W Spale było zimno, wiało i jeszcze do tego siąpiło przebrzydle. Marie przeklęła wszystkich monoteistycznych bogów już w momencie wysiadania z pociągu, a teraz wlekąc się powoli do Centralnego Ośrodka Sportu, sięgnęła po bogów ze starych panteonów. Zdążyła odhaczyć cały Olimp, połowę Egiptu i właśnie przechodziło do Iranu.
A to wszystko dlatego, że była uparta. Tak, mamo, pojadę pociągiem. Nie, tato, z Warszawy nie jest tak daleko. I nie mamo, nie potrzebuję podwózki, jestem dorosłą, silną, samodzielną kobietą.
Więc teraz, na własne życzenie, silnie i niezależnie mokła. Ku uciesze wszystkich bóstw tego świata.
Dokładnie w momencie, gdy miała wykląć Waju*, za zakrętu wyłonił się budynek. W innych okolicznościach Marie może nawet by przystanęła, podumałaby nad przewrotnością losu, że oto jest, trafiła do domu polskiej siatkówki, do miejsca, gdzie rodzą się gwiazdy i legendy. Ale teraz pragnęła tylko ciepełka i kawy. Dużo kawy.
Z trudem wtaszczyła olbrzymią walizkę i futerał z gitarą do recepcji. Rozglądnęła się w poszukiwaniu jakiejś recepcjonistki, ale w środku tylko hulał wiatr i krzaki toczyły się po podłodze.
– Halooo? Jest tu ktoś? Jakaś żywa dusza? Martwa też może być, tolerancyjna jestem.
Nic, cisza i pustka, jak w głowie niektórych środkowych.
Usłyszała dzwonek windy. Odwróciła się na pięcie, przeszczęśliwa, że oto pojawił się jej wybawca, książę na białym koniu, Supermen w lateksowych rajtuzach.
Z windy wyszedł siatkarz. A przynajmniej Marie wzięła go za siatkarza. Dwa metry wzrostu, krótkie spodenki i tylko jedna skarpetka.
Tak, zdecydowanie siatkarz. Na widok dziewczyny przystanął zaskoczony. Przez chwilę mierzyli się spojrzeniami (ona znudzonym, on cokolwiek ogłupiały), po czym Pan Siatkarz podskoczył, pisnął i odgalopował w sobie tylko znanym kierunku.
– Ej, ale ty się mnie nie bój, ty ze mną pracuj! – krzyknęła za nim Marie.
Super, pierwszy dzień i już wystraszyła podopiecznego. A mamusia mówiła, by najpierw upiec babeczki. Albo chociaż żelki kupić.
Zrezygnowana podeszła do kontuaru recepcji. Podciągnęła się na rękach i przewiesiła przez kontuar. Po cichu liczyła, że w Spale nie wyszli ze średniowiecza i znajdzie koszyk z kluczami albo jakąś rozpiskę. Przeklęła, gdy zobaczyła tylko automat do kodowania kart oraz lśniący nowością komputer.
– Marysia? Marysia Krasicka? Co ty dziecko drogie robisz?
Pospiesznie stanęła z powrotem na ziemi. Obok kontuaru stał szaleńczo przystojny mężczyzna po czterdziestce. Ciemne, przyprószone siwizną włosy kręciły mu się za uszami, a rękawy beżowej marynarki miał nonszalancko podwinięte.
– Marie, proszę Pana, za Marysię morduję. Przyjechałam na zgrupowanie siatkarzy. Jestem młodszą opiekunką do spraw bezpieczeństwa reprezentacji z ramienia International Organization for Sportsman – wyrecytowała dumnie.
– Wiem, wiem – Mężczyzna roześmiał się serdecznie. – Grzegorz Rozkosz, opiekun główny, dla przyjaciół i tych wariatów Grzesiu. Dla ciebie w sumie też, będziemy w końcu razem pracować. Czy teraz wytłumaczysz mi, dlaczego wisiałaś na kontuarze?
Marie przygryzła z zakłopotaniem wargę. Strzepnęła nieistniejący kurz z różowej bluzy, w myślach szukając jakiegoś logicznego wyjaśnienia.
– Bo ten… bo ja…
– Szukałaś klucza?
– Tak i…
– I nikogo nie było?
– Dokładnie.
– I chciałaś go sobie sama wziąć?
– A przynajmniej spróbować.
Grzesiu znów się roześmiał. Wyjął z kieszeni kartonik na karty i wcisnął go Marie w dłoń.
– Proszę, kluczyk. Pokój 234, z Różą, kierowniczką. Chłopcy są piętro wyżej, głośno tupią, mam nadzieję, że wzięłaś zatyczki do uszu.
– Były w poradniku. Opaskę na oczy, zapas melisy i piłeczki antystresowe też wzięłam.
– Ah, więc jesteś przygotowana! – Na twarzy Grzesia pojawiła się czysta duma i zachwyt.
– Oczywiście. Zawsze jestem przygotowana. Spakowałam też katalog procedur. W trzech egzemplarzach, w tym jeden w kolorze.
– Jaka matka taka córka – Mężczyzna parsknął śmiechem. – Idź się rozpakuj, za pół godziny trening, to przedstawię cię całej tej hałastrze.
Jakby na zawołanie na zewnątrz coś huknęło, a potem rozległa się wiązanka przekleństw, w akompaniamencie przeciągłego pisku. Grzesiu wzniósł oczy, bezgłośnie policzył do dziesięciu i powoli wypuścił powietrze.
– Mam nadzieję, że spodoba ci się w Spale i uwolnisz mnie z tego cyrku. – Posłał Marie swój ostatni oszałamiający uśmiech, odwrócił się na pięcie i wybiegł na zewnątrz.
Marie przez sekundę zastanawiała się, czy go nie gonić. W końcu jednak stwierdziła, że w sumie to jeszcze oficjalnie nie zaczęła pracy. Najpierw suszarka, kawa, potem ogarnianie cyrku.
Powlokła się więc na drugie piętro do pokoju. Nie było to duże pomieszczenie, typowa dwójka z łazienką, w której ktoś przezornie zasunął ciężkie zasłony, zapewne by utrzymać w środku przyjemny chłodek, bo za nim nastąpiło załamanie pogody, grzało niemiłosiernie. Sprawiało to jednak, że pokój wyglądał cokolwiek upiornie. Marie, która wbrew powszechnie krążącym plotkom nie była wampirem, postanowiła wpuścić do środka trochę światła. Rzuciła w kąt walizkę, gitarę oparła o ścianę i podeszła więc do kotar, by rozsunąć je z impetem.
Ale od razu je zasunęła.
I znów rozsunęła.
I zasunęła.
Zamrugała gwałtownie, próbując zrozumieć to co zobaczyła. Jeszcze raz powoli rozsunęła zasłony i dokładnie przyjrzała się temu nadzwyczaj ciekawemu zjawisku.
Z oknem dyndały sobie nogi. Były to nogi cokolwiek chude, odziane w krótkie, zielone spodenki i duże, białe adidasy. Należały one zapewne do jakiejś istoty żywej, bo poruszały się chaotycznie na wszystkie strony, obijając się dość głośno o barierkę balkonu.
Marie odsunęła się od okna. Wzięła głęboki oddech (zgodnie z instrukcją), zrobiła zdjęcie zwisających odnóży (dokumentacja jest najważniejsza!) i dopiero wtedy wyszła na balkon.
– Co się stało?!
Osobnik zwisający tylko jęknął przeciągle. Dziewczyna oparła się o barierkę, żeby ocenić stopień zagrożenia, tudzież głupoty.
– Maksiu Granieczny? – rozpoznała chuchrowatą sylwetkę.
– Raaaatuuuuj!
– Trzymasz się mocno?
– Mocniej nie umiem!
– To trzymaj, na spokojnie, ja mam na to procedurę.
Krasicka wpadła z powrotem do pokoju. Z odmętów wojskowego plecaka wygrzebała zbindowany „Poradnik opiekuna”. Pośpiesznie przekartkowała kilka pierwszych rozdziałów.
– Atak terrorystów, powódź, ucieczka przed wściekłym skunksem… o, jest! Zwis z balkonu!
Instrukcja radziła, by co do zasady wzywać straż pożarną, a jeśli to niemożliwe (sportowcy lubią sobie pozwisać w dziwnych miejscach), spróbować zabezpieczyć petenta z pomocą osób trzecich.
– O, jest nawet ankieta oceny samopoczucia osoby zwisającej. W skali od 0 do dziesięciu, na ile oceniasz swoje przerażenie?! – krzyknęła przez okno.
– Y…. Milion? Zdejmijcie mnie stąd!
Marie działała szybko. Wybiegła na korytarz, gdzie wpadła na dwóch siatkarzy, w których rozpoznała Nasevicha i Gierżota.
– Wy! – Dźgnęła Michała palcem w tors. – Dupy w troki, potrzebuję waszej pomocy.
– Naszej?
– A widzicie tu kogoś jeszcze?
Siatkarze nie zamierzali się kłócić, zresztą mordercze spojrzenie Marie do tego nie zachęcało. Posłusznie dali się zaciągnąć na balkon, gdzie Granieczny już prawie zawodził z rozpaczy.
– Jak tyś się tam znalazł, Maks? – Nasevich z trudem stłumił śmiech. Gierżot nie miał takich zahamowań, chichotał opętańczo, aż mu tchu zabrakło.
– Janek mnie zamknął na balkonie! Chciałem przejść przez pokój Róży, bo zaraz trening!
– Janek? Że niby Firlej? – Aliaksei wyraził szczere zdziwienie.
– A mamy tu innego?
– Przecież on muchy by nie skrzywdził!
– Jak widać nie jestem muchą!
– Ale…
– Panowie – Marie uniosła dłoń niczym Juliusz Cezar. Długo ćwiczyła ten gest przed lustrem i była z niego bardzo dumna. – Pozwólcie, że zasugeruję pozostawienie tej dyskusji na później. Czy teraz… Moglibyście łaskawie pomóc koledze! – spiorunowała siatkarzy wzrokiem. – O, tu macie nawet schemat jak. – Podsunęła im pod nosy rysunek, na którym dwie postacie o bliżej nieokreślonym kształcie trzymały trzecią w pasie, pomagając jej bezpiecznie zejść na ziemię.
– Ja nie dźwignę bezpiecznie osiemdziesięciu kilo, wy owszem.
Chłopak wzruszyli ramionami. Zgodnie z instrukcją chwycili Maksa w pasie i sekundę później libero stał już bezpiecznie na balkonie Marie. Otrzepał się, wziął kilka rozluźniających oddechów (chyba miał tego samego coacha co Grzesiu) i dopiero wtedy spojrzał na swoich wybawców.
– Dziękuję, chłopaki, naprawdę dziękuję, to było… A ty to kto?
Jednym susem znalazł się tuż przy Marie. Byli prawie tego samego wzrostu, mogła więc spojrzeć mu w oczy i pewnie wytrzymać lustrujące spojrzenie.
– Marie Krasicka, nowy opiekun pomocniczy z ramienia International Organization for Sportsman* – wyciągnęła rękę na powitanie. – Miło poznać.
Jednak Maks zamiast się przywitać, skrzyżował ręce na piersi i tylko dalej świdrował Marie spojrzeniem.
– Będziesz z nami pracować, tak?
– Owszem.
– I jeździć na turnieje?
– Jak najbardziej.
– I twoim zadaniem jest nas chronić, zabezpieczać, dbać o BHP i żebyśmy byli zdrowi fizycznie i psychicznie?
– To tak w dużym skrócie. Gdzieś tutaj mam dokładny opis mojej roli…
Nie dane jej było jednak sięgnąć do plecaka. Granieczny rzucił się dziewczynie na szyję, piszcząc radośnie i prawie miażdżąc jej żebra. Marie na chwilę zabrakło tchu w płucach. Próbowała wyswobodzić się z uścisku, ale jak na tak chudego człowieczka, Maks miał strasznie dużo siły.
– Zostaniesz moją psiapsiółą – oznajmił, puszczając w końcu Krasicką.
– Psiapsiółą?
– Dokładnie, psiapsiółą – powtórzył, kiwając entuzjastycznie głową. – My, malutcy musimy się trzymać razem, by nas te wielkoludy nie zeżarły! – wskazał oskarżycielsko na swoich kolegów z kadry. – Będziemy sobie razem pijać herbatki, chodzić na spacerki, grać w Monopoly i pleść warkocze…
– Przecież ty masz krótkie włosy – zauważył Nasevich.
– Cichaj! – Granieczny uciszył go machnięciem ręki. – Wiesz, o co mi chodzi, BFF na zawsze, siostrzana miłość, o, jest gitara, możemy nawet napisać piosenkę! To co? – zwrócił się z powrotem do Marie. – Zostaniesz moją psiapsiółą?
Dziewczyna przez całe pięć sekund nie miała pojęcia, co odpowiedzieć. A potem przypomniała sobie wszystkie historie mamy i opowieści, z których z wujkiem Stephanem rechotali po dziś dzień.
Też miała nadzieję, że wróci z takimi opowieściami.
– A jasne, a pewnie - uśmiechnęła się szeroko. – Zostanę twoją psiapsiółą.
Mniej więcej w tym samym czasie, Bartek Lemański zrobił najazd na pokój Olka Śliwki. Robił to zresztą regularnie, jako jedni z najstarszych w Spale musieli się trzymać razem, żeby ich nowy narybek nie zamęczył. Olek przyzwyczaił się do lekkich odchyłów kolegi, ale tym razem zachowanie środkowego było cokolwiek... jakby to ująć... niepokojące. Leman wpadł do środka jakby go sam diabeł gonił (i nie chodzi o Kubę Bednaruka), prawie wyrwał drzwi z zawiasów, padł na łóżko, zwinął się w kłębek i zaczął kołysać się na boki przy akompaniamencie skrzypienia drewnianej ramy.
– Ona wróciła, jest tutaj, znowu, wróciła, naprawdę wróciła.
Śliwka przyglądał się temu dłuższą chwilę, z rosnącym zakłopotaniem i poczuciem, że coś zrobić musi, jest w końcu kapitanem, drużyna na niego liczy, Nikola na niego liczy, kraj na niego liczy! Ma działać, pomagać, nie stać jak słup soli! Zasłużył na tę rolę i zamierza to udowadniać przez cały sezon!
A zacznie od uspokojenia Lemana.
Usiadł obok środkowego, pokrzepiająco położył mu rękę na ramieniu i spojrzał w oczy.
– Kto wrócił?
– No jak to kto? Zosia Krasicka! – Bartek przełknął nerwowo ślinę. – Widziałem ją w holu!
– Jesteś pewien? Ona nie siedzi w Rzeszowie i nie ustawia Resovii i Developresu?
Leman zamyślił się na dłuższą chwilę. Podrapał się wielką łapą po z trudem wyhodowanym wąsie. Wąs był jego dumą i pociechą, ale od pół roku także źródłem zażartych kłótni z ukochaną. On twierdził, że wygląda poważnie, ona, że raczej jak niespełniony malarz-zbok. Cóż, dobrze, że miał długą kanapę w salonie.
– W sumie to była wyższa – przyznał w końcu. – I taka jakby bardziej młodzieżowa? Bluzę miała na sobie. Różową z muminkiem.
Śliwka parsknął śmiechem. Zofię Krasicką znał z swoich pierwszych podrygów w kadrze, jeszcze za ery Antigi, gdy była opiekunką głównej reprezentacji. Nie grał wtedy za wiele, ledwie wypełzł z juniorów i szlajał się po świecie z kadrą B. To jednak wystarczyło, by wyrobił sobie obraz autorytetu jaki roztaczała wokół siebie kobieta.
– Wyobrażasz sobie Zosię w bluzie z muminkiem?
– Za cholerę nie potrafię.
– No widzisz.
– Więc kto to był?
Olek wzruszył ramionami.
– Grzesiu mówił, że będzie miał stażystkę w tym roku, bo IOS* wznowiło program stażowy. A Zosia ma córkę, z tego co kojarzę. Może to ona?
– Skąd wiesz, że Zosia ma córkę?
W Bartku odezwało się plotkarskie serduszko. Nie wyglądał już na przerażonego, nastawił uszy i tylko brakowało, by wyciągnął zza pazuchy redaktorski notesik.
– Wszyscy wiedzą, w sensie jej istnienie to trochę tajemnica poliszynela, a wracającą co jakiś czas zagadką siatkarskich kuluarów jest tożsamość jej ojca.
– To ktoś z naszych?
– Nikt się nie przyznał, a wszelkie teorie były duszone w zarodku.
Bartek pokiwał powoli głową. Na razie odpuścił dalsze dręczenie, zresztą ze wszelkich plotek romanse interesowały go najmniej, o wiele ciekawsze było na przykład takie złodziejstwo skarpetek. Wprost uwielbiał historię o słynnych żółtych kaczuszkach Możdżonka, które jakimś cudem znalazły się w szufladzie Pawła Zatorskiego.
– Czy w takim razie powinienem się jej bać? Olek zapatrzył się w okno. Deszcz powoli przechodził, przez chmury przebijały się pierwsze promienie słońca.
– A bój się. Przezorny zawsze ubezpieczony.
Marie musiała przyznać, że zaczyna jej się podobać w Spale. Jako młodszy opiekun prezentowała się dumnie i profesjonalnie, w sztabowej polówce, z dodatkowo naszytym logiem IOS i bojówkach z milionem kieszeni, do których powpychała niezbędnik opiekuna. Żelki malinki, plastry, srebrna taśma i gwizdek, przezorny zawsze ubezpieczony.
Zrobiła sobie nawet selfie w lustrze (też do dokumentacji!). Kusiło ją by wysłać zdjęcie Timiemu, wraz z fotką zwisających nóg i podpisem Pierwszy dzień w pracy!, ale odpuściła. Niech sobie nie myśli, że mu wybaczyła. Skoro nie potrafił powstrzymać wybujałego ego, to niech spada na drzewo.
Kawy co prawda nie dostała, ale już w zdecydowanie lepszym humorze udała się na trening. Grzesiu już tam był, również w służbowej koszulce, która jakimś cudem wyglądała nim jak ręcznie szyty garnitur. Przedstawił Marie sztabowi. Wszyscy przyjęli ją serdecznie, a Grbić pozwolił sobie nawet przypomnieć, że gdy ostatnio się widzieli, on był jeszcze trenerem Serbii, a ona jako jedenastoletni podlotek, biegała po głównej siedzibie IOS, próbując zwinąć ciasteczka z gabinetów trenerów.
– To su bili najbolji kolačići u firmi – zauważyła.
Grbić uniósł ze zdziwieniem brew.
– Grzegorz wspominał, że mówisz w wielu językach, ale nie wiedziałem, że znasz serbski.
– Tylko podstawy – przyznała już po angielsku Marie. – Jelena Blagojević trochę mnie uczy, gdy wpadam do Rzeszowa.
Trener z uznaniem pokiwał głową. Odwrócił się w stronę boiska i objął wzrokiem swoich podopiecznych, którzy albo rozciągali się posłusznie (Śliwka), albo grali w berka z kolorowymi szarfami wetkniętymi za spodenki (cała reszta).
– W szeregu zbiórka, panowie! Ale to migiem!
Trzeba przyznać, że Grbić miał wśród chłopaków idealny posłuch. Momentalnie stanęli w szeregu, jak na wycieczce szkolnej.
– Doskonale. Grzegorz, przedstaw proszę naszą nową koleżankę.
Rozkosz wyszedł na środek. Poprawił rękawy marynarki, odchrząknął i ruchem ręki kazał Marie stanąć obok.
– To Marie Krasicka, nowa stażystka IOS, opiekun pomocniczy. W tym sezonie moja prawa ręka, lewa noga i drugi mózg. Możecie kierować do niej wszelkie problemy, które normalnie kierowalibyście do mnie, a także te, których nie kierujecie, bo według niektórych jestem starym prykiem i nie rozumiem młodzieży.
Rozległy się nieśmiałe brawa.
– To moja psiapsióła! – Ręka Graniecznego wystrzeliła w górę. – I tylko moja, znajdźcie sobie własne psiapsióły! – Syknął na kolegów jak nastroszony kot.
– Maks, co mówiliśmy o przywłaszczeniu sobie członków sztabu? – skarcił libero Grzesiu. – Sztab jest dobrem wspólnym i trzeba się nim sprawiedliwie dzielić, prawda?
W odpowiedzi Maks tylko pokazał mu język. Marie wzniosła oczy ku niebu. Nie wiedziała, czy śmiać się, czy modlić o cierpliwość.
– Dobra panowie, rozgrzewka! Nie traćmy czasu!
Siatkarze wzięli się za bieganie. Marie z Grzesiem usiedli na trybunach, by na spokojnie omówić obowiązki dziewczyny. Ponieważ to był dopiero jej pierwszy sezon, miała za sobą tylko krótkie szkolenie wstępne, miała przede wszystkim się uczyć. Obserwować zawodników, otoczenie, wyłapywać sytuacje potencjalnie groźne. Reagować za nim komuś stanie się krzywda fizyczna lub psychiczna. Nie dopuścić do skandalu. Przewidywać zawczasu, co może pójść nie tak.
– Musisz poznać chłopaków – tłumaczył jej cierpliwie Grzesiu. – Lemański patrzy w dół i nabija sobie guzy, Kuba Ciunajtis zawsze ma na wszystko czas, a Bakaj i Granieczny podłapują każdy trend na tiktoku jaki znajdą, to jeszcze dzieciaki. O Kubie Przybyłkowiczu nie wspominając. – Kiwnął głową w kierunku najmłodszego członka kadry. – Jest szansa, że tobie zaufają. Po turnieju w Chinach przyjedzie trochę starych wyjadaczy, to będzie inaczej, ale na razie złap kontakt z młodzieżą.
– Tak jest! – zasalutowała Marie. – Czy mamy procedurę na łapanie kontaktu?
– Żartujesz prawda?
– Czasami mi się zdarza – przyznała. – Czy to prawda, że każde zdarzenie musimy dokumentować? Doszło do pewnego incydentu na balkonie i…
Przerwała w pół słowa. Zorientowała się bowiem, że przed nimi stoją Janek Firlej i Kuba Majchrzak. Rozgrywający skrzyżował ręce na piersi i przyglądał się nowej opiekunce spod przymrużonych powiek, jakby prowadząc w głowie bardzo skomplikowaną, wielopoziomową analizę.
– Ja cię chyba widziałem – zawyrokował w końcu.
– Tak?
– Na meczu w Warszawie. Gadałaś z Gackiem
– Naprawdę? – Marie zmarszczyła brwi. Próbowała sobie przypomnieć, kiedy ostatnio miała okazję rozmawiać z Piotrem Gackiem, ale nic nie przychodziło jej do głowy.
– Kolega trochę przesadza – wtrącił się Majchrzak. – Z prezesem rozmawiał twój chłopak, taki wysoki blondyn, miał szalik Warszawy jeszcze z czasów, gdy to było Onico.
Krasicka wydała z siebie coś na pograniczu jęku i warkotu. Schowała twarz w dłoniach, wzięła trzy głębokie wdechy, by dopiero wtedy spojrzeć na siatkarzy.
– Byłam tam – przyznała niechętnie. – Timote mnie wyciągnął. I nie jest moim chłopakiem, tylko się kumplujemy.
– Timote? – Po minie Janka widać było, że zaczęły mu się w mózgu otwierać jakieś dawno zapomniane klapki. – Że niby mały Timo Antiga?
– Już chyba nie taki mały – prychnął Kuba. – Czyli się znacie, tak?
Marie przygryzła wargę. Ważyła w głowie słowa, starając się dobrać jak najbardziej neutralną i zwięzłą wersję obecnej sytuacji.
– Nasi rodzice się przyjaźnią – wyjaśniła w końcu. – Oboje wybraliśmy studia w Warszawie, więc stwierdzili, że taniej i bezpieczniej będzie jak razem zamieszkamy.
Nie dodała, że znają się z Timim dosłownie od urodzenia, że jeszcze do niedawna był pierwszą osobą, której o mówiła o wszystkim, i że od dwóch tygodni się do siebie nie odzywali. Siatkarze nie potrzebowali tej wiedzy.
Firlej co prawda wyglądał, jakby chciał drążyć temat, ale w tym momencie do ich uszu dobiegł przeraźliwy wrzask.
– Ratunku!
Odwrócili się gwałtownie w stronę boiska. Grzesiu przeklął pod nosem, a Marie musiała się z nim zgodzić. Na środku boiska stał bowiem zaplątany w siatkę Śliwka. Leman z Graniecznym próbowali go rozplątać, wykonując skomplikowaną sekwencje ruchów, z Maksem przechodzącym pod ręką Bartka, ale tylko pogarszali sytuację.
– Witamy w cyrku – rzucił Grzesiu, niechętnie wstając z krzesełka. – Mam nadzieję, że się tu zadomowisz – powiedział, a potem ruszył na ratunek polskiej siatkówce.
Mamy pierwszy rozdział. Śmiesznie się to pisze, bo to zupełnie inna drużyna niż ta, o której pisałam kiedyś. Dziesięć lat od pierwszego bloga. Niezły wynik, prawda?
Kilka wyjaśnień:
*IOS – International Organization of Sportsman – wymyślona przeze mnie organizacja zajmująca się ochroną i opieką nad sportowcami. Powstała na potrzeby opowiadania Morderczy Set (jest dostępne na moim wattpadzie, choć nie skończone). Na potrzeby tego opowiadania, pozbyłam się elementu magicznego.
*Waju – irański bóg wiatru
Będę bardzo zaskoczona jeśli ktoś tu trafi, ale świat była śmieszny.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz