wtorek, 22 września 2026

12. Atak kanadyjskiego jednorożca

 Kolejne kilka dni wymagała od Marie niezmożonych pokładów samozaparcia. Przede wszystkim Timote był wszędzie. W hotelu. Na siłowni. Na hali treningowej. Biegał wokół francuskich siatkarzy, nosił za Blainem sterty elektroniki (na cholerę im trzy tablety? Marie z Grzesiem mieli po jednym i doskonale sobie radzili), i do tego jeszcze nieznośnie idealnie wypełniał wszystkie dokumenty. Gdy pierwszy raz zobaczyły tabelki po meczu z Bługarią, wypełnione równiutkim kształtnym pismem, prawie szlag ją trafił. Szczególnie, że obok leżały jej własne, z których sama ledwo potrafiła się odczytać. 

A najgorsze, że Timo wydawał sobie wziąć do serca, trzymanie się od niej z daleka. Gdyby był wredną mendą, to mogłaby mu przynajmniej nawrzucać. Ale nie, on postanowił zachowywać się w stu procentach profesjonalnie. Każdego ranka witał ją grzecznie na śniadaniu i przepuszczał w kolejce do rogalików. Na zebraniach opiekunów odpowiadał na wszystkie pytania, dostarczał niezbędne papiery, a raz nawet przyniósł jej do pokoju protokoły odbioru hali, których zapomniała z wieczornego zebrania. Nie powiedział wtedy ani słowa, wcisnął dokumenty pod drzwi i po prostu sobie poszedł. 

Marie myślała, że go rozszarpie. Na strzępy. Na malutkie kawałeczki. A potem zakopie gdzieś pod nowiutką autostradą. W Stanach cały czas powstają nowe autostrady.  

Niestety mogła jedynie zacisnąć zęby i wysoko unieść głowę. W końcu w ogóle jej to nie ruszało prawda?

Przynajmniej chłopcy nie zawodzili, od początku dbając, by czuła się potrzebna. Poziom wydarzeń dziwnych tudzież podejrzanych utrzymywał się na stałym, przyzwoitym poziomie, zapewniając IOS uzasadnienie dla zatrudniania opiekunów

Weźmy na przykład dzień meczu z Brazylią. Marie jak zwykle zeszła na śniadanie jako jedna z pierwszych. Upewniła się, że w ekspresie jest zapas kawy, zaopatrzyła się w odpowiednią dawkę węglowodanów w postaci rogalików z czekoladą i wcisnęła za stolik pod oknem. Timiego jeszcze nie było, Grzesia jeszcze nie było, jedynie Flora Naval, opiekunka Amerykanów, dosypiała przy stole w kącie nad miską z tęczowymi płatkami. 

Cisza. Spokój. Idealny, tak wytęskniony spokój. 

Marie westchnęła błogo, upijając łyk z wielgachnego kubka z kawą. Odgryzła kawałek rogalika. Był skandalicznie słodki i lepki, sam cukier z cukrem, ale tego właśnie potrzebowała. Na zdrowe odżywianie mogli sobie pozwolić zwykli ludzie, a nie opiekunki do dwumetrowych przedszkolaków. 

Podniosła w końcu wzrok znad talerza i zmarszczyła brwi. W progu jadalni stał Kuba Nowak. Młody środkowy przestępował z nogi na nogę, nerwowo rozglądając się po pomieszczeniu. Gdy jego spojrzenie skrzyżowało się ze spojrzeniem Marie, bardzo głośno i bardzo znacząco przełknął ślinę. 

Marie znała to przełykanie śliny. Jeszcze nigdy nie wróżyło nic dobrego. 

Uniosła pytająco brew. Kuba odwrócił wzrok. Uniosła dwie brwi. Środkowy tylko wzruszył ramionami. Skrzyżowała ręce na piersi. Kuba uśmiechnął się przepraszająco. Westchnęła głęboko po czym ze zrezygnowaniem machnęła ręką. 

Nowak rzucił się do przodu, jakby go sam diabeł gonił. Wsunął się na kanapę naprzeciwko Marie i pochylił się nad stołem. 

– Mam problem – wyszeptał konspiracyjnie. 

– Tego to się domyśliłam. 

– Z Maksem mam problem. 

– A to coś nowego – dziewczyna położyła łokcie na stole i oparła głowę na splecionych dłoniach. – Czyżby nawet wasz dziecięcy pakt miał termin ważności? 

– Co…? Nie, nie! – Kuba stanowczo pokręcił głową. – Ja kocham jego, on kocha mnie, wszyscy się tutaj kochamy… 

– Emilka o tym wie? 

– Tylko możliwe, że znalazł się w odrobinę krępującej sytuacji – uśmiechnął się przepraszająco. 

Marie bardzo nie chciała wiedzieć więcej. Naprawdę. Gdyby mogła, kazałaby Nowakowi iść sobie w cholerę, są w końcu dorośli, niech sami wyciągają się z kłopotów. Problem polegał w tym, że dosłownie dostawała pieniądze za ratowanie ich cennych, siatkarskich tyłków. I całkiem to lubiła (choć nie przyznawała się do tego głośno). 

– Prowadź w takim razie – westchnęła, zgarniając z talerza ostatniego rogalika na drogę. – Ale jeśli pojawi się zagrożenie mojego zdrowia psychicznego, to idę po Grzesia. 

Kuba wyszczerzył się triumfalnie. Odsunął krzesło i obijając się o sąsiednie stoły, pognał w stronę wind. 

Zaprowadził Marie do pokoju, który dzielił z Maksem. Pomimo słonecznego poranka w środku panował półmrok. Grube zasłony zaciągnięto starannie, a jedynym źródłem światła była jasna poświata sącząca się spod drzwi do łazienki.

– Tylko się nie wystrasz – ostrzegł ją lojalnie Kuba.

Dziewczyna uniosła pytająco brew, ale nic nie powiedziała. Pchnęła do drzwi do łazienki, w duchu przygotowując się na wszystko. Załamanie nerwowe? Poradzi sobie. Krwawa jatka piłą łańcuchową? Luzik. Apokalipsa różową farbą do włosów? Miała na to procedurę w podręczniku. 

Tego, co zobaczyła nie mogła przewidzieć żadna procedura. 

Maks Granieczny siedział skulony pod prysznicem w samej pidżamie. Materiał kleił się do jego pleców, podobnie jak włosy, które wyglądały jak pokryte jakąś gęstą mazią. 

A do tego cały był w cekinach. Tęczowych, błyszczących cekinach, które przykleiły mu się do koszulki, do nagiej skóry i do włosów. Odbijały ostre, łazienkowe światło, co sprawiało, że polski libero wyglądał jak ludzkich rozmiarów kula dyskotekowa. 

Marie gapiła się na niego przez kilka bardzo długich sekund. Jej mózg próbował przetworzyć to co widzi, ale za każdym razem wyrzucał błąd. Zwarcie systemu. Przegrzanie obwodów. 

Ostatecznie po prostu zgięła się w pół i wybuchła śmiechem.

– Ja pierniczę… Tego się nie spodziewałam! – rechotała, trzymając się za brzuch. – Maksiu, muszę przyznać, przeszedłeś samego siebie!

– Bardzo śmieszne – burknął Granieczny. – Dziękuję za okazane współczucie! 

– Oj, przepraszam no – Marie przykucnęła przed nim, nieudolnie próbując opanować kolejny wybuch śmiechu. – Po prostu… to bardzo oryginalna stylówka, myślę, że możesz dyktować nowe trendy w modzie. Mam nadzieję, że zrobiłeś zdjęcie – szepnęła do Kuby, a gdy ten przytaknął szybko, zwróciła się z powrotem do Maksa. – To teraz na spokojnie opowiedz mi, co tu się wydarzyło? 

– Przeżyłem prawdziwą chwilę grozy! – Maks westchnął dramatycznie. – Zaatakował mnie syrop klonowy! 

– Syrop klonowy? – Marie zamrugała szybko, nie dowierzając w to co słyszy. – Jak mógł cię zaatakować syrop klonowy? 

– No normalnie – prychnął. – Był bardzo zacięty i bardzo mściwy! 

– Maks zostawił niedokręconą butelkę na półce – wyjaśnił za kolegę Kuba. – Na tej nad łóżkiem. Wymsknęła mu się z rąk, gdy chciał ją ściągnąć. 

– Okeeej, ma to sens. – Krasicka powoli pokiwała głową. – Ale skąd cekiny? 

Siatkarze wymienili znaczące spojrzenia. Maks znów westchnął. Do wizerunku księżniczki Disney’a brakowało mu tylko bufiastej sukienki. 

– To z mojego podręcznego zestawu hafciarskiego – przyznał w końcu Kuba. 

– Haftujesz? 

– Jestem człowiekiem wielu talentów. 

– A w to akurat nie wątpię – mruknęła pod nosem Marie. – Czy chcę dokładnie wiedzieć, jak te cekiny znalazły się na Maksie? – dodała już głośniej. 

Chłopcy synchronicznie pokręcili głowami. Dziewczyna potarła palcami skronie. Wstała powoli, jednocześnie uważnie przyglądając się Maksowi. Jej mózg znów zaczął działać na podwyższonych obrotach. 

– Rozumiem, że nie udało wam się tego po prostu zmyć? – zapytała, ostrożnie sięgając po jeden z cekinów, który zaplątał się we włosy Maksa. 

– Próbowaliśmy. Nie chcemy też zatkać odpływu. 

Marie w zamyśleniu podrapała się po policzku. Cekinów było zbyt dużo, by każdy zdejmować pojedynczo. Użyć papieru ściernego? Maks mógłby nie wyjść z tego w jednym kawałku. To może ręczników papierowych? Nieee, też się przyklei i będą mieli siatkarską, cekinową mumię. Woda nadal pozostawała najlepszą opcją. Może z dodatkiem płynu do naczyń, ten mogła załatwić z kuchni. Tylko co z tymi cekinami…? 

– Potrzebujecie pomocy? 

Marie podskoczyła wystraszona. Odwróciła się na pięcie i zmięła w ustach przekleństwo. Oczywiście, że w progu stał Timote Antiga. I oczywiście, że trzymał w ręku dwie rolki do ubrań, które idealnie będą nadawać się do ściągania cekinów. 

– Radzimy sobie – syknęła przez zaciśnięte zęby. 

– Na pewno? Nie wygląda to najlepiej – Timo dalej drążył. Jego twarz wydawała się okazywać czystą, anielską troskę. O nie, nie z Marie takie numery. Ona nie da się nabrać! Nie i koniec! 

– Może będę mógł pomóc. Co dwie głowy to nie jedna, prawda?

Przygryzła wargę. Wizja potraktowania Maksa jak leniącego się kota wydawała się coraz bardziej kusząca. Przede wszystkim dlatego, że była rozsądna. Całkiem przemyślana. Możliwe, że nawet efektowna. 

Czyli dokładnie taka, jakiej spodziewała się po Timotim. 

– No jasne! – zanim zdążyła zareagować, Maks prawie wypruł spod prysznica i padł Antidze w objęcia. Dobrze, że zatrzymał go Kuba. Jeszcze by się skleili ze sobą, cholera wie, jaką siłę adhezji ma amerykański syrop klonowy.  – Tu trzeba kooperacje zastosować! Międzynarodową burzę mózgów wdrożyć! Prawda, Marie, prawda?

– Ty się Granieczny nie odzywaj, bo zastosujemy metody pierwotne – pogroziła mu palcem opiekunka. – Będziesz stał przed hotelem w samych majtkach i cię szlaufem potraktujemy. A jak będzie trzeba, to i bez gaci. 

– Czy uprawnienia opiekunów obejmują oglądanie swoich podopiecznych jak ich Pan Bóg stworzył? – głośno zastanawiał się Timo. 

Marie wytrzeszczyła oczy. 

– Dżiiiz, mam nadzieję, że nie! 

– Aż tak przeraża cię ta wizja? 

– Mnie to tam wisi – machnęła lekceważąco ręką. – Ale moja matka była opiekunką. Przez dziesięć lat. W drużynie, w której grał twój ojciec. 

Czyste przerażenie przemknęło przez twarz chłopaka. 

– Nie chcę o tym myśleć. 

– Ja też nie. 

– Nie wspominajmy o tym nigdy więcej. 

– Nigdy. 

Zgodnie kiwnęli głowami, a potem jednocześnie obrócili się do Maksa, który nadal kulił się pod prysznicem, wyglądając jak ofiara ataku kanadyjskiego jednorożca. Kuba kucał obok i pokrzepiająco trzymał kolegę za lewe przedramię. A raczej udawał, że trzyma, bo ręka zawisła mu tuż nad klejącą się od syropu skórą. 

– Nie jestem pewna czy te taśmy to dobre rozwiązanie… A jeśli jeszcze bardziej się przykleją? 

– Oh, daj spokój, Marie – Środkowy zrobił słodkie oczy. – Zresztą, czy masz lepszy pomysł? 

Dziewczyna fuknęła wściekle. Nie miała. Wyrwała Timiemu rolkę i odwróciła się do Maksa, który nagle wydawał się dziwnie ukontentowany swoim położeniem. Bez zająknięcia dał sobie pomóc zdjąć oblepioną syropem koszulkę, a potem siedział grzecznie bez ruchu, gdy opiekunowie starannie zdejmowali z niego kolejne cekiny. 

Przez cały ten czas Marie starała się nie patrzeć na Timotiego. Skupiała wzrok na taśmie rolki, na Maksie, nawet na drobnych bliznach na palcach Antigii, ale żadne skarby nie patrzyła mu w twarz.  Żeby sobie przypadkiem nie pomyślał, że teraz będą współpracować, czy coś! Za żadne skarby. 

– Na włosy masz jakiś pomysł? – zapytała, gdy skończyli pierwszą część. Wokół nich walały się oderwane kawałki taśmy, Maks nadal siedział pod prysznicem, ale przynajmniej świecił się już tylko troszeczkę. 

– Pęseta? 

– A masz jakąś? 

– A mam. 

Oczywiście, że miał. Z kieszeni wyjął nawet trzy i to w różnych rozmiarach. Marie zazgrzytała zębami. Zawsze przygotowany na wszystko. Żeby nie było, też miała pęsetę. Ale u siebie w pokoju. W podręcznym zestawie ratunkowym opiekuna. No i jej była zwykła, do wyciągania drzazg lub kleszczy, a nie taka jakaś cienka i dziwnie pozaginana. 

– To do kondensatorów – wyjaśnił Timote, widząc jej zaskoczone spojrzenie. 

– Kondensatorów? 

– Później wyjaśnię. 

– Chyba nie chcę wiedzieć. 

Chłopak tylko wzruszył ramionami. Zaczął precyzyjnie wyciągać cekiny z włosów Graniecznego, a Marie nie miała wyjścia, musiała do niego dołączyć. 

Odrobinę niepokoił ją fakt, że przez cały ten czas Maks nie pisnął nawet słowem. Kuba zresztą też. Środkowy usiadł na zamkniętej toalecie i w skupieniu przyglądał się działaniom opiekunów. Jedynie co pewien czas znacząco spoglądał na kolegę z boiska. Libero odpowiadał równie znaczącym spojrzeniem. 

Co oni knuli…? 

– Dobra, chyba wszystkie – Po dziesięciu minutach Marie z ulgą odłożyła pęsetę. – Umyć już chyba umiesz sam, czy z tym też masz dwie lewe rączki? 

– Raczej sobie poradzę. 

– Doskonale i tak bym ci nie pomogła. Tylko tempo, bo nie zamierzam się z tego tłumaczyć Nikoli.  

Chciała wstać, ale powstrzymał ją Timote. 

– Jeden ci zaplątał…  – Zanim zdążyła zareagować, pochylił się w jej stronę. Jego palce znalazły się przy jej uchu. Delikatnie wyplątał zagubiony cekin z kosmyka włosów, który wyślizgnął z jednego z warkoczyków. 

Zamarła. Timo zastygł w kucki, z cekinem w dłoni, z palcami zaledwie kilka centymetrów od jej twarzy. Jego spojrzenie było spokojne, niewzruszone, dokładnie takie, jakie zapamiętała z wspólnych sesji nauki czy długich nocy jeszcze w Rzeszowie, które spędzali włócząc się po śpiącym mieście. 

Jednak gdzieś na dnie jego niebieskich oczu dostrzegła coś dziwnego.  Nieznany błysk. Tęsknotę? Wyrzut sumienia? 

Zanim zdążyła zastanowić się nad tym uczuciem, do rzeczywistości przywrócili ją oczywiście siatkarze. Sztuk dwa. Tak, jakby zapomniała jaki ma cel w życiu. 

– To my się przygotujemy na śniadanie – stwierdził nagle Maks, a Kuba przytaknął mu pospiesznie. – A wy sobie idźcie, spokoju potrzebujemy. – Prawie wypchali opiekunów za próg. Gdy drzwi zamknęły się za nimi z hukiem, Timo i Marie zostali na korytarzu sami. 

– To ten... dzięki za pomoc – Marie nerwowo przestąpiła z nogi na nogę, ze wszystkich sił starając się nie patrzeć na chłopaka. 

– Nie ma sprawy – wzruszył ramionami Antiga. 

Zapadła niezręczna cisza. Napięcie między nimi można byłoby kroić nożem, a nawet piłą łańcuchową. Marie czuła na sobie wzrok przyjaciela, ale uparcie to ignorowała. Konsekwentnie udawała, że jest wyjątkowo zainteresowana pstrokatą, niebiesko–różową wykładziną, która odstawała przy ścianie. 

– Mam coś dla ciebie – powiedział nagle Timo. 

– Dla mnie? 

– Yhm – sięgnął do kieszeni spodni i wyciągnął dwa małe, niebieskie opakowania. – Wiem, że po tych słodyczach podobno świeci się w ciemności... ale od czasu do czasu można, prawda? – uśmiechnął się ciepło. 

Marie otworzyła szeroko oczy. Na dłoni Timotiego leżały bowiem pop–tartsy, jeden czekoladowy, drugi z tęczową posypką. Słynne amerykańskie słodkości, jedne z nielicznych, na których zakup nigdy nie mogła namówić rodziców, a teraz, gdy teoretycznie była już dorosła, miała jakieś opory przed kupowaniem. 

– Wiesz, że tu jest cała tablica Mendelejewa? – zapytała, ostrożnie biorąc pierwszą paczkę. – Może mi wyrosnąć trzecia ręka. Albo druga głowa. 

– Nie wiem czy polska reprezentacja wytrzyma dwie gadające Marie. 

Parsknęła mimowolnie śmiechem. Zaraz jednak spoważniała. Sięgnęła po drugiego batona i przez chwilę ważyła oba w dłoniach. Nieudolnie próbowała opanować mętlik w głowie. Chciała powiedzieć coś mądrego. Naprawdę. Patrzyła na stojącego przed nią Timiego, na jego nieśmiały uśmiech i wyczekujące oczy, a mur, który budowała wokół siebie od przyjazdu do Stanów powolutku zaczynał się kruszyć. 

– Timo.. 

– Tak? 

– Ja...

– Popular! You’re gonna be popular!

Piskliwy wokal Ariany Grande poniósł się po korytarzu. Marie odskoczyła jak przerażona. Przeklęła pod nosem, niezgrabnie wygrzebując z kieszeni komórkę. Na ekranie zamigotało zdjęcie Nika. 

– Przepraszam, muszę odebrać – mruknęła do Antigii. – Dzięki wielkie za tarty! – rzuciła jeszcze, odbiegając w stronę swojego pokoju. Zatrzaskując za sobą drzwi, nie mogła widzieć zrezygnowanego wzroku Timotiego. 

Róża na szczęście poszła już na śniadanie, więc pokój był pusty. Marie odebrała połączenie, włączyła głośnomówiący i z przeciągłym jękiem padła na łóżko. 

– Cierpisz? – padło z telefonu. 

– Nawet nie wiesz jak bardzo! – kopnęła nogą w powietrzu. – Oni mnie wykończą, Nik! Zamordują! Doprowadzą na skraj wytrzymałości! 

– Co tym razem zrobili? 

– Bawili się w małych artystów. 

– Że co proszę? 

Opowiedziała Nikowi o przygodzie Maksa z syropem klonowym i cekinami. Gestykulowała przy tym zawzięcie, wyrzucała ręce w górę i urywała zdania, a słoweński atakujący za każdym razem parskał śmiechem. Nie włączył kamerki, nie mogła widzieć jego twarzy, ale była pewna, że co chwile przewraca oczami. Mięśnie w oczodołach sobie naciągnie, jak tak dalej pójdzie!

– Wy naprawdę jesteście drużyną specjalnej troski – stwierdził, gdy Marie w końcu skończyła opowiadać. – Powinniście z Grzesiem dostawać dodatek za pracę w trudnych warunkach. 

– I urlop na podratowanie zdrowia – parsknęła. – Najlepiej w jakimś Kurakao albo innym Zielonym Przylądku. Gdzieś, gdzie nie ma siatkówki! Ale dość o moich dzieciach – odwróciła się na brzuch i oparła głowę na rękach. – Jak sytuacja w Belgradzie? 

Po drugiej stronie na moment zapadła cisza. Przez ułamek sekundy Marie myślała nawet, że zerwało połączenie. Zerknęła na ekran i w tym samym momencie Nik westchnął głęboko. 

– Jest... dobrze. Tak, jest dobrze.

Marie poruszyła się nerwowo na łóżku. Coś w jego głosie jej nie pasowało. Wiedziała, że może być zestresowany nadchodzącym meczem, Iran niby nie był w tym sezonie silny, ale Słowenia miała szanse przyklepać sobie tym meczem awans do turnieju finałowego. Nik był podstawowym graczem, trener Soli wypuszczał go w pierwszej szóstce w każdym meczu. Marie podejrzewała, że taka odpowiedzialność mogła przytłoczyć nawet genialnego Mujanovicia. 

– Stresujesz się meczem? 

– Trochę – przyznał jakby niechętnie. – Tak niewiele brakuje do awansu... Głupio byłoby wypuścić to teraz z rąk. 

Marie zacisnęła zęby. Wiedziała, jak przewrotna bywała siatkówka, znała też dotychczasowe sukcesy reprezentacji Słowenii. Trzy srebrne medale Mistrzostw Europy, ostatni sprzed pięciu lat, były z jednej strony obietnicą sukcesów, a z drugiej przekleństwem. Słowenia zawsze podgryzała najlepszych. Polskę, Włochów, Brazylijczyków. Zawsze gdzieś z przodu, w ćwierćfinałach, półfinałach, ale nigdy na najwyższym stopniu podium. Po pięciu latach wszyscy mieli apetyt na medal. Pierwszy w Lidze Narodów. Pierwszy w jakichkolwiek rozgrywkach interkontynentalnych. 

– Poradzisz sobie – dziewczyna wyszczerzyła się do telefonu. – Jesteś objawieniem sezonu, jak słucham dziennikarzy, to tylko Mujanović to, Mujanović tamto, zaraz mi z lodówki wyskoczysz! 

– Skoro tak mówisz... 

Usiadła gwałtownie. Zmrużyła oczy, czując dziwny ucisk w klatce piersiowej. Gdzieś między wątrobą, a woreczkiem żółciowym. To nie brzmiało jak jej Nik. Jej Nik parsknąłby śmiechem i zupełnie poważnie stwierdził, że jest świadomy swojej genialności. A potem zacytowałby kolejną sztampową piosenkę country, którymi zadręczał dziewczynę. 

– Pierdolisz, Mujanović – odruchowo weszła w tryb opiekunki. – Mów, co ci leży na tym włochatym serduszku?

Nik długo nie odpowiadał. Gdy jednak w końcu się odezwał, w jego głosie słychać było napięcie, jakby każde słowo dobierał z ostrożnością sapera. 

– Twój przyjazd do Słowenii nadal aktualny, prawda? 

– Jak najbardziej – odparła zbita z tropu Marie. – Już nawet dogadałam się z tatą, że pożyczy mi samochód. I mama mi nocleg w Czechach zaklepała, co bym dwanaście godzin za kierownicą nie siedziała. Średnio jej się podoba, że jadę sama, ponarzekała trochę, jak to on, w sumie to mogłabym… Ej, ale to nie jest odpowiedź na moje pytanie! 

Atakujący odetchnął głęboko. Po jego stronie rozległ się szelest materiału, pościeli albo poprawianej koszulki treningowej. 

– Trochę dziwnie się czuję z tym wszystkim – przyznał w końcu. – Odległością, czasem. Że pierwszy i jak na razie ostatni raz widzieliśmy się w Chinach. 

– Czy ty tęsknisz, Nik? 

– Odrobinę. 

Marie rozpłynęła się w środku. Dosłownie. Wbiła twarz w poduszkę, próbując stłumić pisk rozczulenia. Ciepełko, które owijało się wokół jej serduszka za każdym razem, gdy rozmawiała z siatkarzem, teraz zaczęło powoli rozchodzić się po całym ciele. 

– Jesteś nieznośnie uroczy, Mujanović – sapnęła, nadal przytulona do poduszki. – Jeszcze powiedz, że bywasz zazdrosny. 

Cisza po drugiej stronie była bardzo wymowna. 

– Oj, Nikuś… 

– Nie nazywaj mnie, Nikuś – prychnął. W jego głosie znów było słychać buńczuczną nutę. – Tylu przystojnych siatkarzy się wokół kręci, mogę odczuwać lekki niepokój, prawda? 

– Sam jesteś jednym z nich, zapomniałeś? 

– Przystojnym siatkarzem? 

– I to jak cholera – Marie zarumieniła się mimowolnie. W duchu podziękowała sobie, że nie włączyła kamerki. Usiadła po turecku i przytuliła poduszkę do siebie.  

– Dobrze, że w tej kwestii się zgadzamy – parsknął Nik. – Muszę już kończyć, zaraz jedziemy na halę. 

– W takim razie powodzenia, Nik. 

– Powodzenia Marie. Nie daj się zamęczyć tej bandzie przedszkolaków. 

Gdy telefon zamilkł, opadła z powrotem na łóżko. Podłożyła ręce pod głowę, a wzrok wbiła w sufit. Uczucie gniecenia nie minęło. W myślach w kółko odtwarzała rozmowę z Nikiem. 

Tęsknił za nią, ten głupek naprawdę za nią tęsknił. Choć łącznie spędzili razem może kilkanaście godzin na żywo, choć ich kontakt ograniczał się wymieniania miliona wiadomości, memów i głupich filmików, które tłumaczyli sobie nawzajem. 

Przymknęła oczy, próbując przypomnieć sobie, jak wyglądał, gdy widzieli się po raz ostatni. To musiało być w Linyi, w hotelowym holu. Reprezentacja Polski zbierała się na lot do Pekinu, Słoweńcy odlatywali dopiero po południu. Nik zszedł jednak na dół, by się z nią pożegnać. Miał na sobie starą, jasno zieloną koszulkę reprezentacji Słowenii juniorów, siatkarskie skarpety i klapki, które klekotały przy każdym kroku. Musiał dopiero wyjść spod prysznica, bo mokre włosy kleiły mu się do twarzy i co chwilę odgarniał je za ucho. 

– Liczę, że spotkamy się w finałach – powiedział wtedy, uśmiechając się podstępnie. – Chiny chyba są dla nas szczęśliwe. 

– Tak uważasz? – zaczepnie przekrzywiła głowę. Autokar zaraz miał odjechać, a oni stali za filarem, niewidoczni dla reszty świata, ukryci przed ciekawskimi spojrzeniami, przed cichymi plotkami. 

– Jestem tego pewien. – Przyciągnął ją do siebie i pocałował ostrożnie, jakby bojąc się jak zareaguje. 

Kolana się pod nią ugięły, a motyle w brzuchu zatrzepotały radośnie. Oparła dłoń na jego piersi, nieznacznie pogłębiając pocałunek. Nik pachniał zwykłym mydłem i kiepską kawą, którą podawali przy śniadaniu. 

– Myślę, że muszę lepiej motywować chłopców by walczyli o finał – stwierdziła, gdy w końcu odsunęli się od siebie. 

Atakujący roześmiał się głośno i po raz ostatni zamknął dziewczynę w szczelnym uścisku.  

Dobry miesiąc później, leżąc na łóżku w amerykańskim hotelu, Marie próbowała sobie przypomnieć, jak smakował tamten pocałunek. Była w stanie przywołać jedynie cień uczucia, cień tamtych motyli. Czy to za tym tęsknił Nik?

I – co ważniejsze – czy to za tym sama tęskniła?

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz