Ostatnie dni turnieju w Chinach minęły Marie szybciej niż Developres rozwiązuje kontrakty z trenerami w połowie sezonu. Polacy wygrali z Ukrainą, co prawda po kolejnym tie–breaku, ale darowanym punktom nie zagląda się w zęby, jak mówi stare siatkarskie przysłowie. Chłopcy ograniczyli liczbę zdarzeń przypałowych tudzież niebezpiecznych. Nawet Maks przychamował swoją upierdliwość, choć nadal prychał kpiąco na widok Nika Mujanovicia, a raz na śniadaniu rzucił w atakującego babeczką.
Niechcący oczywiście. Wymsknęła mu się z rąk.
Nik na szczęście skwitował to tylko parsknięciem śmiechem. Jak zresztą wiele wydarzeń z ostatnich dni.
Marie musiała przyznać, że układ z Mujanoviciem całkiem jej pasuje. Nie byli parą, co to to nie, w żadnych tanich romansidłach nie występowali, sorry, powieści z tego nie będzie. Co najwyżej kiepski fanfik na wattpadzie.
Nie żeby miała jakoś wiele doświadczenia. Spotykała się wcześniej z jednym chłopakiem w liceum, tylko przez trzy miesiące, rozstali się zaraz po studniówce. Maciek nie był zły, z wyglądu przypominał nawet trochę Nika, ale Marie po prostu nic do niego nie czuła. Ot, nastoletni związek, żeby mieli z kim iść na bal.
No i nudziła się wtedy przepotwornie. Timo latał za tą cholerną Klarą z 4C i zapominał o poświęcaniu czasu przyjaciołom.
Jakoś zupełnie inaczej gadał pół roku później, gdy przyszedł do Marie z złamanym serduszkiem.
Więc tak, relacja z Nikiem była nowa i fascynująca. Jak książka z barwionymi brzegami, którą dopiero odkryło się w księgarni.
Ostatniego wieczoru, gdy większość siatkarzy już spała, walizki czekały spakowane, a wytyczne bezpieczeństwa lotów sprawdzone, Marie schowała się na tarasie na dachu hotelu. Był tu podświetlony delikatnym światłem basen i zamknięty o tej porze bar. Dziewczyna przesunęła sobie jeden z foteli pod samą krawędź dachu, by mieć widok na spowite nocą miasto.
Siedziała tak w ciszy od dobrych pół godziny. Nogi oparła o barierkę, a w dłoni obracała wygaszony telefon.
Myślała. Intensywnie. Uznała, że jest to bardziej efektywne niż klnięcie na czym świat stoi.
Dostała maila z działu finansowego. Wniosek o przyznanie funduszy na montaż siatek ochronnych przeszedł, ale z dalszymi uwagami od FR103. Cholerny urzędas, znów przyczepił się do obliczeń, do tego śmiał zasugerować, że problem nie leży w źle zabezpieczonych balkonach, a niestarannie przeprowadzonych szkoleniach BHP.
Idiota.
Marie próbowała sprawdzić, kto kryje się w bazie pod kodem FR103, ale za każdym razem system wywalał błąd. W desperacji napisała nawet do mamy, z prośbą by uruchomiła swoje kontakty w IOS. Mama zbyła to tylko parsknięciem śmiechem. Zofia Krasicka kochała swoją córkę nad życie, ale bardzo stawiała na samodzielność potomstwa.
Ciocia Dara, główna koordynatorka turniejów, zawsze pierwsza do pomocy ukochanym dzieciakom, tym razem nabrała wody w ustach. Na pytanie o dane tajemniczego urzędnika zaczęła wykręcać się ochroną danych osobowych, a potem się rozłączyła.
Mendy nie rodzina.
Dlatego teraz Marie siedziała na dachu hotelu i próbowała zrozumieć, kto w IOS tak bardzo chce jej uprzykrzyć życie.
– Czy opiekunowie w ogóle sypiają? Czy jednak prawdę jest to, co głoszą plotki, że jesteście wampirami?
Nagle za jej plecami rozległ się czyjś rozbawiony głos. Krasicka zerknęła przez ramię. Na brzegu basenu stał Nik. Włosy znów miał rozpuszczone, a na pidżamę narzucił hotelowy szlafrok.
– Mogłabym zapytać o to samo – prychnęła Marie. – Regeneracja? Coś ci to mówi, Mujanović?
– Nie mogłem spać. Jeszcze emocje po turnieju nie zeszły – Atakujący przysunął sobie drugi fotel i usiadł obok Marie.
Długo siedzieli w zupełnej ciszy. Marie nadal błądziła myślami wokół maili IOS. Może mogłaby wymyślić nową procedurę bezpieczeństwa technicznego, która wymagałaby pobrania danych pracowników? Dyrekcja była mocno wyczulona na potencjalnych szpiegów czy sabotażystów, pracujących dla federacji sportowych. Ochraniali też sportowców z krajów przesiąkniętych reżimami. Ochrona danych była traktowana priorytetowo.
Pokręciła z rezygnacją głową. Tak naprawdę nie miała żadnej wskazówki. Początek FR wskazywał na Francję, ale nie na dział. International Organization for Sportsmen zatrudniała kilkadziesiąt tysięcy ludzi na całym świecie, to było jak szukanie igły w stogu siana.
Mogła go oczywiście olać. Powinna. Ale wewnętrzny stworek–potworek ambicji kazał walczyć.
– To kiedy się zobaczymy? – zapytał nagle Nik. – Gracie teraz w Gliwicach, co nie?
Marie nie odpowiedziała od razu. Odchyliła się w fotelu, skrzyżowała ręce za głową i odetchnęła wilgotnym, nocnym powietrzem. Mogłaby do tego przywyknąć.
– Pewnie na turnieju finałowym – odpowiedział sobie sam Słoweniec. – Pod warunkiem, że się dostaniecie.
Krasicka prychnęła kpiąco. Odwróciła się w fotel i oparła o podłokietnik tak, by móc posłać Nikowi swoje popisowe pełne wyższości spojrzenie.
– Jeśli ktoś powinien się martwić o awans, to wy. – Dźgnęła Mujanovicia palcem w pierś. – Moi chłopcy dopiero się rozkręcają. Zmiotą resztę z powierzchni ziemi.
– Założymy się?
– O kilogram żelek malinek?
– O dwa.
– Zgoda.
Uścisnęli sobie ręce na znak przypieczętowania zakładu. Jednak Nik nie puścił od razu dłoni Marie. Delikatnie przyciągnął Marie bliżej. Teraz ich twarze dzieliło zaledwie kilka centymetrów. Mogła policzyć włoski na brodzie, których nie dogolił.
Przełknęła nerwowo ślinę. Czuła, że się czerwieni. Spokojny oddech Nika drażnił skórę na jej szyi. Miała wrażenie, że słyszy łomotanie swojego serca. Gapiła się jak ciele w brązowe oczy Słoweńca, a świat wokół wydawał się wirować.
Chciała go pocałować. Cholernie chciała.
– Dlaczego w ogóle zostałaś opiekunką?
Pieprzony niszczyciel zabawy.
Ze świstem wypuściła powietrze. Odsunęła się od Nika i usiadła z powrotem głęboko w fotelu.
– Skąd to pytanie?
– Chciałem je zadać za nim zapytasz mnie, dlaczego zostałem siatkarzem.
Skrzyżowała ręce na piersi. Wzrok utkwiła w różowych, odblaskowych sznurówkach od martensów. Prezent urodzinowy od Timotiego.
– Nie wiem – przyznała z ociąganie. – Moi rodzice pracowali dla IOS, mama w sumie nadal jest konsultantem. Aplikowałam na staż w Europarlamencie, nie dostałam się. Jak zobaczyłam ofertę IOS pomyślałam raz kozie śmierć.
– Rodzice pewnie byli przeszczęśliwi.
Marie zaśmiała się gorzko na wspomnienie wkurzonej matki, grożącej wydziedziczeniem jeśli córka przyjmie ofertę. (Mamusia nie mówiła poważnie. Potem jej przeszło. Jak tatuś upiekł ciasto).
– Mama uważa, że cały świat sportu to bagno – wyjaśniła. – Siedzi w nim dalej tylko dlatego, że wszystkie jej chomiczki to obecni lub byli siatkarze.
– Twoja mama hoduje chomiczki?
– I to zawodowo.
– Chcę znać szczegóły?
– Nie. Nie mam pod ręką białej tablicy.
Nik przysunął się bliżej. Objął ostrożnie Marie, pozwalając by oparła głowę na jego ramieniu. Pachniał hotelowym mydłem i sosem sojowym, jakby przed chwilą zjadł całą miskę chińskiego makaronu. Pojedynczy kosmyk kręconych włosów łaskotał dziewczynę w twarz.
– Chyba chciałam im zrobić na złość – stwierdziła po zastanowieniu. – Tak troszeczkę. Pokazać, że poradzę sobie sama w środowisku, w którym są legendami. Całe moje życie toczyło się w tle siatkówki, więc może czas stać się jej częścią? – Spojrzał na Nika z mieszaniną nadziei i desperacji. Jakby to właśnie on, tu i teraz miał potwierdzić, że tak Marie Krasicka podjęła właściwą decyzję, jej życie będzie piękne, beztroskie, wypełnione żelkami i przepisami BHP.
Mujanović tylko mocno ścisnął dłoń dziewczyny.
– Przyjedź do mnie – zaproponował nagle. – Do Słowenii. Po Lidze Narodów. Na pewno będziesz miała chwilę wolnego, Grbić nie może być aż takim terrorystą. Pokażę ci Lubljanę. I góry. Mamy naprawdę zajebiste góry.
– Hodują tam takie kozy jak ty?
– Nawet lepsze.
Przygryzła w zamyśleniu wargę. Nikola terrorystą może i nie był, lekkie skłonności sadystyczne nie wykraczały poza standardy trenerskie. Wolne po Lidze zależało od tego, czy zakwalifikują się na turniej finałowy, ale i tak, niezależnie od wyniku, na początku sierpnia Marie musiała odbębnić obowiązkowy, dziesięciodniowy kurs w siedzibie IOS we Włoszech.
W sumie z Włoch do Słowenii nie było tak daleko.
– Może się uda. Na trzy–cztery dni, więcej za Chiny Ludowe nie wcisnę.
– Wystarczy – Nik wyszczerzył się głupkowato. – Jeszcze byś mi się przejadła.
– Ej! – Marie szturchnęła atakującego w ramię.
Nik roześmiał się głośno. Jeszcze mocniej przytulił dziewczynę. Hotelowy szlafrok był puchaty, jak stado owieczek. Marie przymknęła oczy, wtulając się w mięciutki materiał.
W sumie, chyba nie było tak źle. Miała pracę. Miała Maksa i chłopaków. Siedziała sobie na dachu hotelu na drugim końcu świata, z szalenie przystojnym facetem, któremu się podobała.
Tak, życie było piękne. I tego zamierzała się trzymać.
Po powrocie z Chin czasu na odpoczynek za wiele nie było. Już następnego dnia Grzesiu, Marie i wszyscy wybrani przez Nikolę kadrowicze zameldowali się w Spale, gdzie już czekali na nich starzy wyjadacze. Była to grupa silna, znane nazwiska, których domagali się kibice. Brakowało oczywiście paru gwiazd, z powodów bardzo różnych, mniej lub bardziej medialnych, ale topowe numery pozostały niezmienne.
Marie naprawdę starała się nie denerwować. Serio. W końcu radziła sobie z Bartkiem Lemańskim, czy Olkiem Śliwką. Dlaczego więc miałaby się przejmować takim Kubą Kochanowskim? Albo Leonem? Albo – nie daj boże – Tomkiem Fornalem? Siatkarz, to siatkarz, dwa metry czystej destrukcji.
Dlatego też próg COSu przekroczyła krokiem pewnym i stanowczym, z wysoko uniesioną głową.
Po czym bardzo pewnie i stanowczo zaliczyła spektakularną glebę.
Nagle straciła równowagę. Ziemia uciekła jej spod nóg, pomieszczenie zawirowało. Próbowała się jeszcze ratować, chaotycznie machając rękami, ale niewiele to dało. Z hukiem wylądowała na podłodze.
Zarejestrowała trzy rzeczy:
Po pierwsze – kafelki w recepcji były cholernie twarde. Pewnie marmur. Ciekawe, czy spełniają unijne normy sprężystości?
Po drugie – obiła sobie łokcie. Jak? Cholera to wie. Bardzo? Zapewne.
Po trzecie – nie wywaliła się sama, miała istotny powód, a mianowicie bliżej niezidentyfikowany obiekt pośrodku przejścia.
Marie zmrużyła oczy. Zidentyfikowanie obiektu trudne nie było trudne, choć zrodziło więcej pytań niż odpowiedzi.
Na podłodze leżały bowiem zwłoki. Niewątpliwie męskie, odziane w kadrowe spodenki i wielgachną bluzę z Stichem na plecach. Zwłoki leżały twarzą do ziemi, a z głowy sterczała im fikuśna palma z włosów. Brakowały im butów, a jedna skarpetka zaczynała przecierać się na piętach.
– Przepraszam – Marie dźgnęła nieboszczyka palcem. – Czy mógłby pan łaskawie umierać gdzie indziej? Tu jest ciąg komunikacyjny. I droga ewakuacyjna.
Zwłoki jęknęły przeciągle. Zebrały w sobie resztki sił, ostatki człowieczeństwa, by łaskawie odwrócić się na plecy.
Dopiero wtedy Krasicka zorientowała się, że trup ma twarz Kuby Popiwczaka. Doświadczony libero nie wyglądał co prawda bardzo trupio, nie był ani zielony, ani szary, nic mu też nie gniło. Jedyną oznaką zbliżającego się zejścia z tego świata był pełen cierpienia wzrok wlepiony w brudny sufit.
– Idź sobie, kobieto przebrzydła! – jęknął. – Ja tu cierpię!
– Widzę – przytaknęła grzecznie Marie. – Ale pana cierpienie niesie ze sobą prawdopodobieństwo wystąpienia uszczerbku na zdrowiu osób postronnych.
Kuba fuknął wściekle. Obrócił głowę, zmrużył oczy i zmierzył dziewczynę oskarżającym spojrzeniem.
Marie nawet nie drgnęła. Usiadła tylko po turecku, bo zaczynał ją pobolewać kręgosłup.
– Nie odmawiam panu prawa do cierpienia – kontynuowała spokojnie. – Cierpienie prawem człowieka, czymże by był nas rodzaj bez zdrowej dawki masochizmu. Jednakże samobiczowanie można uskuteczniać z zachowaniem przepisów i norm BHP. Mam nawet broszurę. – Zaczęła grzebać w plecaku w poszukiwaniu odpowiedniej teczki. – O, proszę. Zabezpieczenie i wytyczne do przeprowadzenia zachowań o charakterze autodestrukcyjnych. – Wcisnęła ulotkę w dłonie Popiwczaka. – Mam też wersję rozszerzoną, ale tylko w pdfie.
Kuba usiadł powoli. Spojrzał na ulotkę, na Marie i znów na ulotkę. Trybiki w jego głowie pracowały na zwiększonych obrotach, wykorzystując całą energię, którą normalnie przeznaczał na analizę strategii przeciwnika. Marszczył przy tym nos, co nadawało mu wygląd bardzo wkurzonej, bardzo zdezorientowanej palmy.
– Jesteś z IOS?
– Yuup, sto procent opiekuna w opiekunie – postukała palcem w naszywkę na koszulce. – No dobra, dziewięćdziesiąt pięć. Ale jak skończę staż, to będzie sto!
Popiwczaka jakby oświeciło. Poderwał się na równe nogi. Chwycił Marie za ramiona, pociągnął do góry, z trudem stawiając do pionu.
– Ja bardzo szanowną opiekunkę przepraszam, ja nie chciałem pani drogi zagradzać, czy jakiegoś dyskomfortu powodować. – Nerwowo strzepnął niewidzialne pyłki z ramion Krasickiej. – Proszę mnie nie zgłaszać!
Marie zamrugała szybko. Zdjęła ręce Kuby z swoich ramion i przezornie zrobiła krok w tył. A potem jeszcze jeden.
– Ja...
– O, tu jesteś Piwko!
W holu zmaterializowało się dwóch kolejnych siatkarzy, doskonale zresztą Marie znanych. Jeden z twarzą dziecka, drugi z białą czupryną, nierozłączni Kuba Kochanowski i Tomasz Fornal.
– Czy znowu taranujesz biedne opiekunki? – zapytał szczerze zainteresowany Fornal. – Pani wybaczy koledze – zwrócił do Marie. – Kubuś ma skłonności do utraty równowagi w bardzo niestandardowych okolicznościach. Nie bardzo często, ale ponad normę. W zeszłym roku IOS skierowało go na specjalne badania zaburzeń odczynników w uszach...
– Płynu – poprawił kolegę Kochanowski.
– I od tego czasu darzy was dużym szacunkiem.
– Szacunkiem? – Marie skrzyżowała ręce na piersi. Starała się trzymać prosto i dumnie, jak na profesjonalistkę przystało. – I w ramach tego szacunku pada trupem w recepcji? Czy wiecie, ile papierologii generują potencjalne zgony? Nie? I bardzo dobrze.
Chłopaki z zakłopotaniem podrapali się po głowach. I to synchronicznie. Marie uświadomiła sobie, że może mama miała rację i cześć siatkarzy po prostu dzieli jedną komórkę mózgową na spółkę. Zapisała w pamięci, by częściej słuchać matki. Nawet jeśli grozi wujkowi Stephanowi, chłopcom z Resovi, Lublina albo dziennikarzom.
O dziwo dziewczynom z Developresu się nie obrywało, mamusia miała do nich słabość. Jelena Blagojević i Paulina Peret dołączyły do grona chomiczków, cała drużyna znalazła się pod parasolem ochronnym. Wszyscy wiedzieli, że jeśli choć włos im z główek spadnie, Zofia Krasicka wejdzie w tryb bezwzględnego mściciela w masce.
Dobrze, że przeszkoliła córkę w pozbywaniu się zwłok.
– A co to za podkradanie psiapsiół?
Maks Granieczny pojawił się znikąd, a dokładniej wyrósł zza kontuaru recepcji. Skąd tam się wziął i co robił? Marie wolała nie wiedzieć. W ostatnim czasie Maks zyskał nadnaturalną zdolność pojawiania się dokładnie na drodze Marie, z częstotliwością przekraczającą zdrowe, nawet przyjacielskie relacje. Do tego poprzednim razem, gdy znalazła kumpla pod biurkiem, Granieczny zakładał hodowlę ślimaków w pudełku po butach.
– Maksiu, hamuj się – zwróciła mu grzecznie uwagę. – Powtarzaj za mną – sztab jest dobrem wspólnym. Opiekunowie zajmują się całą drużyną. Nie mogę zabierać kolegom ochrony. To byłoby samolubne i niegrzeczne.
Maks burknął coś pod nosem. Skrzyżował ręce na piersi, nadal mordując starszych kolegów spojrzeniem.
– Przekabacić cię będą chcieli – stwierdził z wyrzutem. – Będziesz z Fornalem vlogi kręciła i na nas czasu już nie będziesz miała!
– Nie no, Maksiu, co ty? – Fornal rozłożył szeroko ręce. – My? Kraść? Co najwyżej wiesz, jakąś małą kolaborację zrobić. Współprace. Zasięgi nam skoczą, fani przybędą, współpraca obu stronom się ułoży, zobaczysz, sławny będziesz.
– Bardziej niż jesteś teraz – wtrącił Kochan.
– Kłamstwo i szubrawstwo! Ja was znam! – Maks tupnął nogą. – Wy jesteście przebrzydłe pijawki! Pasożyty! Płazińce!
Granieczny się rozkręcał, machał rękami we wszystkich kierunkach, nadymał się, prawie para mu Tomek Fornal mógłby się jeszcze bronić, Kochanowski może nawet by go wsparł, w końcu brother from another mother, ale przerwał im radosny wrzask.
– Luudzieee, ja lataaam!
Z windy wypadł kolejny siatkarz. Na głowie miał papierową czapkę czarodzieja, a między nogi wetknął drewnianą miotłę. Jak huragan przebiegł przez hol, zakręcił za kontuarem recepcji i wyhamował tuż przed nosem Marie.
– Łooo, to naprawdę ty!
Artur Szalpuk nie zmienił się bardzo, choć minęło dziesięć lat, odkąd Marie widziała go po raz ostatni. Nadal miał tę rozwianą blond czuprynę i szeroki uśmiech, który nadawał mu wygląd naćpanego labradora (Zofia Krasicka a.d 2015). Na widok dziewczyny, przystanął, wytrzeszczył oczy, a miotła wypadła mu z rąk.
– Czy w takim razie adoptujemy kurę? – zapytał Bartka Lemańskiego, który akurat wszedł przez główne wejście, taszcząc za sobą dwie wielkie walizy.
– Kurę? – Tomek Fornal próbował unieść jedną brew, ale wyszedł mu tylko wyjątkowo pokraczny grymas. – Dlaczego mielibyśmy adoptować kurę?
– Szalupa ma rację – zgodził się z kolegą Leman. – Gdy drużyną opiekowała się Zosia, pozwoliła Grzesiowi Łomaczowi adoptować kurę. Chyba miała na imię Helenka.
– A nie Renatka?
– Niee… Jestem pewien, że Helenka.
Szalpuk z uznaniem pokiwał głową. Sam pamięci do imion nie miał, do zwierząt jeszcze bardziej, ale wizja drużynowej kury roztaczała się przed nim niczym spełnienie najskrytszych marzeń. Piękne to były czasy słusznie minione, gdy IOS akceptowało kury jako wsparcie emocjonalne siatkarzy, a on i reszta chłopaków kitrali się pod kołdrami, by po nocach czytać fanfiki na blogspocie.
A teraz nie mieli ani kury, ani blogspota.
Dokąd ten świat zmierza?
– Boję się, że obecnie kury podpadają pod zagrożenie biologiczne – zauważyła trzeźwo Marie. – Przepisy unijne.
Uśmiech Artura przygasł, a w oczach pojawiło się rozczarowanie. Wyglądał jak szczeniak, któremu odmówiono dziesiątego z rzędu smaczka.
– Oczywiście mogłabym zgłosić wyjątek, emotional suport animal nie są dokładnie zdefiniowane w przepisach...
– Naprawdę? – Szalupa cały się rozpromienił, niczym dwumetrowe słoneczko albo reaktor jądrowy. Marie była prawie pewna, że w ciemności zacząłby świecić.
Ciekawe czy udałoby się go podpiąć pod zapasowy generator?
– Zobaczę, co da się zrobić.
– Ej! To niesprawiedliwe! – oburzył się Maks. Podparł się rękami pod boki i wydął usta. Nadało mu to wygląd bardzo obrażonego przedszkolaka, szczególnie, że nadal stał obok Bartka Lemańskiego. – Mnie nie pozwoliłaś zatrzymać ślimaków.
– Bo nie miały szczepień – wytłumaczyła spokojnie Marie. – Ani książeczki zdrowia. No i nie wytłumaczyłeś mi, jak zamierzasz zapewnić im odpowiednie warunki w Spale. Wiesz jak dużych akwariów potrzebują ślimaki?
– Znam się na płazach!
– To mięczaki, Maksiu – wtrącił się Bartek. – No wiesz, nie mają kręgosłupa. Nawet moralnego.
– Chcesz powiedzieć, że moje ślimaki były amoralne?
– Były ślimakami.
– To nie znaczy, że nie mogą rozwinąć empatii!
– Empatii, wobec czego? Liścia sałaty?
– Obrażasz ślimaczki! Jak możesz?!
– Całkiem łatwo.
Marie ze spokojem przysłuchiwała się tej jakże fascynującej wymianie zdać. Zrobiła krok do tyłu. Nagle zdała sobie sprawę, że w tym szaleństwie jest coś kojącego. Potoczyła wzrokiem po zebranych siatkarzach. Maks dalej kłócił się z Bartkiem. Fornal i Kochanowski rechotali opętańczo. Popiwczak próbował zdjąć z Szalupy płaszcz z ręcznika i sam się w niego zakręcił.
Było głośno. Było radośnie. Było cholernie doskonale.
Do pełni szczęścia brakowało tylko kury.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz