@nik_mujanovic
Czy pani przedszkolanka karmi łyżeczką swoich podopiecznych?
@marie_krasicka
Czyżbyś miał problem z odżywianiem, Mujanović? Podesłać ci poradnik dietetyczny IOS?
@nik_mujanovic
Chciałem wybadać, czy warto przenieść się do innej grupy przedszkolnej.
@marie_krasicka
Jeśli dobrze pamiętam przepisy FIVB, takie przenosiny wymagałyby pięcioletniej karencji. Do tego czasu nawet ty nauczysz się jeść nożem i widelcem.
– Z kim piszeeesz?
Marie szybko wygasiła ekran.
– Ty się lepiej skup na grze, Granieczny, a nie na ekran innych osób się gapisz – warknęła do libero, który zawisł pomiędzy fotelami w autokarze. – Przestrzeń osobista, mówi ci to coś?
Siedząca obok Róża–kierowniczka, zwana przez Marie Różą Wszechwładną, parsknęła śmiechem.
– Posłuchaj koleżanki, Maks, bo będziesz robił karne kółeczka wokół Spodka – powiedziała, nie odrywając wzroku znad wypełnianych papierów. – I siedź grzecznie na tyłku, nie chcemy, żebyś sobie tę śliczną główkę obił przed pierwszym meczem.
– No właśnie! Pasy, Granieczny! – Marie pacnęła chłopaka otwartą dłonią w potylicę.
Maks burknął coś jeszcze pod nosem, ale usiadł grzecznie z powrotem w fotel. Marie posłała Róży wdzięczne spojrzenie. Głowę miała zajętą powtarzaniem wszystkich procedur przedmeczowych, bezpiecznym naciągiem siatki, optymalną śliskością podłogi i naprawdę nie miała siły, by jeszcze użerać się z przedszkolakami.
– Odwdzięczysz się jagodziankami Ivana – Róża jakby czytała w myślach dziewczyny. – Może być całe pudło.
Marie parsknęła śmiechem. Zanotowała w głowie, by przy najbliższej okazji poprosić tatę o dostawę świeżutkich jagodzianek do Spały.
Zerknęła na telefon. Poczuła się nieswojo, gdy okazało się, że Nik nie odpisał. Chciała nawet wysłać kolejną wiadomość, ale podjechali akurat pod Spodek. Marie, zgodnie z zaleceniami, wyszła z autokaru jako ostatnia, sprawdzając jeszcze, czy nikt się nie schował pod fotelami albo w schowku.
Gdy stanęła przed halą, poczuła, jak ogarnia ją dziwne podniecenie. Pierwszy raz, odkąd zaczęła pracę z kadrą, dotarło do niej, jak blisko tego szaleństwa się znajduje. Ostatni raz była w Katowicach dobre dwanaście lat wcześniej na finale Mistrzostw Świata 2014.
Weszli do środka. Wchodząc na puste jeszcze boisko, Marie zamknęła na chwilę oczy. Tamtego wieczoru panował chaos. Ubrano ją w za dużą koszulkę z napisem Antiga na plecach. Cały mecz skakała przy barierkach z Timim i Manoline, a po meczu dziadek Philippe wziął ją na barana i razem odebrali puchar.
– Sprawdzisz naświetlenie? – z zamyślenia wyrwał ją głos Grzesia. – Natężenie tak koło 1300 luksów, żeby było, bo inaczej nas POLSAT zeżre.
– To Jurek Mielewski jest ludojadem? – Marie z zaciekawieniem przekrzywiła głowę.
– Jeśli już, to Kuba Bednaruk. Ale nie, szef transmisji ma jakieś fetysze, lubi sobie pogryźć IOSowców, jak mu się nawiną. Nie lubi nas, uważa, że mu aurę i przepływy energii zaburzamy.
Przechodzący obok sędzia przystanął w półkroku. Spojrzał na Grzesia, na Marie, a potem oddalił się pospiesznie, mrucząc pod nosem coś o demoralizacji młodzieży.
– Olśnienie też sprawdzić? – Marie zdjęła plecak, wyjęła z niego dedykowane mierniki i starannie rozwinęła kable.
– A sprawdź, żeby Serbów przypadkiem taktycznie nie olśniło. Jak skończysz, to przy stoliku sędziowskim podpiszemy protokoły odbioru hali. Tylko wyrób się, zanim chłopaki wrócą na rozgrzewkę!
– Tak jest!
Zerknęła na telefon. Uśmiechnęła się mimowolnie, widząc kolejną wiadomość od Mujanovicia.
@nik_mujanovic
Przedszkolanek chyba nie obowiązuje karencja? Szkoda, by taki talent się zmarnował.
@marie_krasicka
Zgodnie z regulaminem zatrudniania opiekunów IOS, opiekun musi znać język reprezentacji, którą obejmuje na poziomie co najmniej C1. Nie znam słoweńskiego.
@nik_mujanovic
Mogę cię nauczyć
Marie przewróciła oczami. Schowała telefon i zabrała się do pracy. Odbiór hali przed meczem był standardowym obowiązkiem opiekuna – bezpieczeństwo przede wszystkim. Koniecznie dwa protokoły, po jednym na każdą drużynę. Marie dostrzegła przy wejściu opiekunkę Serbii, niską kobietę o kręconych włosach, przechadzającą się wzdłuż trybun i kontrolującą wagę barierek. Pierwszy raz miała pracować z kimś poza Grzesiem, musiała się wykazać. Uruchomiła więc mierniki i zaczęła starannie sprawdzać każdy kąt hali.
Z wiru pracy wyciągnęło ją powiadomienie ze służbowego komunikatora. Szybko wyciągnęła telefon, a serce zabiło jej mocniej, gdy zobaczyła, że oto jest! Dostała odpowiedź na wniosek o finansowanie siatek. Na jednym wdechu przeczytała otrzymanego maila.
Wniosek Szanownej Pani, choć niewątpliwie napisany z oddaniem, jest przykładem pracy niedokładnej i nieprzemyślanej. Jest tak, między innymi, z następujących powodów:
- W przedstawionych obliczeniach przyjęto zły współczynnik sprężystości, nie biorąc pod uwagę składu siatki.
- W przypadku upadku z wysokości trzech metrów zawodnika Bartłomieja Lemańskiego (217 cm wzrostu, 104 kg) może dojść do zjawiska oddania zgromadzonej energii sprężystości, co doprowadzi do wyrzutu zawodnika jak na wielkiej trampolinie. Może to skutkować poważnym uszczerbkiem na zdrowiu.
- Wniosek wysłała Pani na zły adres. Kod ID skrzynki działu finansowania to FF-103, nie FR-103.
Zalecam jednak przed wysłaniem poprawić wskazane obliczenia i postarać się nie zabić reprezentantów Polski przed końcem Ligi Narodów.
Z poważaniem,
FR-103
Marie zawarczała wściekle. Lemański, który akurat tę chwilę wybrał na nieśmiałe wychylenie się z szatni, widząc mordercze spojrzenie opiekunki, odwrócił się na pięcie i wrócił przemyśleć swoje wybory życiowe.
– Ja mu dam trampoliny, urzędas pieprzony. Tak mu te kotwy policzę, że do końca życia będą mu się newtony śniły. Że niby zły współczynnik sprężystości wstawiłam? Co on, dokumentacji produktu nie potrafi czytać?! Głupi jakiś czy co?!
Dokończyła kontrolę i nadal wkurzona, mrucząc pod nosem inwektywy pod adresem bliżej nieokreślonego urzędnika IOS – bo kod FR-103 nic jej nie mówił – powędrowała na miejsca dla sztabu. Cały mecz przesiedziała obok statystyków, naburmuszona gapiąc się w boisko i wstając tylko między setami, bo Róża zagoniła ją do biegania ze statystykami.
Mecz na szczęście zakończył się wygraną Polski. Chłopaki mogli więc zaprezentować pierwszą cieszynkę w sezonie. Graniecznemu udało się nawet zaciągnąć Marie do kółeczka radości. A to skończyło się dumnym odtańczeniem Kaczuszek, bo „bez kaczuszek się nie liczy” (Jakub Firlej, a.d. 2026).
Z kręgu wzajemnej adoracji wyciągnął ją Grzesiu, nalegając, by była na tradycyjnym, pomeczowym zdjęciu IOS (do dokumentacji!). Marie nie protestowała, zamierzała zaprezentować się jak sto procent opiekuna w opiekunie – pełen profesjonalizm. Nawet specjalnie z okazji meczu związała ciemne, grube włosy w krótkie warkoczyki, a klasyczne kolczyki z gwiazdkami zamieniła na malutkie piłki siatkowe. Skoro ten cały FR-103 jest tak skrupulatny, to niech się przekona, że ma do czynienia z profesjonalistką.
– Cudownie, może nawet na stronę pójdzie – Grzesiu z aprobatą przejrzał zrobione zdjęcia. – Pracuj tak dalej, a zostaniesz twarzą programu stażowego.
Marie aż pokraśniała z dumy. A to się FR-103 zdziwi.
– Zanieść to chłopakom do szatni? – Wskazała na lodówkę turystyczną z zimnymi okładami, która została obok krzesełek sztabu.
– Zanieść, zanieś. I dopilnuj, żeby Śliwka sobie ten bark obłożył, bo inaczej go Robert zasztyletuje. Albo oderwie nogi i przyszyje na odwrót. Ostatnio to jego ulubiona forma tortur.
Marie wzdrygnęła się mimowolnie. W rankingu najbardziej przerażających osób w sztabie fizjoterapeuta Robert plasował się na drugim miejscu, zaraz za Różą Wszechwładną.
Krasicka nie miała jeszcze pojęcia, że ją samą chłopaki uplasowali na miejscu trzecim.
Dźwigając w sumie nie taką lekką lodówkę, doczłapała do szatni gospodarzy. Ze środka dochodziły rubaszne rechoty, wymieszane z czymś, co mogłoby uchodzić za zawodzenie zarzynanego osła. Zapukała grzecznie, nawet trzy razy – nie będzie przecież facetom tak po prostu do szatni wparowywać, jeszcze któryś byłby bez spodenek i koszmary do końca życia gwarantowane.
Gdy została zignorowana po raz czwarty, stwierdziła, że ma to gdzieś.
– Wchodzę! Gacie na tyłki, panowie!
Pchnęła drzwi i niemal od razu zderzyła się z Firsztem.
– Wiej – przyjmujący chwycił ją za ramiona i spojrzał głęboko w oczy. – Wiej, póki ci życie miłe. – A potem odepchnął ją na bok, wybiegł z szatni i tyle go widzieli.
Marie nie zdążyła zapytać, o co chodzi, bo potrącił ją kolejny dwumetrowiec. A potem kolejny, aż musiała oprzeć się o drzwi, bo zakręciło jej się w głowie.
– Co tu się, do cholery, wyprawia? – potoczyła wzrokiem po szatni, a raczej po chaosie, jaki w niej panował.
Pierwszy w oczy rzucał się Bartek Lemański. Stał na ławce, zgięty w pół, żeby nie przywalić łbem w sufit. W rękach trzymał rozłożony ręcznik, jakby próbował zapędzić byka na corridzie.
Wokół niego biegało trzech muszkieterów w składzie: Firlej, Nasevich i Gierżot. Każdy trzymał w ręku kolorową tubkę z czymś, co chyba było farbą do włosów i próbował trafić kolegów. Aleks miał na policzku pomarańczową plamę, włosy Michała umazane były niebieską paćką i tylko Janek trzymał się dzielnie, nadal całkowicie czysty.
Zapamiętać – zabrać chłopakom karty Rossmanna.
– Nigdy mnie nie dostaniesz! – Firlej wykręcił piruet tuż za plecami Marie. Schował się za opiekunką, zasłaniając się nią jak żywą tarczą. Gierżot, pozbawiony ostatniej komórki mózgowej, ścisnął z całej siły tubkę, wyciskając całą jej zawartość na dziewczynę.
– Gierżot, ty idioto!
Jęknęła przeciągle. Jej reprezentacyjna bluza z kapturem, nowiutka, świeżo z folii wyjęta, była całkowicie zniszczona. Biały materiał kleił się od różowej farby i Marie nie wierzyła, że jakikolwiek wybielacz da sobie z tym radę.
– Przepraszam – mruknął Michał. Sięgnął po ręcznik, chcąc chyba zetrzeć farbę z Marie, ale wkurzona odepchnęła jego rękę.
Zacisnęła zęby. Szybko podciągnęła bluzę, w duchu modląc się, by farba nie przeszła na polówkę. Nie zwróciła uwagi, że przy okazji podciąga też koszulkę, odsłaniając kawałek gołego brzucha.
Gdy ściągnęła bluzę, zorientowała się, że siatkarze gapią się na nią w wręcz niepokojącej ciszy.
– A wy co? Języka w gębach zabrakło?
– Bo ten... – Gierżot zmieszał się jeszcze bardziej. – Ta blizna na boku...
Zamarła. Zacisnęła i rozprostowała palce lewej ręki. Czuła na sobie spojrzenie dwudziestu wyrośniętych facetów i pierwszy raz poczuła się przy nich malutka.
Pierwszy otrząsnął się Granieczny.
– Ej, odwalcie się, co?! – fuknął na kolegów. – Leman, zabieraj te brudne gacie z mojej torby, czy ja ci wyglądam na praczkę? – Rzucił w środkowego brudnymi spodenkami, co wywołało powszechny rechot.
Bartek ściągnął gatki z twarzy i przyjrzał im się uważnie.
– Ale to nie moje, to Aleksa.
– Jak moje, ja takiego spadochronu nie noszę!
– Jakiego spadochronu, przecież to pierwszej klasy suknia balowa!
– Chyba worek pokutny.
Marie wykorzystała zamieszanie, by wymknąć się z szatni. Wyszła przed halę, usiadła na ławce koło podjazdu dla autokarów i wyjęła telefon. Przez chwilę chciała zadzwonić do taty, w sumie nie wiedziała nawet dlaczego. Ciekawe, czy wypróbował już nowy przepis na tarte malinową. Pewnie nie, jeszcze się sezon na maliny nie zaczął.
Pingnęło kolejne powiadomienie z Instagrama. Odruchowo odblokowała ekran.
@nik_mujanovic
Lubisz krewetki w tempurze?
– Nie musisz opowiadać.
Obok na ławce usiadł Maks Granieczny. Marie odwróciła telefon i wzruszyła ramionami.
– Będą pytać – zauważyła cierpko.
– Nawet jeśli, to niech spadają na drzewo. Jak ktoś cię będzie dręczył, to mu przywalę. O tak! – Libero zamachnął się pięścią w powietrzu.
Marie uniosła kpiąco brew.
– Nikola nie będzie zadowolony, jak się dowie, że wzniecasz bójki. Nawet w mojej obronie.
– Myślę, że by mnie wsparł. Wiesz, bałkańska krew.
Parsknęła śmiechem. Wahała się przez moment, ale w końcu podwinęła koszulkę. Blizna, którą zauważyli chłopcy w szatni, ciągnęła się od pępka aż pod lewą pierś. Miała dobre półtora centymetra szerokości, brzydki biały kolor i poszarpane krawędzie.
– Chciałyśmy uciec z mamą z Chersonia pociągiem – wyjaśniła. – Ale to było piekło, Maks. To, co się działo na dworcu. Tysiące ludzi, zwierząt. Przyleciał dron. W sumie nie wiem, czy ktoś zginął. Ja oberwałam rozbitym szkłem z szyby. Ludzie wciągnęli mnie do wagonu, mama została na peronie. Opatrzyli mnie w warunkach polowych, gdy dotarłam do Polski, lekarze niewiele mogli poprawić. Mama mówi, że i tak miałam szczęście. Była lekarzem wojskowym, przeszła przez dwie tury w Afganistanie.
– Została w Chersoniu?
– Kto?
– Twoja mama – powtórzył Maks. – Wróciłaś do Polski sama?
Marie powoli pokiwała głową. Cały czas wpatrywała się w swoje znoszone martensy, co rusz to ściskając, to rozprostowując palce.
– Dwanaście godzin w pociągu. W ciemności. Na granicy czekali na mnie wujek Stephane z ciocią. Przeszłam tylko dlatego, że panował chaos. Nie miałam nawet szesnastu lat. Mieszkałam z nimi przez kolejne dwa miesiące, zanim mamie udało się wydostać z miasta. Tata... wrócił w grudniu 2023. W śpiączce, ciężko ranny po wybuchu miny – głos jej się załamał.
Maks przytulił dziewczynę. Oparła głowę na jego ramieniu i pozwoliła sobie na moment przymknąć oczy. Wdech, wydech, wdech, wydech. Dokładnie tak, jak uczył Grzesiu.
– Dzięki.
– Za co?
– Za psiapsiółowanie.
– Nie ma za co.
– Psiapsióły na zawsze?
– Psiapsióły na zawsze.
Odrobina historii Marie. Jej życiorys ewoluował na przestrzeni lat i cieszę się, że w końcu mogę go zaprezentować.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz