od: PL104
do: FR103
dw: FF103
Szanowny Panie!
Pragnę poinformować, że przeanalizowałam pańskie uwagi i uwzględniłam je w ponownych obliczeniach, które załączam do tego maila. Aby zniwelować efekt trampoliny wybrałam siatkę o większej zawartości stali, co zwiększy jej sztywność. Chciałabym jednak zauważyć, że zastosowany przeze mnie współczynnik był prawidłowy i pochodzi bezpośrednio z dokumentacji siatki.
Pozdrawiam
PL104
Marie Krasicka, młodszy opiekun Reprezentacji Polski Siatkarzy
Maks Granieczny obiecał Marie wieczorek filmowy. A raczej zarządził. Na początku znajomości. Plany miał ambitne, ale początek sezonu kadrowego był brutalny i bezlitosny. Treningi, treningi, mecz, treningi. Ewentualnie aktualizowanie procedur BHP. I pilnowanie, by Leman nie nabił sobie znów guza.
Udało się w wieczór przed wylotem do Chin. Maks się przygotował. Załatwił prześcieradło. Załatwił projektor. Załatwił nawet dwukilogramową paczkę żelków malinek z hurtowni. Marie była z niego dumna.
– Co robicie? – Marcel Bakaj, który dzielił pokój z Maksem, z zaciekawieniem patrzył, jak wtaszczają cały osprzęt do środka.
– Będziemy oglądać filmy. Zobacz, co udało mi się załatwić od pań na recepcji. – Maks z dumą zaprezentował nowiutki, biały projektor.
Marcel z uznaniem obejrzał urządzenie. Musiał przyznać, robiło wrażenie.
– A gdzie zamierzacie je postawić?
Libero w zamyśleniu podrapał się po brodzie. Rozejrzał się po pokoju. Zauważył taboret. Zauważył szafkę nocną. Zdecydował, że postawi taboret na szafce nocnej.
Geniusz.
To nie mogło się skończyć dobrze.
– Coooo robicie? – w drzwiach pojawił się Bartek Zych. – Czy to projektor? Będziecie oglądać film? Ja też mogę? Możemy obejrzeć Auta? Błagam, obejrzyjmy Auta.
Marie tylko wzruszyła ramionami.
– Jasne, wchodź.
– Ale miał być Asterix i Obelix! – zaprotestował Maks. – Obiecałaś mi Olimpiadę!
– Że niby kiedy?
– Wczoraj, jak rozmawialiśmy o filmie. Stwierdziła, że to doskonały pomysł i oglądanie filmu o starożytnej olimpiadzie doskonale wpływa na psychikę sportowca.
– Dobra, było coś takiego – Marie niechętnie przyznała mu rację. – Oglądamy oba?
– Oglądamy oba.
– Co oglądacie?
Tym razem w progu stanął Michał Gierżot. Na sobie miał uroczą pidżamę w różowe łosie, a w dłoni dzierżył paczkę wafelków z czekoladą.
– Asterixa i Obelixa. A potem Auta.
– Mogę się dołączyć?
– A podzielisz się wafelkami?
– Pewnie.
– To właź.
Zrobiło się cokolwiek ciasno, ale jakimś cudem spalski pokój pomieścił czterech siatkarzy i Marie. Dziewczyna usadowiła się w rogu łóżka Maksa, ze skrzyżowanymi nogami i telefonem opartym o kolana. Maks, Marcel i Bartek rozlokowali się na pozostałych łóżkach, a Gierżot wcisnął się w przerwę między nimi. Próbował też przygarnąć torbę z żelkami, co spotkało się z brutalnym trzepnięciem w głowę. Od Maksa w imieniu Marie.
– Żelki są wspólne, Michasiu – pouczył starszego kolegę libero. – Jak chcesz sobie wziąć, to masz miseczkę.
– Miseczka to trochę mało.
– Najwyżej sobie dołożysz.
Gierżot prychnął z dezaprobatą, ale więcej już nic nie mówił. Nasypał sobie żelków do miseczki, a po chwili zastanowienia napełnił też drugą.
– Masz, żebyś potem nie szurała – podsunął żelki Marie.
– Oooo! Dziękuję Michasiu!
– Dla ciebie wszystko Marysiu.
Ich mordercze spojrzenia skrzyżowały się w powietrzu. Gierżot zmrużył oczy. Krasicka uśmiechnęła się kpiąco. Przyjmujący uniósł jedną brew.
Pewnie zabijaliby się tak wzrokiem aż do Mistrzostw Europy, ale na szczęście Maks postanowił ratować sytuację i odpalił film. Wszyscy wrócili więc na swoje miejscówki, by śledzić w skupieniu perypetie pewnych bardzo nadpobudliwych Galów.
Mniej więcej w piętnastej minucie, gdy drzewo zmiotło przystojnego Twardzieusza, Maks zauważył coś, co oburzyło go kompletnie i doszczętnie. Marie bowiem nie oglądała filmu. Marie gapiła się w telefon i co jakiś czas stukała w ekran, uśmiechając się głupkowato. Przysunął się bliżej i wyciągnął szyję.
– Nie oglądasz? – wyszeptał ostentacyjnie.
– Już to widziałam – burknęła Marie. – Trzy razy. W oryginale.
– Po polsku lepsze.
– Wiem, też widziałam. Kolejne trzy razy. – Wróciła do gapienia się w telefon.
Maks myślał przez chwilę. Naprawdę. Rozważał za i przeciw, policzył prawdopodobieństwo skończenia jako mielonka, tudzież karma dla spalskich niedźwiedzi, po czym doszedł do wniosku, że tak, to jest tego warte.
Wyrwał Marie telefon.
– Pojebało cię, Granieczny!
– Nie wiem, co jest ważniejsze od spędzania czasu z psiapsiółami, ale… Ej, czy ty piszesz z Mujanoviciem?! – Libero z niedowierzeniem wpatrywał się w ekran komórki. – Chłopaki, ona pisze z Mujanoviciem!
– Z tym słoweńskim atakującym? – Marcel z zaciekawieniem zajrzał Maksowi przez ramię.
– Z tym samym. – Libero spojrzał na dziewczynę, na telefon i znów na dziewczynę. – Podoba ci się?
Krasicka zaczerwieniła gwałtownie.
– A co cię to interesuje?
– W sumie to nic, ale….
– Ale myśleliśmy, że spotykasz się z młodym Antigą – wtrącił beztrosko Michał, wrzucając sobie do buzi kolejną malinkę.
Marie aż się zapowietrzyła. Powoli odłożyła telefon, oparła łokcie na kolanach i przekrzywiła nieznacznie głowę.
– Skąd taki wniosek? – wysyczała.
Gierżot posłał kolegom błagalne spojrzenie, ale ci tylko bezradnie rozłożyli ręce.
– Jest na większości twoich zdjęć na insta – przyznał niechętnie. – A ty na jego. I Janek mówił, że mieszkacie razem.
Dziewczyna zamknęła oczy. Podkuliła nogi pod siebie.
– Nie spotykamy się. Jest… Był… Jest moim przyjacielem – przyznała w końcu. – Pokłóciliśmy się przed moim wyjazdem i nie rozmawiamy.
– O głupotę? – wypalił Marcel. – No co?! – wzruszył ramionami, widząc na sobie mordercze spojrzenia chłopaków. – To przecież zawsze chodzi o głupotę, prawda?
– Może… nie wiem… – Marie westchnęła cicho. – To było głupie… Z jego strony… Z mojej chyba też… Myślisz, że znasz człowieka całe życie, a tak naprawdę nic o nim nie wiesz.
Marcel spojrzał na Maksa. Maks spojrzał na Michała. Michał spojrzał na Bartka. Kiwnęli synchronicznie głowami, zawierając niemy pakt zmieniający losy świata, ludzkości i polskiej siatkówki.
– Oczywiście nie musisz nam więcej mówić… – zaczął ostrożnie Maks.
– Ale musisz mieć na uwadze… – przyłączył się Marcel.
– Że nikt tak nie zrozumie faceta, jak drugi facet – dokończył Bartek.
Marie westchnęła głęboko. Siedziało to w niej od dawna, a z nikim w sumie nie mogła szczerze pogadać. Dla bliskich zawsze występowali we dwójkę. Marie i Timi, Timi i Marie. Czasami z Manoline na doczepkę. Nierozłączni.
– Miałam nierealne marzenia – mruknęła. – ONZ, Europarlament, takie rzeczy. Timo próbował sprowadzać mnie na ziemię. A ja mówiłam, że przesadza. Miał rację, ale nie miałam odwagi, by to przyznać. Uniosłam się dumą. Gdy dostałam się na staż z IOS, uznał, że przyjęłam go tylko po to, by zrobić mu na złość.
– To była prawda? – zapytał zupełnie poważnie Bartek, który chyba chciał zasłużyć na miano kadrowego psychologa.
– W życiuuu! Za wiele sobie wyobraża, pępek świata od siedmiu boleści!
– I to mu powiedziałaś?
– Mniej więcej. Użyłam bardziej dosadnych epitetów.
Odwróciła wzrok. Objęła się ramionami. Przez dłuższą chwilę gapiła się na kocyk Maksa. W bobry. W kolorowe bobry w kaskach budowlanych.
– Trochę mi go brakuje – szepnęła. – Nawet trochę bardziej niż trochę. Ale skoro nie potrafi mnie wspierać w decyzjach, to co z niego za przyjaciel?
Siatkarze nie odpowiedzieli. Michał podparł się na rękach i niezręcznie poklepał Marie po stopie, bo tylko do niej dosięgał.
– Ogarnięcie to – stwierdził pokrzepiająco. – To co, grupowy przytulas?
Maksowi, Marcelowi i Bartkowi nie trzeba było dwa razy powtarzać.
– Przytulas!
Chłopaki rzucili się na Marie. Zamknęli ją w szczelnym uścisku, miażdżąc co najmniej dwa żebra i wątrobę.
– Dobra, dobra, zrozumiałam – parsknęła śmiechem, z trudem łapiąc oddech. – Maks, odpalaj z powrotem ten film! Teraz, moi drodzy, ciocia Marie, przedstawi wam dziesięć powodów, dla których polskie tłumaczenia władają światem.
***
Pierwszą wadą Chińczyków była kawa. A raczej jej okresowy niedobór. Marie nie mogła pojąć, jakim cudem o szóstej trzydzieści rano, w hotelu tej klasy nie ma kawy. Czy to nie powinno być regulowane jakąś umową międzynarodową? Albo przynajmniej traktatem? Spotkany na śniadaniu kelner, na jej pytanie, czy kawa w ogóle będzie, wzruszył ramionami, rozłożył ręce i wyrzucił z siebie potok wyjaśnień po chińsku. W lokalnym dialekcie.
Akurat ten język ominął życie Marie.
Dlatego też, siedząc przy stoliku z nieodłącznym rogalikiem z czekoladą i herbatką (miętową! To obraza majestatu!), bardzo poważnie zastanawiała się, czy Grbić pozwoli jej komuś przywalić. Na przykład takiemu Gierżotowi. Albo Lemanowi. On i tak nic by nie poczuł.
– Czy wszystkie przedszkolanki tak wcześnie wstają?
Warknęła przeciągle. Na wszystkie azjatyckie drużyny dziadka Philippa, czy nawet przy śniadaniu człowiek nie może mieć spokoju!
Wepchała sobie resztę croissanta do buzi i dopiero wtedy spojrzała na człowieka, który śmiał mówić do niej o tak nieludzkiej godzinie.
Zamarła z ręką wyciągniętą po tę obrzydliwą herbatkę.
– To ty.
– To ja.
Przed nią stał Nik Mujanović we własnej osobie. W oczojebnie zielonym trykocie reprezentacji Słowenii. Zgolił tą idiotyczną bródkę i teraz, zamiast wyglądać jak zmutowana koza, przypominał trochę bardzo kudłatego szczeniaka. Krasicka musiała niechętnie przyznać, że ten wizerunek pasował mu zdecydowanie bardziej. Może w innym wypadku nawet by mu to oznajmiła, ale:
1) Była szósta rano.
2) Widzieli się pierwszy raz w życiu.
3) Słowenia to obóz wroga, co się będzie spoufalać z przeciwnikiem?!
– Co tu robisz? – zapytała zamiast tego.
– Gram. Siatkarz, pamiętasz? – wskazał na swoją koszulkę.
Marie przewrócił oczami. Sięgnęła po kolejnego rogalika, czując, że poziom cukru we krwi nadal nie jest wystarczający, by mierzyć się z ludźmi.
– Mam na myśli – przełknęła śniadanie – co robisz przy moim stoliku?
– A jest podpisany?
Posłała chłopakowi jedno ze swoich popisowych morderczych spojrzeń. Gierżot z Firsztem już dawno wzięliby nogi za pas, ale Mujanović tylko uśmiechnął się jeszcze szerzej. Odsunął sobie designerskie krzesełko i jak gdyby nic usiadł obok.
Marie warknęła jeszcze raz. Nik uniósł brew, zanurzył łyżkę w misce z owsianką i ostentacyjnie wsadził ją sobie do buzi.
– Czy ty jesz owsiankę z bekonem, Mujanović?
– Yhm… fajnie chrupie. I Nik. Tylko trener woła na mnie Mujanović.
Jak na zawołanie w drzwiach do restauracji stanął Fabio Soli, a poranne słońce odbiło się dramatycznie od jego łysiny. Beznamiętnym wzorkiem potoczył po prawie pustych stolikach, a potem powłócząc nogami, ruszył w stronę ekspresu do kawy.
– Kawy nie ma! – krzyknęła do niego Marie.
– Jak to nie ma? – w oczach trenera pojawiło się czyste przerażenie.
– Chyba im wyszła. Może potem będzie.
– Czy IOS nie powinno dbać o stały dostęp do kawy?
Dziewczyna zmrużyła w zamyśleniu oczy.
– W sumie to nie wiem – przyznała. – Mogę spróbować dopisać brak stałego dostępu do kofeiny jako czynnik ryzyka.
Mężczyzna z uznaniem pokiwał głową. Zrobił sobie herbatkę – również miętową – po czym powlókł się do stolika w rogu, gdzie siedział już zmęczony życiem Laurent Tillie. Trener Japończyków spojrzał na swojego kolegę po fachu, potem na Nika i Marie, a w jego spojrzeniu coś jakby drgnęło. Zaraz jednak wrócił do wpatrywania się w swojego croissanta. Też z czekoladą.
– Wszyscy trenerzy są zawsze tacy jakby... podmuleni? – zapytał konspiracyjnym szeptem Mujanović.
Marie mimowolnie parsknęła śmiechem. Przypomniała sobie wujka Stephana w fazie play–„jeszcze–jedno–srebro–i–mnie–popierdoli”–off, gdy dosłownie stawiał sobie białą tablicę w salonie, by móc pracować z domu.
– Tak. Za dużo pisaków wdychają i im siada na mózgi. W IOS mamy nawet zalecenia co do dopuszczalnej długości czasu, jaką trener powinien być narażony na kontakt z oparami pisaków.
– Ktoś się tego trzyma?
– My. W sensie Polska. Nikola Grbić korzysta ze specjalnych flamastrów o obniżonej zawartości substancji toksycznych, dedykowanych do pracy z dziećmi.
– To by się zgadzało.
Mujanović z uznaniem pokiwał głową. Dojadł owsiankę, chrupiąc przy tym jak królik (czy zdarzają aż tak kudłate króliki?) i przez dłuższą chwilę wpatrywał się w Marie. Uparcie starała się go ignorować. Bo to wcale nie tak, że przez ostatnie dwa tygodnie wymienili jakieś tysiąc wiadomości (dobra, może setkę) i że, siedząc na lotnisku w Warszawie przejrzała całego jego Instagrama (tylko pierwsze dwa lata). I na pewno, ale to na pewno nie odkopała swoją bardzo luźnej znajomości z Ranem Takahashi, by podpytać o jego kolegę z Monzy.
W ogóle. Kłamstwo i wierutna bzdura.
– Zamierzasz zjeść to wszystko? – Atakujący wskazał na talerz dziewczyny, na którym leżało jeszcze pięć rogalików.
– Potrzebuję dużo energii, żeby pilnować takich wielkoludów jak ty. – Wycelowała w niego widelcem. – Jesteście bardzo energochłonni.
Siatkarz ostrożnie odsunął na bok potencjalne narzędzie zbrodni.
– A jakieś białko, witaminki?
– Mój mózg toleruje tylko węglowodany. Najlepiej z czekoladą. Jakiś problem?
Nik zamiast odpowiedzieć, wstał po prostu od stołu i odszedł. Marie już liczyła, że się odczepił, ale to byłoby zbyt piękne. Siatkarze nigdy się nie odczepiali
Atakujący wrócił po chwili z talerzem pełnym śniadaniowych smakołyków.
– Proszę – położył na talerzu dziewczyny babeczkę z kawałkami czekolady, a obok kubeczek z owocami.
– Zamierzasz mnie otruć?
– To dla zróżnicowania diety.
Nik pochylił się nad stołem, a na jego twarzy znów pojawił się ten olśniewająco kpiący uśmiech. Marie poczuła dziwny ucisk w żołądku, więc ugryzła kawałek babeczki. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Pierwsza odpuściła Krasicka, głównie dlatego, że babeczka okazała się zaskakująco smaczna i zamierzała zjeść ją całą.
– Jesteś mniej straszna na żywo – stwierdził nagle Nik.
– Że co proszę? – Marie prawie zakrztusiła się jedzoną babeczką.
– Na Instagramie wydawałaś się bardziej... no wiesz... przerażająca – zakreślił palcami cudzysłów. – No i Polacy się ciebie boją. Widziałem wczoraj jak na nich krzyczałaś na lotnisku.
– Ktoś musi być złym policjantem – wzruszyła ramionami. – Do tego ja nie krzyczałam, ja stosowałam stanowcze metody perswazji, żeby łaskawie ruszali nóżkami, bo nam kolacja ucieknie.
Pominęła fakt, że musiała rozdzielać Bakaja i Firszta, którzy pokłócili się o to, czyja walizka jest czyja. Tak, były identyczne. I tak, miały z boku przyczepione plakietki z nazwiskami.
– Gdzie uczą takich metod?
– Na studiach z stosunków międzynarodowych. Umiem perswadować w sześciu językach.
Mujanović z podziwem pokiwał głową. Przez chwilę siedzieli w ciszy. Marie była przekonana, że gdyby Nik nie zgolił bródki, to właśnie gładziłby ją w zamyśleniu.
– W takim razie mogę mieć pytanie?
– A jak powiem ci "nie", to się zamkniesz?
Nik parsknął śmiechem. Chwycił Marie za nadgarstek i zmusił, by spojrzała mu w oczy. Przełknęła nerwowo ślinę. Powinna się wyrwać, ale nie była wstanie nawet drgnąć. Mujanović musiał to zauważyć, bo uśmiechnął się, a potem wyszeptał ostentacyjnie:
– Może poduczysz mnie trochę z metod perswazji?
– A weź spierdalaj.
– Właśnie, Mujanović, odpierdol się jak cię dziewczyna ładnie prosi.
Obok ich stolika, jak spod ziemi wyrósł Maks Granieczny. Na jego widok Marie prawie zakrztusiła się croissantem. W życiu nie spodziewała się, że istnieje jakaś siła, która byłaby wstanie wyciągnąć Maksa z łóżka przed siódmą. No, może poza groźbą karnych kółeczek od Grbicia.
– Kim jesteś i co zrobiłeś z moim Maksem? – zapytała po polsku, celując w libero nadgryzionym rogalikiem.
– Twoim rycerzem na białym koniu. – Chłopak wyszczerzył się głupkowato. Odsunął sobie trzecie krzesło i usiadł, cały czas nie spuszczając oczu z Nika. – Głuchy jesteś, Mujanović? Spadaj, to nasza opiekunka.
Nik tylko odchylił się na krześle. Spojrzał na Maksa, potem na Marie, która nie bardzow wiedziała, czy śmiać się, czy rzucić w Graniecznego rogalikiem. W końcu jednak atakujący wstał posłusznie, a w serduszku dziewczyny pojawiło się ukłucie żalu.
– Jak sobie życzycie. – Skłonił się w pasie. – Widzimy się na meczu – rzucił jeszcze do Marie, a potem odszedł pogwizdując wesoło.
Krasicka odprowadziła go wzrokiem. Gdy zniknął, powoli odwróciła się do Maksa.
– Zabiję cię, Granieczny – wysyczała. – Zabiję i to będzie bardzo bolesna śmierć.
W ciągu kolejnych kilku dni Marie wymyśliła co najmniej dziesięć sposobów na zamordowanie Maksa. Wszystkie brutalne, bolesne i bardzo krwawe. Wymyślała nowy sposób za każdym razem, gdy wpadała na Nika Mujanovicia i już, już miała rozpocząć jakże przyjemną wymianę zdań, ale za każdym razem ktoś jej przerywał. A to Grzesiu potrzebował pomocy przy aktualizowaniu nowych procedur BHP. A to Nikoli skończyły się ekologiczne pisaki i potrzebował dostępu do żelaznych rezerw IOS. A to w końcu Gierżot i Nasevich zamknęli Markiewicza w składziku i nikt, nawet obsługa hotelu, nie mogła znaleźć klucza.
Dobrze, że kurs dla opiekunów obejmował otwieranie zamków spinką do włosów.
Jedna z kolejnych okazji by wpaść na słoweńskiego atakującego nadarzyła się po przegranym przez Polskę meczu z Japonią*. Gdy zawodnicy obu drużyn rozciągali się i odpoczywali na parkiecie, z szatni zaczęli wypływać Słoweńcy, którzy grali kolejny mecz. Marie dostrzegła wśród nich Nika. Atakujący też ją zauważył. Pomachał radośnie, uśmiechając się tak szeroko, że zaczął przypominać królika Bugsa na sterydach.
Marie już miała podejść do Słoweńca, ale drogę zagroził jej oczywiście Maks.
– Znów robisz maślane oczy do Mujanovicia? – zapytał, krzyżując ręce na piersi.
Marie posłała mu kpiące spojrzenie. Nik zaczął iść w ich stronę i tym razem nie zamierzała odpuścić. Choćby po to, by zrobić Maksowi na złość.
– Jesteś zazdrosny, Granieczny? Mam dać znać twojej dziewczynie, że za bardzo interesujesz się moim życiem osobistym?
– Cios poniżej pasa! – Maks aż chwycił się za serce. – Ale nie, Emilka trzyma moją stronę
– W jakiej kwestii niby?
– W kwestii trzymania cię z dala od Mujanovicia.
– Co ty do niego masz, Maks?! – Krasicka wybuchła tak gwałtownie, że nawet trener Grbić zatrzymał się w pół kroku. – Może zająłbyś się łaskawie swoim życiem?!
Maks już otwierał usta, by odpowiedzieć, ale nie zdążył. Nagle od strony Japończyków dobiegł przeraźliwy pisk radości. A potem jeszcze jeden, połączony z czymś, co brzmiało jak Kantoku–san! Marie odsunęła Maksa na bok, by zidentyfikować zamieszanie, ale jedyne co dostrzegła to kilku japońskich siatkarzy kłębiących się przy trybunach. Szczebiotali radośnie, uchachani chyba nawet bardziej niż po wygranym meczu, trochę ignorując Laurenta Tillie, który cierpliwie czekał aż jego zawodnicy wrócą do rozciągania.
I nagle, spomiędzy tej azjatyckiej masy wyłoniła się znajoma francuska twarz.
– Papi!
Marie rzuciła się biegiem wzdłuż boiska. Wyminęła zdezorientowany sztab Japończyków, jeszcze bardziej zdezorientowanego Nika, przeskoczyła przez barierki i wpadła w ramiona Philippa Blaina.
– Ma petite puce! – francuski trener okręcił dziewczynę wokół siebie. – Tak się cieszę, że cię widzę!
– Ja się cieszę bardziej! Dlaczego nie powiedziałeś, że przyjeżdżasz? Mogłabym się przygotować! – Marie szturchnęła mężczyznę najpierw w jedno, a potem w drugie ramię. Stojący wokół japońscy siatkarze zrobili dwa kroki w tył. Ciężko stwierdzić, czy z szacunku, czy z strachu przed potencjalnym oberwaniem rykoszetem.
– Chciałem ci zrobić niespodziankę – przyznał Blain. – Chłopcy, dacie nam chwilę? – zwrócił się do swoich byłych podopiecznych. – Obiecuję, że jeszcze porozmawiamy – dodał, widząc zbolałą minę Rana Takahashiego.
Siatkarze wydali z siebie synchroniczne westchnięcia rezygnacje, ale posłusznie wrócili do rozciągania. Znali Marie z widzenia, wiedzieli, że były trener jest bardzo przywiązany do przyszywanej wnuczki. Ran nawet poklepał Marie po ramieniu, na co ona tylko wystawiła mu język.
– Myślałam, że już wróciłeś do Europy! – zwróciła się do trenera.
– Musiałem jeszcze załatwić parę rzeczy w klubie. Z Korei do Chin niedaleko, pomyślałem, że wpadnę zobaczyć się z tobą i tymi wariatami – kiwnął głową w stronę japońskich siatkarzy, którzy co prawda rozciągali się już grzecznie, ale cały czas zezowali na trenera i dziewczynę. – Zresztą, przywiozłem prezenty.
– Prezenty? Nie jestem trochę za stara na prezenty?
– Nigdy nie będziesz za stara na rozpieszczanie przez dziadka – sięgnął po leżącą na krzesełkach plastikową torbę. – W hotelu mam tego więcej, ale bałem się, że nie wpuszczą mnie na halę.
Marie zajrzała do środka, a z jej ust wyrwał się pisk zachwytu. Siatka bowiem wypełniona była koreańskimi słodyczami w oczojebnie kolorowych pudełkach i w dziwnych smakach.
– Dziękuję, dziękuję, dziękuję! Nie musiałeś!
– To w nagrodę za przyjęcie na staż.
Mężczyzna roześmiał się serdecznie. Jeszcze raz uściskał Marie, a potem odsunął dziewczynę na odległość ramion i zmierzył uważnym spojrzeniem.
– Wyglądasz bardzo profesjonalnie, pani opiekun.
– Młodszy opiekun. Ale zgadzam się. Te polówki robią robotę.
– Więc idziesz w ślady rodziców?
Zawahała się. Nie myślała wcześniej w ten sposób, a przecież Blain stwierdził coś oczywistego. Zofia Krasicka, matka Marie, była przez dziesięć sezonów opiekunem reprezentacji Francji, a potem przez trzy Polski. Ivan na długo przed wojną pracował jako opiekun reprezentacji Rosji, potem był koordynatorem bezpieczeństwa w IOS. Dziewczyna dosłownie wychowała się w tym środowisky. Była jak dzieci siatkarzy, które zostają siatkarzami.
– Jeszcze nie wiem – przyznała. – Na początku chciałam tylko się czymś zająć. Ale podoba mi się tutaj. – Odruchowo zerknęła w stronę swoich podopiecznych. Maks właśnie ukradł buty Lemanowi, przewiesił sobie przez uszy i biegał wokół siatki z buciorami powiewającym za nim.
Philippe z zrozumieniem pokiwał głową.
– Zawsze miałaś talent do zarządzania sprawami beznadziejnymi.
– Zawsze?
– Pamiętasz Capbreton 2014?
– Jak przez mgłę.
– Wszystkie dzieciaki poustawiałaś. Nawet Sebastian Ignaczak chodził jak po sznurku. A był trzy lata starszy od ciebie.
Marie przewróciła oczami. To nie tak, że była zaborcza, w ogóle. Po prostu latorośle późniejszych mistrzów świata potrzebowały odrobinę nakierowania we właściwym kierunku i twardej irańskiej ręki. A ona, będąc w wieku zawrotnych ośmiu lat, miała już doświadczenie z Timim i Manoline.
A właśnie, Timi…
W głowie Marie zaświtał pomysł. Może nie genialny, miewała lepsze, ale wystarczająco przyzwoity. Wygrzebała z kieszeni telefon, odpaliła aparat i uśmiechnęła się błagalnie do dziadka.
– Zrobimy sobie zdjęcie? Tak na pamiątkę?
– Oczywiście, tylko wyślij je potem mamie. Podobno za rzadko się meldujesz.
– Wysyłam smsa co drugi dzień!
– Z treścią, że żyjesz. To może być odrobinkę za mało, nawet jak na standardy Zosi.
Marie przewróciła oczami. Objęła trenera ramieniem i wyciągnęła rękę z telefon najwyżej jak potrafiła.
– Uśmiech, papi!
Pstryknęła zdjęcie. Od razu wysłała je mamie. Przez chwilę zastanawiała się, czy wysyłanie go Timotiemu, to na pewno dobry pomysł, ale stwierdziła, że hej, może czas wyciągnąć rękę na zgodę.
Patrz kogo spotkałam w Chinach! dodała jeszcze podpis. Szybko nacisnęła wyślij, nie dając sobie więcej czasu na zastanowienie.
W tym momencie do jej uszu dodarło przeciągłe kuuurwa!
– Chyba jesteś potrzebna – Blain wskazał głową w stronę boiska.
– Co... Granieczny, czy tobie się ten ryż rzucił na mózg?!
Maks Granieczny stał na słupku sędziego. Nadal miał buty Lemana przewieszone za uszami, a dodatkowo głowę okręcił ręcznikiem, co nadawało mu wygląd bardzo niskobudżetowego pirata. Wokół słupka skakał Lemański, który co prawda był najwyższy w kadrze, ale nie aż tak wysoki, by odzyskać obuwie.
– Przepraszam, obowiązki wzywają – uśmiechnęła się przepraszająco do trenera. – Obiecuję, że jeszcze się odezwię.
Phillipe tylko roześmiał się głośno, poklepał wnuczkę po ramieniu i pozwolił, by odbiegła ratować polską siatkówkę.
Okazało się, że nie jest to proste zadanie. Po sędziowskim słupku było jeszcze zamknięcie w bagażniku autokaru (Janek Firlej – Krasicka zauważyła, przy przeliczaniu głów w hotelu) i bardzo zagubione nakolanniki (Markiewicz, nigdy nie odnalezione). Dopiero wieczorem Marie miała chwilę, by spojrzeć na prywatne media. Miała dwie wiadomości. Od Nika Mujanovicia i – co prawie przyprawiło ją o zawał – od Timotiego.
@tim_antiga
Ok.
Aha. Fajnie. Brawo on.
Zirytowana przewinęła do wiadomości od Nika. Niech chociaż on ma więcej klasy.
@nik_mujanovic
Chcesz gdzieś wyskoczyć jutro? Wy macie wolne, a my gramy rano.
Wahała się całe pół sekundy.
@marie_krasicka
Jak tylko Grzesiu mi pozwoli to jasne.
@nik_mujanović
Super <3
Oj, tak. Było super, i nawet Antiga i jego foch nie mogli tego zepsuć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz