poniedziałek, 21 września 2026

11. Jesteś na cenzurowanym, Antiga

 W normalnych okolicznościach Marie uważała się za całkiem inteligentną osóbkę. Może nie najmądrzejszą, sporo głupot w życiu popełniła, ale raczej w dopuszczalnym zakresie. Zazwyczaj starała się zachowywać racjonalnie. Logicznie. Zgodnie z przyjętymi procedurami, zaleceniami i zdrowym rozsądkiem. 

A teraz kompletnie zgłupiała. Gdy w drzwiach stanął Timote Antiga, jej mózg kompletnie odmówił posłuszeństwa. Nie potrafiła wyksztusić ani słowa. Mogła tylko to otwierać, to zamykać usta, w duchu modląc się o chociaż cień racjonalności. Jedną sensowną myśl, która będzie kompromisem pomiędzy chęcią rzucenia się przyjacielowi na szyję, a przywaleniem mu. 

–  Co ty tu robisz? – tylko tyle była w stanie wydukać. Sklęła w myślach samą siebie. Przecież to nie była królowa Anglii, tylko Timo! Jej Timo! Ten idiota, z którym dzieliła mieszkanie, deskę do prasowania, zamiłowanie do Gravity Falls i karnet na siłownie, bo obydwoje mieli za mało silnej woli, by na nią chodzić. 

Do tego jeszcze wyglądał jakoś tak... inaczej. Jasne jak zboże włosy urosły mu przez te dwa miesiące i teraz prawie dotykały ramion. Na okrągłej twarzy miał lekki zarost, przez co wydawał się starszy, choć przecież byli rówieśnikami. Granatową polówkę reprezentacji Francji wystawała mu z jasnych spodni, a na ramiona zarzucił lekki, wełniany sweter, pomimo, że na zewnątrz było chyba z trzydzieści stopni. 

– Ratuję ci tyłek – odparł, bezwiednie bawiąc się skórzanym paskiem od zegarka. – To chyba nic nowego, prawda, Marie?

Wzdrygnęła się mimowolnie. Jak zawsze przeciągnął ostatnią sylabę jej imienia. Kiedyś uważała to za całkiem urocze. Teraz zabrzmiało jak kpina. 

– Nie wkurzaj mnie, wiesz, że nie o tym mówię – fuknęła, starając się odzyskać dawny rezon. – Co robisz w Stanach? I to w tej koszulce? Dlaczego... No chyba sobie jaja robisz!

Dopiero teraz dostrzegła naszywkę na ramieniu. Olimpijski znicz w dwóch okręgach. Logo IOS, dokładnie takie samo, jakie nosiła na swojej własnej koszulce młodszego opiekuna. Kolejne elementy układanki wylądowały na swoich miejscach. 

– Ty! – wściekle wycelowała w Timiego palcem.  – Ty mendo! Płazińcu! To ty jesteś tym stażystą Blaina?! Tym od podłączania routerów?! I nic mi nie powiedziałeś?! Baran! Lew podwodny! Cholerny karaczan!

Timo cierpliwie zaczekał, aż skończy się uzewnętrzniać. Gdy Marie wyczerpała zasób odzwierzęcych obelg, podszedł do stołu i przesunął po blacie jej paszport. 

– Witamy w USA – powiedział, starannie akcentując każdą sylabę. – Zamierzasz się tak gapić jak ciele w malowane wrota, czy może łaskawie ruszysz tyłek? Twoi chłopcy czekają 

Otworzyła i zaraz zamknęła usta. Nie miała pojęcia, co powiedzieć, więc tylko zacisnęła pięści. Wstała powoli, specjalnie szurając krzesłem i nawet na moment nie spuszczając wzroku z Antigi. Bez słowa przeszła obok niego i wyszła na korytarz. Z niskiego stolika zgarnęła swoją elektronikę, paszport, na szybko upychając wszystko do wojskowego plecaka. Przygryzała przy tym wargę tak mocno, że aż poczuła w ustach metaliczny smak krwi. 

– Nie zapytasz, dlaczego tu jestem? – rzucił Timote, gdy wyszli na główną halę. Szedł kilka kroków za nią, a skórzana torba przez ramię, z którą się nie rozstawał, obijała mu się o nogi.   

– Mam to gdzieś – Marie nawet na niego nie spojrzała. Parła przez tłum ludzi, zupełnie ignorując chłopaka. Była w pracy i zamierzała wykonać obowiązki służbowe. Wszystkie. Zerknęła na zegar na jednej z licznych tablic przylotów. Przeklęła pod nosem. Strażnicy trzymali ją dobre dwie godziny, polscy siatkarze już dawno pojechali do hotelu, Grzesiu pewnie z nimi jest. Musiała jak najszybciej znaleźć transport i dołączyć do drużyny. Przecież było jeszcze tyle papierów do uzupełnienia przed turniejem. I wieczorny trening! Miała pilnować wieczornego treningu! 

– Nie ciekawi cię, dlaczego zostałem stażystą? – Timo trzymał bezpieczną odległość, ale nie dawał za wygraną. – I jak cię wyciągnąłem? 

– W dupie to mam – warknęła. Przystanęła na moment, próbując zorientować się w topografii lotniska. Znaki na suficie wskazywały, że do wyjścia w prawo, do autobusów w lewo, ale oznaczenia taksówek nie było. 

Po chwili wahania poszła w prawo.  

– Kłamiesz. 

– Wypchaj się, Antiga. 

– Marie!

Chwycił dziewczynę za nadgarstek. Zamarła. Odwróciła się powoli. Timote stał tuż przed nią. W jego jasnych, błękitnych tęczówkach malowała się desperacja. Dopiero teraz dostrzegła, że jest bledszy niż normalnie.  I, że ma cienie pod oczami, jakby od dawna nie wyspał się porządnie. 

Przez ułamek sekundy chciała odpuścić. Uśmiechnąć się i przytulić do przyjaciela. Cholera, stęskniła się za nim. Za jego spokojem, trafnymi żartami i nawet za tym kpiącym marszczeniem brwi. 

Ale potem przypomniała sobie ich kłótnie. I wszystkie wiadomości, na które nie odpisał. Dwa miesiące ciszy, ignorowania i unoszenia się dumą. 

– Nic. Mnie. To. Nie. Obchodzi – wysyczała po francusku. – Puszczaj albo zacznę krzyczeć. 

Timo posłusznie puścił jej rękę. Nie odsunął się jednak. Po ojcu miał prawie dwa metry wzrostu, więc musiała zadrzeć głowę, by wytrzymać jego spojrzenie. Czy dostrzegła w nim zawód? Możliwe. Czy zamierzała się tym przejmować? Ani trochę. 

– Zamierzasz wykosztować się na Ubera? – rzucił, chowając ręce do kieszeni. Jego głos był spokojny, ramiona opuszczone. Jedynie lewa powieka drżała nieznacznie. Idiotyczny tik, którego Marie już prawie nie zauważała, a który pojawiał się zawsze, gdy Timo się denerwował. 

– A masz z tym jakiś problem? 

Zmrużyła oczy. Niby od niechcenia poprawiła jeden z warkoczyków i skrzyżowała ręce na piersi. 

– Nie no, jak wolisz – wzruszył ramionami. – Ale proponuję podwózkę. – Wyciągnął z kieszeni kluczyki z logo Forda. – Chyba, że chcesz wyskoczyć ze stu dolarów. Albo nawet stu dwudziestu. Lubią tu naciągać naiwnych turystów. 

Spojrzała na niego spode łba. Korciło ją, by odwrócić się na pięcie i po prostu odejść. Zignorować istnienie Timotiego, nie potrzebowała go, była dorosła i odpowiedzialna. Tytuł Młodszego Opiekuna do czegoś zobowiązuje.  

Tylko, że była wykończona, wszystko ją bolało i po prawie dwudziestu godzinach w podróży chyba zaczynała podśmierdywać. Marzyła o prysznicu, kolacji i tej wielkiej paczce żelków, którą upchała przed wyjazdem na dno walizki. 

I jakaś tajemnicza siła nie pozwalała jej tak po prostu odwrócić się na pięcie i odejść. 

– Niech będzie – mruknęła niechętnie. 

Timote uśmiechnął się miękko, co Marie skwitowała tylko kolejnym prychnięciem. Niech sobie nie myśli, że ją udobruchał. Jak tylko nadrobi poziom węglowodanów w organizmie, pokaże mu, co myśli o całej tej konspiracji. 

Samochód IOS stał na małym parkingu z boku lotniska. Marie zamierzała twardo milczeć całą drogę. Usadowiła się na siedzeniu pasażera, oparła brodę o plecak, a wzrok wlepiła w płaski krajobraz za oknem. Czuła na sobie cierpliwe spojrzenie Timiego. Nawet nie drgnęła, gdy gładko wyjechali z parkingu i ruszyli przedmieściami Chicago. 

Timo wytrzymał całe cztery minuty ciszy. Choć o tej porze na drogach panował ścisk, bez trudu manewrował między samochodami, doskonale wiedząc, gdzie jedzie, jakby całe życie spędził na ulicach wietrznego miasta. Gdy zatrzymali się na pierwszych światłach, poprawił tylne lusterko, a potem zwrócił się do Marie. 

– Grzegorz Rozkosz się o ciebie martwił – zaczął spokojnie. – Już na lotnisku awanturował się ze strażnikami, ale nie chcieli cię wypuścić. Więc pojechał z drużyną do hotelu i uruchomił kontakty IOS. Po godzinie sprawa była wyjaśniona, choć nieźle się rzucali. Podobno twoja mama musiała interweniować. Wysłali mnie żebym cię zgarnął, zanim zrobisz coś głupiego. 

Marie przewróciła oczami. Ona i coś głupiego? Niemożliwe. Przecież była najbardziej rozsądną, odpowiedzialną i logicznie myślącą osóbką w promieniu stu kilometrów. 

No dobra, dwudziestu metrów. Szczegóły. 

– Złamali z milion przepisów – burknęła, bardziej do siebie niż do Timotiego. – Mogłabym ich pozwać o naruszenie umów międzynarodowych.

Chłopak uśmiechnął się pod nosem. 

– Cała Marie. 

– Co proszę?

Zmrużyła oczy. Powoli obróciła głowę i zmierzyła Timiego najbardziej oceniającym spojrzeniem, na jakie było ją stać. Co oczywiście nic nie dało. Nadal w skupieniu patrzył na drogę i tylko kąciki ust miał lekko uniesione. 

Coś ścisnęło ją w żołądku. Jej wzrok mimowolnie uciekł na kierownicę. Zmarszczyła brwi. Palce Antigi pokryte były pojedynczymi, małymi białymi śladami. Dostrzegła też większą, czerwoną bliznę na nadgarstku. Lekko lśniącą, jak po oparzeniu. 

– Tylko ty po spotkaniu starego przyjaciela szykujesz się do międzynarodowego procesu – podsumował Timote. Wrzucił kierunkowskaz i bez wahania wjechał na olbrzymie rondo, które miało zdecydowanie za dużo pasów ruchu, za dużo zjazdów i za dużo oznaczeń. Przynajmniej jak na gust Marie. 

– Nie dam sobą pomiatać – prychnęła. – Zresztą, nie patrz tak na mnie! Nadal z tobą nie rozmawiam! – wycelowała w chłopaka palcem. 

Timo tylko uniósł jasną brew. 

– Właśnie to robisz. 

– Wyjątek potwierdzający regułę. Od teraz z tobą nie rozmawiam! Nada!

Obróciła się plecami do kierowcy, mocniej przytuliła plecak, a czoło przycisnęła do szyby. Będzie dzielna i konsekwentna. I to nie było chowanie urazy, tylko świadomość własnej wartości, ot co! Asertywność! 

Oh, kogo ona próbuje oszukać. Oczywiście, że chciała zapytać. W środku dosłownie zwijała się z ciekawości. Dlaczego Timote w ogóle złożył papiery na staż? Jakim cudem dostał się do reprezentacji Francji? Co napisał w eseju i czy rekrutującym nie przeszkadzał fakt, że studiuje informatykę? Czy Arsene Blain jest aż tak straszny, jak go opisują? 

I dlaczego nic jej nie powiedział? Dlaczego milczał przez dwa miesiące, jakby jedna kłótnia wymazała dwadzieścia lat przyjaźni?

Odruchowo zerknęła na telefon. Amerykańska karta, którą dostała od Grzesia zaraz po wylądowaniu, w końcu złapała zasięg. Powiadomienia z różnych serwisów zaczęły spływać w szaleńczym tempie. Maile, lajki, oznaczenia. I wiadomość, na której widok musiała uśmiechnąć się szeroko. 

 

@nik_mujanović

Doleciałaś? Czy porwali was kosmici? 

 

Odpisała szybko, czując, że rumieni się mimowolnie. Nik był w Belgradzie, gdzie reprezentacja Słowenii walczyła o awans do turnieju finałowego. Różnica czasu robiła swoje, by wymyślić sensowne godziny komunikacji, ale cieplutko jej się robiło na myśl, że atakujący pamiętał, kiedy mieli lądować. 

 

@marie_krasicka 

Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo. Ale zaliczyłam spotkanie z nadgorliwą strażą graniczną. Wiedziałeś, że umawiasz się z irańską rewolucjonistką? 

 

@nik_mujanović

Czyli oficjalnie się umawiamy? 

 

– Co się tak szczerzysz jak głupi do sera? 

Marie pospiesznie schowała telefon do plecaka. Wyprostowała się dumnie w fotelu, nawet na moment nie odwracając głowy od okna. 

– Ząbki wietrzę. 

– Za pingwina robisz? 

– Prosto z Nowego Jorku. 

Timote parsknął śmiechem. Przez dłuższą chwilę siedzieli w milczeniu. On w zamyśleniu stukał palcami o kierownicę. Ona znowu wpatrywała się w ekran, na którym pojawiały się kolejne wiadomości od Nika.  Głównie zdjęcia z hali treningowej, bo właśnie kończyli wieczorny rozruch. Podniosła komórkę, by odpowiedzieć zdjęciami mijanego miasta, ale przerwał jej Timote. 

– Marie, ja…  – zaczął nagle. 

– Nie. 

– Daj mi chociaż… 

– Powiedziałam nie, Timo – podniosła głowę. Gdyby wzrok mógł zabijać, chłopak już dawno wybrałby się na tamten świat. – Miałeś dwa miesiące. Dwa pieprzone miesiące, żeby się do mnie odezwać. Dać znać, że żyjesz. A ty wysłałeś mi jedną okejkę! I tylko dlatego, że napisałam pierwsza! 

– Przepraszam… 

– Nie przepraszaj mi tu! – wściekle uderzyła pięścią w plecak. – Przemyśl swoje zachowanie i wtedy może, ale tylko może, łaskawie cię wysłucham. Masz tu jakieś jedzenie w ogóle?

– W schowku. 

Szarpnęła mocno za uchwyt schowka. Ze środka wypadło kilka zbożowych batoników, zdecydowanie za zdrowych i z za małą ilością czekolady. Ale darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, prawda? Zgarnęła więc wszystkie i zaczęła otwierać je po kolei, głośno szeleszcząc przy tym papierkami. 

Timo chyba planował coś jeszcze powiedzieć, niewątpliwie inteligentnego i oryginalnego, ale akurat podjechali pod hotel, w którym zakwaterowano drużyny na ostatni turniej fazy kontynentalnej Ligi Narodów. Przed wejściem czekali na nią Grzesiu z Maksem. Rozkosz spokojnie opierał się o walizkę dziewczyny, tak jakby nie wywołał prawie kryzysu dyplomatycznego. Maksiu za to dreptał w kółko, mnąc w rękaw róg reprezentacyjnej koszulki. Na widok samochodu IOS, prawie wyskoczył na drogę, wpadając im posd koła.  

– Marysiu, jesteś! 

– Granieczny, życie ci niemiłe? – opiekunka z trudem wygramoliła się z samochodu. – Naprawdę chcesz żebyśmy grali na jednego libero? 

– Ja się o ciebie martwiłem! – oburzył się Maks. – Że cię zamkną! Albo deportują! 

– Nie da się deportować kogoś, kto jeszcze nie wjechał do kraju. 

– Oni potrafią! 

W sumie musiała przyznać mu rację. Wystarczyło jedno spotkanie z amerykańską służbą graniczną, by uwierzyła przynajmniej w połowę historii, które o nich słyszała. Dobrze, że chroniły ją wpływy IOS, inaczej spędziłaby na lotnisku o wiele więcej niż dwie godziny. A to mogłoby nie skończyć się dobrze, czy to dla niej, czy to dla strażników. 

– Cieszymy się, że jesteś – Grzesiu uśmiechnął się pobłażliwie. – A tobie dziękuję za pomoc – zwrócił się do Timotiego. 

– Cała przyjemność po mojej stronie. – Chłopak mechanicznie poprawił rękawy swetra. Spojrzał na Marie i uśmiechnął się ciepło. 

Znów ścisnęło ją w żołądku. Wzdrygnęła się mimowolnie.  Wiedziała, że ten makaron w samolocie wyglądał podejrzanie!

– Trudne czasy wymagają poświęceń – oświadczyła chłodno, zarzucając plecak na ramię. – Maksiu, idziemy! Obowiązki wzywają! – Odwróciła się na pięcie po czym zniknęła wewnątrz hotelu. 

Maks, jak na porządnego chomiczka przystało, podreptał za przyjaciółką. Wsiadając do windy, Marie była gotowa, że zaraz zostanie zalana milionem pytań. Dobra, może setką. Mózg Maksa wydawał się produkować słowa w tempie szybszym niż FIVB odmraża uczestnictwo Rosji. 

Była więc cokolwiek zdezorientowana, gdy pytania nie nadeszły. Po wejściu do windy, Granieczny grzecznie stanął pod ścianą, splótł ręce na plecach, a wzrok wbił w tablicę z przyciskami. 

– Dobrze się czujesz? – Marie zmierzyła go podejrzliwym spojrzeniem. – Gorączki nie masz? Z Sokalem pogadać? Może cukier ci spadł? 

– Nie no, luz, dobrze jest – Maks nerwowo podrapał się po policzku. – Tak tylko myślę... to Timo Antiga był, co nie? 

– Owszem. 

– Porozmawialiście? 

– Ludzie ze sobą rozmawiają, Maks. To raczej nie jest nic niezwykłego. 

Libero ze świstem wypuścił powietrze. Winda w końcu zaczęła sunąć w górę. 

– Chodzi o to, że... – zaczął, ostrożnie ważąc każde słowo. – Myślałem, że może wyjaśniliście sobie, co nie co.

Marie stężała. Odetchnęła powoli, zaciskając pięści. 

– Nie ma czego wyjaśniać – warknęła.

– Ale... 

– Może skup się na graniu, zamiast prowadzić terapię małżeńską. Minąłeś się z powołaniem, Granieczny?! 

Maks zamilkł posłusznie. Spuścił wzrok i zaczął nerwowo szturchać nogą brudną wykładzinę na podłodze. Wyglądał przy tym jak bardzo mały, bardzo zbity szczeniaczek, aż Marie się głupio zrobiła. Przygryzła wargę. Po chwili wahania, objęła chłopaka ramieniem, przyciągając do siebie. 

– Przepraszam, Maksiu – mruknęła. – Po prostu jestem wkurwiona i gryzę. 

– To mam nadzieję, że zaszczepili cię na wściekliznę – prychnął siatkarz. 

Parsknęła śmiechem. Oparła czoło o jego ramię i na moment przymknęła oczy. Tylko tyle, by poczuć ciepełko bijące od przyjaciela. Miała Maksa, miała swoich chłopców, miała nawet Nika, co prawda po drugiej stronie Atlantyku, ale zawsze coś. Czego więcej potrzebowała?

Timiego podpowiedział jej głosik w głowie, ale został ostentacyjnie zignorowany. 

– Zaśniesz mi tu zaraz – Maks delikatnie szturchnął ją w ramię. 

– Nie... 

– Marysiu. 

– Dobra, zasnę. – Niechętnie puściła przyjaciela. 

Winda w końcu stanęła, a drzwi otworzyły się z cichym sykiem.  Marie wywlokła się na korytarz, ziewając przeciągle. Jet lag to jednak straszna cholera. Oddałaby tygodniowy zapas wafelków (i to cytrynowych!), za możliwość walnięcia się na łóżku i przespania kolejnych dwunastu godzin. 

– Telefon zaraz ci wyskoczy z kieszeni – zwrócił grzecznie uwagę Maks. – Od pięciu minut wibruje jakby nastąpił ogólnoświatowy kryzys. 

Marie zamrugała kompletnie zdezorientowana. Była tak zmęczona, że kompletnie nie wyczuła, że ktoś się do niej dobija. 

– Może nastąpił – mruknęła, wygrzebując komórkę z kieszeni. Zmarszczyła brwi. Miała pięć nieodebranych połączeń od Nika oraz jedną wiadomość. 

 

@nik_mujanović 

Idę spać, w Belgradzie dochodzi północ. Daj znać, jak będziesz dostępna. 

 

Przeklęła w myślach. Czy to była kropka nienawiści? No tak, umówili się, że zdzwonią się, gdy dojedzie do hotelu, ale w całym tym zamieszaniu kompletnie o tym zapomniała. Miała oczywiście doskonałe wytłumaczenie, niecodziennie zostaje się zatrzymanym przez straż graniczną, jednak i tak poczuła się głupio. Pospiesznie wystukała krótkie wyjaśnienie i przeprosiny. Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w ekran, ale wiadomość pozostała nieodczytana. 

– Maaaaksiuuu… – zwróciła się do libero, czując, że jeszcze sekunda rzuci to wszystko w cholerę. – Powiedz, że zabrałeś z Polski żelki. 

– Które? 

– Te długie, czerwone z Lidla. 

– Oczywiście, że zabrałem – chłopak wyszczerzył się szeroko. – Czy potrzebujesz odreagować przed treningiem? 

– Kurwa, jakbyś czytał mi w myślach – parsknęła. – Potrzebuję cukru albo kogoś zamorduję. 

– To może jednak zostańmy przy żelkach. 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz