuna. Ale cóż... na razie częściej lutuję siebie niż kondensatory.
– Na urodziny dostaniesz ode mnie rękawice przeciwogniowe – oświadczyła Marie, podnosząc głowę. Tym razem w oczach Timiego nie dostrzegła strachu, a jedynie ciepło. To samo, które zawsze potrafiło sprowadzić ją na ziemię, to, za którym tak strasznie tęskniła. – To co? Znowu jesteśmy przyjaciółmi na śmierć i życie?
Przez twarz Antigi przemknął cień uczucia, którego Marie nie rozpoznała. Zaraz uśmiechnął się jednak. Uścisnął dłoń dziewczyny, a potem znów mocno ją przytulił.
– Tęskniłem za tobą, Marie.
– Ja za tobą też, Timo – wzmocniła uścisk, wdychając jego zapach. Pachniał sosną i jabłkami. Tego zapachu też jej brakowało. – Nawet nie wiesz, jak bardzo za tobą tęskniłam.