piątek, 10 lipca 2026

5. Daj banana, Mujanović

 Grzesiu dał jej wolne. Ba, gdy usłyszał, że wychodzi z Mujanoviciem, obiecał nawet trzymać chłopaków z daleka. Oni też mieli mieć trochę wolnego, a istniało ryzyko, że ze chcą się przyczepić do Marie. Dla towarzystwa i zwykłego wścibstwa. 

Mendy. 

Marie podziękowała w duchu mamie, że zmusiła ją by spakowała choć jedną porządniejszą rzecz, a nie, że na obiad z prezydentem w bojówkach pójdzie. O jaki obiad i z jakim prezydentem, co prawda nie sprecyzowała, ale wepchała do walizki córki parę ciuchów, które od biedy można było uznać za eleganckie. 

Dlatego też teraz Marie stała przed lustrem i krytycznym wzrokiem oceniała swoją prezencję. Ulubione spodnie zamieniła na krótką, czarną spódnice, a zamiast reprezentacyjnej polówki założyła białą bluzkę. Na to narzuciła jeszcze czarną kamizelkę, wyszywaną w czerwone wzory. Włosy związała w dwa krótkie warkoczyki i tylko martensy pozostały bez zmian. 

– Nie wiem dla kogo się tak wystroiłaś, ale chłopakom szczęki opadną – stwierdziła Róża. Całe przygotowania Marie przesiedziała na łóżku, z laptopem i stertą papierów, które musiała pouzupełniać i powprowadzać do systemu. – Tylko na hotki uważaj, zaraz się w mediach pokaże, że siatkarze się na randki na turniejach umawiają zamiast grać. 

– To nie jest randka! – zaprotestowała Marie. 

– Nie? Naprawdę? To tak dla fanu porzuciłaś swoje bezdenne kieszenie? 

Zawahała się. Jeszcze raz obejrzała się w lustrze. Okej, wyglądała dobrze. I chciała wyglądać dobrze. Chciała, by Nik jej to powiedział. 

– Okej, fair – przyznała niechętnie. – Ale to taka pozorna randka. W sensie, Nik nie powiedział, że to randka, więc równie dobrze to może być przyjacielski wypad. 

– Nik? Nik Mujanović, ten Słoweniec? – Róża zagwizdała z podziwem. – To szczęścia życzę, przyda się. 

Marie chciała to jakoś skomentować, ale wtedy jej wzrok padł na zegarek na telewizorze. Syknęła wściekle, chwyciła plecak i wybiegła z pokoju. 

I niemal od razu wpadła na Maksa. 

– Marysia! 

– Czego chcesz? – burknęła, nieudolnie próbując wyminąć libero. 

– Pokoju na świecie! Miłości! Chińskich ciasteczek! I... ło, ło, ło, co ty masz na sobie? – zrobił dwa kroku w tył, jakby Marie nagle stała się radioaktywna. 

Krasicka przewróciła oczami. 

– Spódnicy nigdy nie widziałeś, Granieczny?

– Nie no widziałem, tylko że wiesz... nie na tobie. 

– Jeszcze nie było okazji. 

– A teraz jest? 

Skrzyżowała ręce na piersi. Uśmiechnęła się kpiąco. 

– Mam randkę – powiedziała. Z satysfakcją obserwowała, jak na twarzy Maksymiliana pojawia się jeszcze większy szok. – A teraz przepraszam, ale się spieszę. – Wyminęła go już ostatecznie i nie zważając na dalsze pokrzykiwania, zbiegła do recepcji. 

Nik już czekał. Też zamienił reprezentacyjny dres na coś bardziej cywilnego. W koszulce w ciemnozielone paski i czarnych lnianych spodniach wyglądał jakby urwał się z młodzieżowego romcomu z lat dziewięćdziesiątych. 

– Udało ci się pozbyć podopiecznych? – zapytał. Włosy miał tym razem rozpuszczone, jedynie parę kosmyków z prawej strony spiął prostą, czarną spinką. 

–Nie gadaj tylko chodź. - Marie chwyciła atakującego za nadgarstek i pociągnęła w stronę wyjścia. – Zanim wpadną na kolejny głupi pomysł

Na ulicach Linyi panował wieczorny chaos. Ludzie wracali po całym dniu pracy do domów, a nad miastem górowały światła biurowców. 

Przez dłuższą chwilę szli w milczeniu. Nik z rękami w kieszeniach, Marie z myślami błądzącymi wokół zachowania Maksa Graniecznego. Nie potrafiła zrozumieć, co libero miał do jej relacji z Mujanoviciem. Okej, przyjaźnili się, była to przyjaźń od pierwszego zwisu z balkonu, poparta pokrewieństwem duszy i miłością do żelek. Tylko, że nadal tylko przyjaźń. Maks miał dziewczynę, był w niej szaleńczo zakochany, a Marie ani przez moment w to nie wątpiła. 

W takim razie, dlaczego tak bardzo obchodziło go z kim umawia się Krasicka?

– Byłaś kiedyś w Chinach? – z zamyślenia wyrwało ją pytanie Nika. 

– Nigdy – pokręciła głową. – Nie złożyło się. Mama raczej nie zabierała mnie na wyjazdy służbowe, a prywatnie nie było okazji. Ale po maturze spędziłam miesiąc w Japonii.

– Dlaczego? 

– Dziadek mnie zaprosił. 

– Dziadek? Philippe Blain?  

– Yhm. 

Cieszyła się, że Nik nie drąży, jaka relacja łączy ją i francuskiego trenera. Naprawdę, nie miała siły tłumaczyć z swoich porąbanych powiązań rodzinnych. 

– Ta gitara była twoja? – zmienił temat Nik.  

Weszli akurat w wąską ulicę wypełnioną chińskimi straganami z owocami. Marie przystanęła na moment przy stosie złoto-zielonych mango. Starsza kobieta po drugiej stronie uśmiechnęła się szeroko. Zachęcająco machnęła ręką, zapraszając dziewczynę do obejrzenia owoców. 

– Moja – sięgnęła po pierwsze mango z brzegu. Było małe, ale miękkie, prawie idealnie złociste. – Ale została w Polsce. Ciężko się pogania czternastu chłopa z futerałem przewieszonym przez ramię. 

– Zawsze mogłaś któregoś zagonić do roli tragarza - zauważył Nik. 

– Coś ty, złotej rybki bym im nie powierzyła, o moim sprzęcie nie wspominając

Mujanović wzniósł oczy ku niebu. Pokazał sprzedawczyni, że wezmą cztery mango i jeszcze kiść bananów. Zapłacił za wszystko, zanim Marie zdążyła zaprotestować. 

– Nie musiałeś – burknęła

– Przestań gadać, tylko daj banana. 

Zmrużyła oczy. Przycisnęła siatkę z owocami do piersi. 

– Ulubiona piosenka – zażądała. – Ale taka, do której się nie przyznajesz. 

– Ain’t No Love In Oklahoma.

Krasicka posłała mu szczerze zaskoczone spojrzenie. 

– Country? 

– Rock country, jeżeli mamy być dokładni.

Dziewczyna z niedowierzaniem pokręciła głową. Dalej rozmowa toczyła się już w sumie sama. Okazało się, że Nik jest ukrytym fanem muzyki country, z szczególnym uwzględnieniem Gartha Brooksa i Luka Combsa. Marie musiała się bardzo powstrzymywać, by nie parsknąć śmiechem, gdy wyobraźnia podsunęła jej obraz siatkarza niebieskiej koszuli i czarnym kapeluszu z szerokim rondem. 

– Błagam, powiedz, że chodzisz na gale w kowbojskich butach. 

Nik uniósł brew. 

– Nie, ale jeśli takie mam fantazje, to mogę to rozważyć. O, jesteśmy. 

Marie nawet nie zauważyła, gdy dotarli do parku niedaleko hotelu. Było tu sporo soczysto zielonych trawników, urocze alejki i olbrzymie jezioro, którego drugi brzeg tonął gdzieś na horyzoncie. 

– Dlaczego tu? - zapytała, z zaciekawieniem obserwując grupkę starszych pań, które ćwiczyły jogę na kawałku trawnika.

Mujanović wzruszył ramionami. 

– Pomyślałem, że spodoba ci się bardziej niż jakaś zatłoczona świątynia. 

Musiała przyznać, że otoczenie było śliczne. Kolorowe kwiaty, przekwitające drzewa i ta delikatna mgła w powietrzu, przez którą przedzierały się żółte światła parkowych latarni. 

Stanęli na brzegu jeziora. Marie wysupłała z siatki mango, a z kieszeni kamizelki multitoola, którego dostała od taty na trzynaste urodziny. 

– Czego ty tak naprawdę chcesz, Nik? – zapytała, starannie rozkrawając owoc. – Flirtujesz dość ostentacyjnie, to wiem, ale kurczę, my się znamy trzy dni, chłopie. 

Atakujący nie odpowiedział. Stał z rękami w kieszeni, wpatrując się w ciemnoszarą taflę jeziora. Lekko marszczył brwi, a wiatr kołysał jego kręconymi włosami. Czarna spinka zsunęła się z czubka głowy i teraz zwisała na wysokości oczu siatkarza. Przez ułamek sekundy Marie miała ochotę ja poprowawić, przekonać się, czy włosy Nika są tak miękkie, na jakie wyglądają.

– Fajna jesteś – powiedział po prostu. Dzięki - wziął od Marie kawałek mango, a sok pociekł mu po palcach.  – Coś mnie to ciebie ciągnie. Od tego pierwszego filmiku, co grałaś, a Polacy tańczyli. Potem wrzuciliście kolejne i jakoś tak… Masz w sobie moc, Marie. Jak Natasha Romanoff, tylko zamiast Avengersów ogarniasz siatkarzy. 

– Czy Maks to Peter Parker? 

– Tia, a Nikola jest Nikiem Furrym. 

Marie prawie opluła się ze śmiechu. Wizja Grbicia w czarnej opasce i długim skórzanym płaszczu była zarazem przerażająca, jak i fascynująca. Niewątpliwie, byłoby mu w takiej stylówce do twarzy, choć polska siatkówka mogłaby nie przetrwać tak wybuchowej mieszanki.  

Zrobiła krok w stronę Nika. Teraz ich ramiona prawie się stykały. Słyszała, jak wstrzymuje oddech. 

– Lubię cię, Mujanović – przyznała. – Ale za mądra jestem, by jakieś deklaracje składać. – Odłożyła siatkę na ziemię. Ukucnęła i podniosła jeden z wielu kamyków. Zamachnęła się, puściła kaczkę, a kamień cztery razy odbił się od powierzchni, zanim cicho zniknął w głębinach jeziora. 

– A kto tu mówi o deklaracjach? - Nik cały czas uśmiechał się kpiąco, co tylko doprowadzało Marie do szału. – Wiem, jak jest. Ja w rozjazdach. Ty w rozjazdach. Ja w Słowenii. Potem we Włoszech. Ty w Polsce. Szanse, że się uda są nikłe, ale może warto spróbować? 

Krasicka parsknęła śmiechem. Przymknęła oczy i wystawiła twarz do słońca. Pozwoliła, by letni wiatr kołysał jej warkoczykami. 

– Niby jak chcesz spróbować? 

– Może na początku tak? 

Najpierw poczuła jego dłoń na policzku, a potem jego usta na swoich. Krótko, przez dosłownie ułamek sekundy, którego nie potrafiła opisać ani zdefiniować. Jej mózg po prostu skapitulował, Sajonara, ja się wypisuję z tego cyrku. 

– I co? Nie tak źle jak na początek? 

Chciała posłać Nikowi kolejne mordercze spojrzenie (chyba będzie musiała wykupić na nie abonament), ale nie potrafiła. Nie, gdy uśmiechał się do niej w ten zabójczo szczeniacki sposób. I gdy zauważyła, że zaczynają mu odrastać włosy pod nosem. 

– Może być – przyznała niechętnie. - Ale musisz popracować nad pierwszym razem wrażeniem. 

W odpowiedzi Nik tylko roześmiał się serdecznie. Objął Marie ramieniem i zamknął w szczelnym uścisku, co tylko jeszcze bardziej wytrąciło ją z równowagi. 

Szczególnie, że był ciepły. I zaskakująco miękki, jak na kogoś, kto składa się głównie z mięśni. I do tego… 

Wibrował? 

Że co proszę? 

– Chyba dostałaś SMSa – zauważył grzecznie Nik. 

Marie niechętnie wyplątała się z jego objęć. Wygrzebała telefon z odmętów plecaka, a gdy zobaczyła na ekranie trzy nieodebrane wiadomości, przeklęła wszystkie złośliwe miłosne bóstwa. 

Oczywiście, że pierwsza wiadomość była od Maksa. Musiała być od niego.

Gdzie jesteś? 

Uniosła brew. Przecież mówiła chłopakom, że wychodzi. Grzesiu miał pozostać na posterunku. 

Ratuj nas. – Tym razem sms był od Gierżota. – Póki Grzesia nie ma. 

– Lepiej wracajmy. Dzieci chyba coś zmalowały – odsunęła od Nika. – Wolałabym, by dożyli do końca turnieju, przynajmniej w większości. Polski związek jest bardzo przywiązany do swoich siatkarzy.

– Przecież są dorośli! – zaprotestował atakujący. 

– Są. I bardzo dorośle potrzebują niańki. 

Mujanović zgodził się niechętnie. Po chwili wahania chwycił Marie za rękę. Zarumieniła się nerwowo. Odwróciła wzrok, kompletnie zbita z tropu. Nik tylko uśmiechnął się z rozbawieniem.  

Ruszyli z powrotem, do hotelu nie było daleko. Pierwszym, co zaniepokoiło Marie była ciężarówka. Stała przy wjeździe do hotelu, czerwona z wielgachnym rysunkiem pandy z boku. Bardzo szczerzącej się pandy z wyłupiastymi oczami. Przyczepa była otwarta, a jakiś facet właśnie wychodził z recepcji z pustym, czerwonym wózkiem. I to w sumie nie byłoby najgorsze. Gorzej, że robił to w akompaniamencie dzikiej kłótni, prowadzonej niewątpliwie po polsku, przez głosy, które Marie znała aż za dobrze. 

– Co wy na wszystkie kochanki Heynena, wyrabiacie?! – wpadła jak burza do recepcji. Była gotowa zrobić chłopakom awanturę stulecia – nie! – tysiąclecia, skopać im tyłki i kazać biegać kółeczka wzdłuż chińskiego muru. 

Jednak, gdy zobaczyła powód zamieszania, wszystko uleciało jej z głowy. Stanęła gwałtownie, otworzyła zszokowana buzię i tak już została. 

Na środku recepcji, jak gdyby nigdy nic znajdowała się olbrzymia góra z chińskich siateczek. Musiała mieć co najmniej dwa i pół metra wysokości, i tyle samo szerokości. Obok niej Bartek Lemański nieudolnie próbował ściągać ciasteczka z samej góry i odkładać na bok, a przed nim Gierżot i Granieczny toczyli zajadłą dyskusję. 

– Miałeś zamówić dziesięć paczek, nie dziesięć tysięcy! 

– Nie moja wina, że twoja komórka ma taki beznadziejny ekran! 

– Nie beznadziejny ekran, tylko twoje paluchy są wielgachne!

– Stop! – Marie wkroczyła między nimi. – Ty! – dźgnęła Maksa palcem w pierś. – Gadaj, co żeście znowu wykombinowali i dlaczego ja jak zwykle muszę po was sprzątać? 

Maks z zakłopotaniem podrapał się po policzku. Zerknął na Michała, szukając pomocy, ale przyjmujący tylko skrzyżował ręce na piersi i obrażony odwrócił głowę. 

– Zamówiliśmy ciasteczka z wróżbą – zaczął ostrożnie. 

– To widzę. 

– I to nie tak, że chcieliśmy ich tak dużo, naprawdę, musisz nam wierzyć, zamówiliśmy tylko dziesięć paczek, akurat by było dla całej drużyny! – Maks zaczął wyrzucać z siebie słowa jak z karabinu maszynowego. – Tylko coś im się porąbało w sklepie, okej, może my się rypnęliśmy o jedno zero, kto wie, sama wiesz jakie małe są te ekraniki! No i zamiast dziesięć, wyszło dziesięć tysięcy, ale oni nie przywożą dziesięciu tysięcy w paczkach, tylko w takich wielgachnych siatach. Próbowaliśmy im tłumaczyć, że to pomyłka, że nie chcemy, tego aż tyle, znaczy Adrian próbował, a oni ni w ząb w żadnym ludzkim języku. I chyba się na niego wkurzyli, bo go tymi ciasteczkami przysypali, i my próbujemy go odkopać, ale na razie słabo idzie, bo te ciasteczka, one to się nie mogą zmarnować, więc… 

– Czekaj, czekaj! – Marie uniosła dłoń niczym sam Juliusz Cezar, przerywając szaleńczy słowotok libero. – Chcecie powiedzieć – i teraz zastanówcie się porządnie – że pod tą górą ciastek jest Adrian? Nasz Adrian Markiewicz. 

Chłopaki wymienili zakłopotane spojrzenia i synchronicznie pokiwali głowami. 

Marie zacisnęła palce na nasadzie nosa. Zerknęła na Nika, który ni w ząb nie rozumiał całej wymiany zdań, ale chyba doskonale się bawił. Uśmiechał się szeroko, oparty o jeden ze słupów i z tym spojrzeniem mówiącym „no to teraz pokaż co potrafisz” . 

– Po pierwsze – założę wam blokadę na zakupy internetowe. I to jeszcze dziś wieczór. Po drugie – co tak stoicie jak słupy soli, Adriana odkopujcie! On nam się tam udusi!  Albo nawet gorzej! Skurczu dostanie! Jak to wytłumaczycie Nikoli?! 

Oczy Maksa rozszerzyły się ze strachu. Rzucił się panicznie na ciasteczka i zaczął je przebierać rękoma, kompletnie ignorują fakt, że połowę kruszy. Gierżot i Lemański dołączyli do niego z równą zajadłością, jak widać także przerażeni wizją wkurzonego Grbicia. Po kilku chwilach zajadłego kopania, góra ciastek zniknęła, a w jej miejsce pojawił się Adrian. 

– To był najstraszniejszy moment w moim życiu – wychrypiał, pustym wzrokiem wpatrując się w przestrzeń. – Najstraszniejszy. 

– Wiem, wiem – Marie pokrzepiająco poklepała go po ramieniu. – Idź do kuchni, może ci jakąś herbatkę zrobią na uspokojenie. Chińczycy się na tym znają. 

Przyjmujący pokiwał głową. Odwrócił się na pięcie, a potem chwiejnym krokiem udał się w stronę restauracji. 

Marie zwróciła się z powrotem do swoich siatkarzy. Powiodła wzrokiem po ich zakłopotanych twarzach. Istniała szansa, że chce im trochę przywalić. Tak troszeczkę. Odrobinę. Tylko, że polityka IOS dość wyraźnie wskazywała, że siłowe metody perswazji nie są specjalnie efektywne. Musiała więc zostać przy wychowaniu bezstresowym 

– Dobra panowie, teraz trzeba wymyślić jak się tego pozbyć. I to szybko, zanim Grzesiu i Nikola odkryją, co zmajstrowaliście. 

W tym momencie z wind, prosto w wielką kałużę ciastek, wyszedł niczego nieświadomy Laurent Tillie. 

– Dzień dobry trenerze! – zawołali unisono, nieudolnie próbując zasłonić katastrofę swoimi ciałami. 

Tillie przystanął na środku recepcji, umiarkowanie zdezorientowany. Po tylu latach wykształcił odporność. Spojrzał na Maksa, na Michała, na Marie i dopiero wtedy w jego oczach pojawił się błysk oświecenia.  

– My się znamy? 

– Z widzenia na pewno. Się pałętam to tu, to tam. 

Francuz w zamyśleniu pokiwał głową. Zapewne by sobie poszedł, może nawet zapomniał o całym zajściu, ale w tym momencie w drzwiach do hotelu stanął Philippe Blain. Przez ramię miał przewieszony wypchany plecak. 

Najpierw jego wzrok utkwił w warstwie ciasteczek, które pokrywały podłogę. Zmarszczył brwi, ale nic nie powiedział. Przeniósł spojrzenie najpierw na stojącego pod ścianą Nika, potem na polskich siatkarzy, aż w końcu zatrzymał się na Marie i trenerze Tillie. 

Przez twarz Blaina przemknął cień emocji, którą Marie nie była wstanie zidentyfikować. Pierwszy raz widziała jednak, by dziadek nerwowo wciągnął brzuch. Podszedł do nich sprężystym krokiem, a uśmiechał się przy tym w ten sam sztuczny sposób, który dziewczyna kojarzyła z jego rozmów z siatkarskimi oficjelami. 

– Wydaje mi się, że masz tu malutki bajzel - zwrócił się uprzejmie do Marie. Stanął blisko, tak, że Laurent musiał zrobić krok w tył. – Czy potrzebujesz pomocy? 

– Teraz to już za późno – skrzyżowała ręce na piersi. – Chyba, że masz pomysł, jak nagle pozbyć się dziesięciu tysięcy chińskich ciasteczek. 

Philippe parsknął śmiechem. Kątem oka zerknął na Laurenta, który nadal wydawał się średnio ogarniać (Marie zaczęła podejrzewać, że to jest ustawienie domyślne).

– Macie na to jakieś pudła? – zapytał.  – Albo chociaż siatkę? 

Zawahała się. Przestąpiła z nogi na nogę, a pod jej stopami chrupnęły ciastka. 

– Jeśli mogę się wtrącić, to chyba mam rozwiązanie – Obok zmaterializował się Nik. Rozmowę toczyli po angielsku, rozumiał więc wszystko, a sądząc po wyrazie twarzy, był bardzo dumny z faktu, że może jakoś pomóc. – Wózek na piłki. Mamy jeden w hotelu, nasi fizjoterapeuci wożą w nim sprzęt. 

Marie w zamyśleniu podrapała się po głowie. 

– Zmieszczą się w nim wszystkie ciasteczka? 

– Powinny – Mujanović wzruszył ramionami. – Możemy je potem wystawić tu albo na hali z karteczką, że to prezent od reprezentacji Polski. 

– Genialne. 

– Ja mam same genialne pomysły. 

Krasicka przewróciła oczami, ale na jej twarzy błąkał się rozbawiony uśmiech. Zignorowała podejrzliwe spojrzenie Maksa, sunące pomiędzy Słoweńcem, a nią i uniesioną brew Blaina. 

– Idź po wózek ­– zadecydowała. – A wy zorganizujcie jakieś zmiotki i szufelki. Trzeba ogarnąć bałagan, który wywołaliście – pogoniła swoich chłopaków. 

Po chwili Nik wrócił z dużym, czarnym wózkiem. Polscy siatkarze, poganiani morderczymi spojrzeniami Marie, wpakowali do niego wszystkie ciasteczka, które były jeszcze w całości. Te pokruszone grzecznie zamietli do dużego worka łaskawie przyniesionego przez obsługę hotelu. Całej operacji przyglądali się francuscy trenerzy, choć w sumie Laurent mógłby sobie pójść, miał przecież własną drużynę do ogarniania, na co mu były jeszcze polskie odpały. Marie zaczęło podejrzewać, że Tillie ma realny problem z podejmowaniem racjonalnych, życiowych decyzji. No cóż, nie on pierwszy, nie ostatni, na czym IOS w końcu musiało zarabiać. 

Skończyli akurat w momencie, gdy z wind wyszedł Grzesiu w towarzystwie Dary Lavigne, głównej koordynatorki chińskiego turnieju. Na widok wypełnionego ciasteczkami wózka Lavigne zachichotała jak nastolatka. 

– Marie, skarbie, będziecie przewidywać przyszłość? Pożyczyć ci karty tarota? 

– Nie trzeba, ciociu – Marie uśmiechnęła się krzywo. – Chłopaki chcieli zrobić coś miłego dla kolegów i kibiców, prawda? 

Siatkarze synchronicznie pokiwali głowami. 

– I rozumiem, że z twoją pomocą ich plan nie doprowadził do zagłady świata? – Grzesiu z powątpieniem wziął jedno ciasteczko. Złamał je w połowie, a ze środka wypadła biała karteczka z przepowiednią. – "Ktoś cię dzisiaj pozytywnie zaskoczy" – spojrzał na chłopaków, na Marie, a potem na Nika Mujanovicia, który nadal nie odstępował dziewczyny na krok. –   Cóż, ciężko się nie zgodzić.  A teraz chłopaki, na górę do fizjoterapeutów! Jutro macie mecz do zagrania!

Siatkarze zasalutowali synchronicznie, odwrócili się odbiegli, aż się za nimi kurzyło. 

– Jak widzę, niewiele się przez dziesięć lat zmieniło – stwierdził z rozbawieniem Blain. – Masz chwilę? Przyniosłem resztę ciasteczek – zwrócił się do Marie. Znów 

Opiekunka przytaknęła szybko. Ruszyła za trenerem w stronę lobby. Nagle ktoś chwycił ją za nadgarstek. 

– Powodzenia w kolejnej misji Romanoff – szepnął jej do ucha Nik. Przełknęła nerwowo ślinę, czując na szyi jego ciepły oddech. – Może polski związek powinien zainwestować w lateksowe legginsy. 

– Tylko pod warunkiem, że słoweński zapewni wam świecące buty – odparła poważnym tonem. 

A potem obróciła się na pięcie, nie widząc już jego rozbawionego spojrzenia. 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz